70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Jeśli przed śmiercią ogląda się film z całego życia, to będzie podobne doświadczenie: ręka Boga, której nie śmiem się domyślać, nagle stanie się widoczna, przeżyjemy nieopisaną radość, że było, że jest tak, jak usiłowała nam szeptać dziecięca wiara.

2 kwietnia

Rocznica dnia, który bardzo wielu pamięta. Już trzecia, dopiero trzecia. Nie zadaję sobie, ani nikomu, popularnego, ale bardzo niemądrego pytania: czy dzień śmierci naszego Papieża nas zmienił? Jest w nas wpisany – czy będziemy ten zapis odczytywać? Kiedy? W jakich krytycznych chwilach, wobec jakich wyzwań?

Warto byłoby to czynić wobec śmierci bliskich, wobec bliskości śmierci własnej.

Jan Paweł II, Karol z Wadowic, odprawił swoje umieranie z ogromnym, świętym wysiłkiem, aby pomóc ludziom w tych ostatnich, nieuniknionych krokach.

Mnie też była dana chwila wspólnoty z Nim i ze światem, gdy w studio telewizyjnym zgasły ekrany i jak kurtyna wszystko na chwilę okryła gęsta, namacalna cisza. Wracam do niej. I myślę też, że w tych dniach pamięci o odejściu naszego Bliskiego wszyscy powinniśmy zrobić coś dla idących za nim umierających. Tak czy inaczej, wesprzeć ruch hospicyjny wdowim groszem, jakąś pracą, przypomnieniem, że trudzący się tam pomocnicy są pamiętani, mogą liczyć na otaczające ich środowisko, na sąsiadów, kolegów ze zwykłej pracy.

To jeden ze sposobów obchodzenia rocznicy. Widzę jeszcze drugi: współmyślenie. Jeśli Bliski ma bliskim pozostać – to trzeba wracać do różnych rzeczy, których usiłował nas nauczyć. W ostatnich latach była to pokuta za wszystko, co obciąża sumienia nasze – jako Kościoła. Blisko Jego intencji byłoby powtarzanie milenijnego nabożeństwa pokutnego, rozwijanie go, wsączanie w siebie Ducha, ukazującego nam potrzebę wyrażania żalu i pokory wobec skrzywdzonych.

*

Cztery modlitwy pokutne Sługi Bożego Jana Pawła II

(fragmenty nabożeństwa w Bazylice św. Piotra, 12 marca 2000)

Te modlitwy i pełny tekst rozważania, któremu przewodniczył Ojciec Święty, jego projektodawca, to materiał do rewizji życia Kościoła i osobistej drogi wszystkich jego członków:

Panie, Boże wszystkich ludzi, w niektórych epokach dziejów chrześcijanie przyzwalali czasem na praktykę nietolerancji i nie kierowali się największym przykazaniem miłości, oszpecając przez to oblicze Kościoła, Twojej Oblubienicy. Okaż miłosierdzie swoim grzesznym synom i wejrzyj na nasze postanowienie, aby szukać prawdy i krzewić ją łagodnie i z miłością, w przekonaniu, że prawda nie inaczej się narzuca, jak tylko mocą samej prawdy.

Ojcze miłosierny, w przeddzień swej męki Twój Syn modlił się o jedność wierzących w Niego, oni jednak, sprzeciwiając się Jego woli, poróżnili się i podzielili, potępiając się wzajemnie i zwalczając. Wzywamy usilnie Twego przebaczenia i prosimy Cię o dar skruszonych serc, aby wszyscy chrześcijanie, pojednani z Tobą i ze sobą nawzajem, połączeni w jedno ciało i jednego ducha, mogli na nowo przeżyć radosne doświadczenie pełnej komunii.

Boże naszych ojców, który wybrałeś Abrahama i jego potomstwo, aby Twoje Imię zostało zaniesione narodom: bolejemy głęboko nad postępowaniem tych, którzy w ciągu dziejów przysporzyli cierpień tym Twoim synom, a prosząc Cię o przebaczenie, pragniemy tworzyć trwałą więź prawdziwego braterstwa z ludem przymierza.

Władco świata, Ojcze wszystkich ludzi, przez swojego Syna wezwałeś nas, byśmy miłowali nieprzyjaciół, dobrze czynili tym, którzy nas nienawidzą, i modlili się za naszych prześladowców. Wielokrotnie jednak chrześcijanie sprzeniewierzyli się Ewangelii i ulegając logice przemocy, pogwałcili prawa ludów i narodów, okazując pogardę dla ich kultur i tradycji religijnych: okaż się cierpliwy i miłosierny wobec nas i przebacz nam! Przez Chrystusa Pana naszego.

Godzina Hanny Malewskiej

Moja prywatna rocznica. Wspomnienia jej ostatnich dni otoczone szańcem prywatności. Nie przywołam jej ostatnich chwil, chociaż były ważne i wplecione są w sieć wdzięczności dla tych, komu dane mi  było towarzyszyć. Gdzie i jakie są ślady, które odcisnęła za życia? Otwierając ten numer „Znaku”, wchodzicie na pole, gdzie jest tych śladów mnóstwo. Ten numer i każdy inny; wcale nie tylko numery z czasów, gdy codziennie siadywała za biurkiem w redakcji na Siennej 5, w okiennej wnęce starych murów kamienicy Arcybractwa Miłosierdzia ks. Piotra Skargi. Z tego okna widać było, kto do nas idzie Stolarską i czy już wraca kolega wysłany naprzeciwko po drożdżówki. Pani Hania przy tym biurku nad rozłożonym „brudasem”, kartą brystolu coraz gęściej zapisaną planami dalszych numerów, jakimiś przypomnieniami, przeniesionymi tu z tekturowych opakowań proszków od bólu głowy. Drugie biurko, mniejsze, wciśnięte naprzeciwko, w nim mój bałagan (tylko w środku, bo na wierzchu codziennie wszystko się sprząta i chowa, ponieważ po południu lokal przejmuje krakowski KIK).

Raz po raz spotkanie redakcyjne skupia wokół tych biurek inne jeszcze postacie: Władysław Stróżewski, Stanisław Grygiel, ks. Józef Tischner, Bohdan Cywiński, Tomek Fiałkowski. Dołącza Franek Blajda, troszczący się o to, by Znak istniał nie w pomysłach tylko, lecz w druku. Robiło się miejsce dla gości czasem sławnych, jak profesor Henryk Elzenberg czy nasz wielki przyjaciel, doktor Antoni Kępiński. Poniekąd gośćmi bywali „nasi” – Stefan Wilkanowicz, Marek Skwarnicki.

Notuję, co pokazuje film wspomnień, czując, że trzeba teraz sięgnąć wcześniej, żeby zobaczyć, jak „brudas” zapełnia się notatkami o propozycjach Anny Morawskiej, zawsze istotnych i wiernie przez nią realizowanych.

To było dobre: nie było wtedy internetu, każdy musiał swój maszynopis przysłać, ale częściej – bezpieczniej – przynieść osobiście i porozmawiać z redakcją wokół biurka Malewskiej.

Jej duchem nasiąkły mury na Siennej 5. Wiem jednak, że Pani Hania bez omyłki trafiłaby też do Dworku Łowczego, którego remontowanie zawsze popierała. Przeniesiona tu redakcja „Znaku” nie opuściła historycznego centrum Krakowa.

Z nas wszystkich Malewska wydobywała to, co nazywała „refleksem Znakowym” – zdolność myślenia o piśmie, o tym, co by dziś nazwano jego „misją”. Tak, że liczne nasze kontakty, podróże, przeżycia, lektury, kompetencje już jakby mimochodem wzbogacały pismo. Myślę, że Pani Hania dba o to nadal, refleks Znakowy nadal działa, teraz w osobach, które jej nie znały.

Jak działał intelekt Malewskiej? Była mocna w uprawianiu krytyki wewnętrznej, analizowaniu i sprawdzaniu logiki decydującej o strukturze tekstów. Nie przepuszczała braków. Dla numerów – nie zawsze wyraźnie „tematycznych” – wybierała osie pozwalające łączyć rozważania z różnych dziedzin wiedzy. Teraz redakcja „Znaku” uwidacznia te osie na wystylizowanych graficznie okładkach. Ale Malewska od początku praktykowała takie quasi-„eseistyczne” komponowanie numerów, by istniała więź – subtelna synergia między włączanymi w nie tekstami. Ten typ redagowania to jej szkoła. Uważam, że w „Znaku” działa nadal. Mniej lub bardziej uwyraźnione osie numerów pochodzą wciąż ze świata, który stworzyła Malewska, wyposażając go w zdolność dalszego rozwoju.

A inne ślady obecności Malewskiej w kulturze? Na pierwszym miejscu umieściłam miesięcznik, w którym sama też nadal się odnajduję. Ale są też jej książki. Kochała „Znak” – tylko tak można tę relację określić, aby ją uprzytomnić tym, co nie widzieli jej przy pracy redakcyjnej. Swoje książki też ceniła sobie i wkładała w ich powstawanie ogromną energię, czyniąc to dyskretnie, tak byśmy widzieli dopiero gotowe. Pisanie powieści uważała za czynność ludzką wyjątkowo uszczęśliwiającą. Uparcie życzyła mi dostąpienia kiedyś przeżyć związanych z powieściopisarstwem. Widywałam ją podczas wakacyjnych wyjazdów, w Sobieszewie i w Pewli, pochłoniętą pisaniem, jakąś rzeczywiście inną niż zwykle, chyba właśnie szczęśliwszą, pogrążoną w czynności odsuwającej na bok różne bieżące zafrasowania.

Książek Malewskiej w zasadzie nie ma dziś na rynku, poza wznawianym właśnie zbiorkiem opowiadań Sir Thomas More odmawia. Śladów Malewskiej – jej wizji świata, Europy i Polski – trzeba szukać wysoko na domowych półkach, może w internetowych antykwariatach. I szukać należy, pilnie, pośpiesznie. Malewska jest właśnie teraz potrzebna, jako antidotum na politykę historyczną – tę konkretną, z jaką mamy do czynienia, tak bardzo nie z jej ducha. Jaki ten duch jest? Mam nadzieję, że syntetycznie, a dokładnie, z doskonałym pietyzmem, krytyczną czujnością pokaże to książka Anny Głąb o Malewskiej, przygotowywana już do druku. Ukazanie się tej książki Redakcja „Znaku” powinna uczynić także swoim świętem. Czy potrafimy to zrobić? Zrobić tak, by duch Malewskiej się w tym wyraził? Ta książka powinna zainicjować serię wznowień wielkich powieści Malewskiej – osobiście sądzę, że najpotrzebniejsi są Panowie Leszczyńscy, a także dzieło tak europejskie, jak Przemija postać świata.

Upominam się o te książki – o ich dostępność, o wywodzone z nich przemyślenia z tego kącika w „Znaku”. Robię to zamiast kwiatów na jej cichy grób w Tyńcu. Może ten apel do kogoś dotrze. Godzina Malewskiej znów bardzo wielu jest potrzebna, choć może o tym nie wiedzą. Katolicyzm Malewskiej był katolicyzmem Jana XXIII. To też coś na dziś.

Okruchy z naszej rodzinnej teczki

Spoceni autorzy w koszulach non iron na pewno ani przez chwilę nie wyobrażali sobie, że ich kwity, ich korespondencja służbowa, ich materialne dowody pilności zamienią się w klucze pamięci, jakby miały w sobie ukryty, nieznany im mechanizm, elektroniczne superhasło, sygnał dla mózgu: nie śpij, czytaj swoje zasoby, sięgnij po to, co wymazane z racji utraty aktualności, przedawnienia silniejszego niż to, które przewiduje prawo (choć nie dla zbrodni). O jakim “obiekcie” w nich mowa, że tu nie mają żadnego agenta, więc figurant (czy też figurantka? może na tyle feminizmu avant la lettre było ich stać), ktoś u nich “figurujący”, tam, wewnątrz tego obiektu spokojnie i bezpiecznie chodził długimi korytarzami, krążył sobie od zajęcia do zajęcia, od jednego obowiązku do drugiego…, a oni mogli tylko obserwować, kiedy późnym wieczorem albo z rana, pustymi ulicami nie oglądając się za siebie, ja, figurantka, pędzę do tramwaju, do autobusu, na dworzec wąskotorowej kolejki; a potem w tym środku transportu może modlę się albo czytam książkę w nieznanym im języku…

Wiedziałam, że oni istnieją. Nie przypuszczałam, że aż tak mnie obserwowali, że montowali jakieś swoje zasadzki, rozwijali plany, nierealne w swojej podłości. Teraz dopada mnie absurdalny lęk z powodu tego, co się przecież nie stało, ale zaraz przejmuje mnie spóźniona, ale przecież zawsze aktualna wdzięczność za gęsty cień opiekuńczych skrzydeł, za pióra, które bezpiecznie okrywały. Tyle spełnionych obietnic.

Jeśli przed śmiercią ogląda się film z całego życia, to będzie podobne doświadczenie: ręka Boga, której nie śmiem się domyślać, nagle stanie się widoczna, przeżyjemy nieopisaną radość, że było, że jest tak, jak usiłowała nam szeptać dziecięca wiara.

Sen

Ulica w Warszawie. Coś jakby Wilcza. Szukam jakiegoś domu, nie mogę odczytać numeru. Już się ściemnia. A może to po drugiej stronie ulicy? Tamta strona jest dziwnie daleko i jak za mgłą, ale jasną, prześwietloną słońcem od zachodu. Patrzę: mgła stopniowo opada. Tamten rząd kamienic jest już blisko, oddzielony tylko dość wąską, mokrą asfaltową jezdnią.

W oknach podzielonych na kwadraty lśnią tęczowe szybki. Na parapety tu i tam wystawiono doniczki kwitnących pelargonii. Teraz otwierają się wszystkie okna. Różowawe światło pada na blade płaskie twarze, omijając zagłębienia oczu. Kobiety posyłają mi całusy paluszkami wysuwającymi się z bufiastych rękawów. Widzę tamtych coraz bardziej z bliska. Lśniące włosy pań są upięte w koczki na szczycie głowy. Za kobietami bardziej w głębi, w cieniu, stoją wąsaci mężczyźni.

Jezdnią płynie teraz coraz szerszy, głośno szemrzący potok. W chwili, gdy śledzę wzrokiem bieg wody, tamta strona znów oddala się, znika za zupełnie ciemną mgłą. Mgła pochłania też rzekę, która wciąż szemrze.

Po tej stronie Wilczej, gdzie cały czas stoję, zapaliły się latarnie, ale oświetlają tylko chodnik i ściany kamienic za plecami.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata