|

TEMAT MIESIĄCA:
Zabobon czy źródło wiary? O religijności ludowej
Czarnowski
zabłądził w Zaciszu
(fragment)
MICHAŁ ŁUCZEWSKI
Uświęcone naukową tradycją pojęcia – „religijność
ludowa”, „religijność wiejska”, „kultura
religijna wsi” etc. – nie przystają do ludzkiego
doświadczenia, pobrzmiewają w nich jakieś
fałszywe nuty. Nikt przecież nie powiedziałby
o sobie, że wyznaje religijność ludową czy praktykuje
wiejską kulturę religijną. Religijność ludowa
jest zawsze cudza, wyznaje ją zawsze ktoś inny.
W szczególności jest religijnością, którą polski
inteligent przypisuje polskiemu ludowi.
Zacisze to mała tradycyjna wieś w Beskidzie Wyspowym. Odwiedziłem ją po raz
pierwszy w maju 2002 roku, powracając tam systematycznie na krótsze i dłuższe pobyty
przez kolejne pięć lat. Badania zostały zrealizowane dzięki grantom Instytutu Nauk
o Człowieku (Józef Tischner Fellowship), KBN, Narodowego Centrum Kultury i Polsko-
-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta. Wszystkim instytucjom serdecznie dziękuję. W sposób
szczególny dziękuję też mieszkańcom Zacisza, którzy skomentowali mój artykuł przed
drukiem.
Siedemdziesięcioletnia kobieta leżała w łóżku, a ja trzymałem jej
dłoń. Mówiła:
Z całego serca ci życzę, żebyś napisał, że jest taka wioska, z której wielu
dobrych ludzi wyszło, bardzo dobrych ludzi, pobożnych i wykształconych. Najwięcej
stąd jest kapłanów, ale już nie o kapłanów chodzi. Tu są ludzie dobrzy,
nikt cię nie obmówi, każdy dobrze życzy. Teraz z życiem koniec. Napisz, że jest taka wioska, która dla Boga żyje. Chrystus tu króluje od stu lat, najpierw w tej
kapliczce, gdziem ślub brała. Stąd bardzo dobrzy ludzie, króle Polski! Nie wiem,
jak to powiedzieć, inni by lepiej powiedzieli, ja nieuczona. Pewno, są tacy, którzy
nie są święci, wszyscyśmy grzeszni. Mówię ci to, zanim zgasnę.
Gdy była zdrowa, przypominała wiecznie zabieganą dziewczynkę.
Co ranek szła dziarskim krokiem do kościoła, potem pieliła grządki,
ubijała masło, uczyła mnie stawiać siano (wszystkie „moje” kopy
padły podczas najbliższej burzy), strofowała dzieci, zaglądała do kuchni,
wszędzie było jej pełno. Minioną młodość wciąż było widać w jej
mocnym, długim warkoczu, wesołych oczach i śmiechu, który nagle
wypełniał całą izbę.
Jej choroba zaczęła się tak samo beztrosko, jak wszystko, co robiła.
Chciała zebrać kwiaty, które rosły za drucianym ogrodzeniem.
Przystawiła drabinę. Wspięła się i runęła z wysokości na lewy bok.
Prosto na rozrusznik, który podtrzymywał przy życiu jej dziewczęce
serce. Myślała, że umiera, i prosiła mnie, żebym napisał o jej wsi tak,
jak potrafię najlepiej.
* * *
„Oto poczciwa staruszka w małym ogródku, pełna miłości, zbiera
dzięki niej więcej owocu niż światły uczony, który zgłębił tajemnice
natury – w wielkim ogrodzie” – pisał św. Bonawentura (E. Gilson, Chrystianizm a filozofia, tłum. A. Więckowski, Warszawa 1988, s. 53).
Dla babci wierzyć było czymś naturalnym. Nie potrafiła zrozumieć
tych, którzy „nie mają Boga w sercu” i występują przeciw Jego
przykazaniom. „Czy oni nie wiedzą? Przecież oni nie wejdą do nieba,
choćby się góry waliły! Gdzie oni rozum mają?”
Religia dawała jej siłę. Nikt nie domyśliłby się, jak wielką. „Papież
pozwolił mi przeżyć dzisiejszy dzień” – powiedziała mi raz. A nie
był to jedyny ciężki dzień w jej życiu. Mąż, jeden z największych
gospodarzy we wsi, prześladowany i więziony w stalinowskim więzieniu,
umarł, gdy najstarszy syn, Michał, miał dwanaście lat. Ciężar
wychowania szóstki małych dzieci spadł na nią. Dzięki uporowi i pomocy
bliskich wszyscy ukończyli studia, wszyscy oprócz Michała,
który młodszym zastąpił ojca i został na gospodarce.
Po latach pracy ponad siły znalazł wspaniałą żonę, postawił dom,
kapliczkę, stodołę, zasadził cały sad. Dziś jeździ najnowocześniejszym
ciągnikiem, a gdy trzeba obrobić pagóry, jak dawniej zaprzęga
konia. Przez kolejne lata dom wypełniał się coraz większym gwarem,
coraz więcej dzieci goniło po pokojach, przewracając się i oblewając
wodą. Do bitki każda okazja się nadawała. – Ja będę księdzem!
– wrzeszczał Stefek. – Nie, ja będę księdzem! – płakał Józek.
I już brali się za sześcio- i siedmioletnie bary.
Młodzi chłopcy nie widzieli żadnej sprzeczności między uduchowionym
celem (stan kapłański) a brutalnymi środkami, które do niego
wiodły (szamotanie, kopanie, tarzanie się po ziemi). Zresztą mogli
być pewni, że wszyscy księża w rodzinie: brat ich dziadka Jan oraz
dwóch wujów, młodszych braci Michała, w młodości mężnie stawali
do wszystkich bójek, a nawet, można przypuszczać, skutecznie je
animowali. Wystarczy na nich spojrzeć. Gdy po ponad półwieczu
kapłaństwa ksiądz Jan opowiada o tym, jak w gimnazjum po raz
pierwszy niósł broń w góry partyzantom, uśmiecha się tak, jakby
chciał poczuć ją w dłoniach jeszcze raz.
Stanisław, najmłodszy z braci, na swych prymicjach powiedział
do Michała: „To ty powinieneś być dziś na moim miejscu, bo ty
masz duszę kapłańską”. Słowa twarde jak uścisk dłoni przy znaku
pokoju, słowa brata do brata, które wyciskają męską łzę. „Powiedz
Michałowi – poprosił mnie raz Franek, dumny ojciec dziewięciorga
dzieci – że jest dobry chłop. Od takich można się uczyć życia”. Nie
czuło się tu żadnej przesady, patosu czy emocjonalnego rozedrgania.
Bo Michał po prostu jest dobry, święty chłop. Widać to nie tylko
w jego codziennej postawie, ale także w takim szczególe, że przez
ostatnie pół wieku nigdy nie opuścił wieczornego różańca. Nigdy.
Przez całe życie. Codziennie widziałem, jak jego żelazne dłonie składały
się do modlitwy, a jego ciało upadało przed krzyżem. Przed
Jezusem Chrystusem.
Więcej na łamach marcowego „Znaku”
Zamów numer
MICHAŁ ŁUCZEWSKI, ur.
1979, socjolog i psycholog,
adiunkt w Instytucie Socjologii
Uniwersytetu Warszawskiego,
współpracownik Muzeum Powstania
Warszawskiego i Centre
for Social Studies. Przygotowuje
książkę na temat przemian polskich
ideologii narodowych
(1768–2007).
POCZĄTEK STRONY |