70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Marzec ’68 czterdzieści lat później

Na podstawie tego, co wiemy o reakcjach partyjnej elity na wydarzenia marcowe trudno dzisiaj mówić o Gomułce wyłącznie jako o potencjalnej „ofierze” partyzantów. Nie ulega bowiem wątpliwości, że to właśnie „Wiesław” stał się w czerwcu 1967 roku jednym z inicjatorów antysemickiej nagonki w Polsce, i przez dłuższy czas – choć mógł – nie uczynił nic, aby ją powstrzymać.

Czterdzieści lat temu Polską wstrząsnął jeden z największych kryzysów społecznych w jej najnowszej historii. Jego genezy upatruje się zazwyczaj w stoczonej w czerwcu 1967 roku tak zwanej wojnie sześciodniowej, w której armia izraelska pokonała wspierane przez Związek Sowiecki wojska koalicji państw arabskich. Zwycięstwo Izraela wywołało wściekłość decydentów na Kremlu, którzy niezwłocznie podjęli decyzję o zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Tel-Awiwem przez państwa bloku socjalistycznego. W rządzonej przez starzejącego się Władysława Gomułkę Polsce wydarzenia te stały się dodatkowo pretekstem do rozpoczęcia zakrojonej na szeroką skalę czystki personalnej oraz kampanii propagandowej, której ofiarą padały osoby pochodzenia żydowskiego podejrzewane o nielojalność wobec państwa polskiego i oskarżane o sympatie „syjonistyczne”. Pretekstem do ataku na domniemanych lub rzeczywistych sympatyków Izraela mogły się przy tym stać błahe lub zgoła wymyślone powody: w jednej z tego typu spraw wystarczył donos, że na wieść o klęsce wojsk arabskich osoba pochodzenia żydowskiego „uśmiechała się z zadowoleniem”. Sygnał do walki z „syjonizmem” dał sam Gomułka, wygłaszając jeszcze w czerwcu 1967 roku słynne przemówienie, w którym użył w stosunku do części społeczności żydowskiej w Polsce haniebnego określenia „piąta kolumna”. Na efekty nie trzeba było długo czekać: hasło do ataku na Żydów piastujących wysokie stanowiska partyjne i państwowe zostało z aprobatą podjęte przez wielu ambitnych aparatczyków, spośród których przebojowością wyróżniał się wpływowy minister spraw wewnętrznych Mieczysław Moczar. Był on uważany za przywódcę partyjnej koterii tak zwanych partyzantów, wyznających poglądy, będące dość prymitywną mieszaniną haseł komunistycznych i nacjonalistycznych. W całym kraju, zrazu po cichu, a później przy akompaniamencie agresywnej propagandy, zaczęło się tropienie i usuwanie ze stanowisk domniemanych „syjonistów” i zastępowanie ich ludźmi – by tak rzec – pochodzenia aryjskiego. Początkowo czystka ta dotyczyła głównie policji politycznej i wojska, potem jednak objęła także i inne dziedziny, w tym w szczególności gospodarkę, kulturę i naukę. Wbrew twierdzeniom propagandy „marcowej” dotknęła ona w zdecydowanej większości osoby od dawna utożsamiające się z polskością. W nowej rzeczywistości nie było jednak dla nich miejsca: wielu, pozbawionych pracy i przerażonych narastającą nagonką, zdecydowało się na wyjazd z kraju. W ten sposób w latach 1968-1972 Polskę opuściło, zazwyczaj bezpowrotnie, około 15 tysięcy osób, w znacznej części wysokiej klasy specjalistów. Eksodus ten, którego symbolem stał się warszawski Dworzec Gdański, skąd udawało się na emigrację wielu rzekomych „syjonistów”, stał się ponurym epilogiem wielosetletniej historii Żydów polskich, których społeczność po 1968 przestała de facto istnieć.

„Co to znaczy, że w Polsce Ludowej w 24 lata po okupacji hitlerowskiej znowu mówi się językiem hitlerowców i ONR-owców?” – zapytywała w lutym 1968 roku w liście do I sekretarza KC PZPR studentka Uniwersytetu Warszawskiego. Rozkręcająca się kampania antysemicka nałożyła się w czasie na narastające zniecierpliwienie elit intelektualnych postępującym ograniczaniem przez ekipę Gomułkowską sfery wolności twórczej, czego symbolem stało się zawieszenie w styczniu 1968 roku spektaklu Dziady w warszawskim Teatrze Narodowym. Wydarzenie to wywołało protesty zarówno części warszawskiego środowiska literatów, jak i studentów. Eksplozja społecznego niezadowolenia nastąpiła w marcu 1968 roku, kiedy to po brutalnym spacyfikowaniu przez „aktyw robotniczy” studenckiego wiecu na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego fala protestów ogarnęła najpierw uczelnie wyższe stolicy, a następnie rozlała się na cały kraj. Trwający do końca marca protest szybko wykroczył poza środowisko akademickie: nowsze badania historyków wskazują, że wbrew utrzymującemu się przez lata mitowi o wyłącznie „inteligenckim” charakterze „wydarzeń marcowych”, aktywnie włączali się doń zarówno robotnicy jak i uczniowie szkół średnich, a demonstracje poparcia „z warszawiakami” organizowano nawet w miejscowościach, w których nie było uczelni wyższych (Bielsko-Biała, Legnica, Radom, Tarnów). Co ciekawe, spośród 2725 osób zatrzymanych w ciągu trzydziestu dni począwszy od 7 marca 1968 roku na terenie całego kraju, największą grupę stanowili nie studenci, ale właśnie robotnicy (jak ustalił Jerzy Eisler, w rękach SB i MO znalazło się wówczas 937 pracowników zakładów przemysłowych). Upraszczając nieco problem można zauważyć, że Marzec’68 szybko nabrał charakteru buntu młodego, urodzonego już po II wojnie światowej, pokolenia zniecierpliwionego zastojem Gomułkowskiej „małej stabilizacji”. W ciągu trzech tygodni protestów można było zaobserwować ewolucję tego buntu ku dojrzalszym koncepcjom programowym, których podsumowaniem stała się, przyjęta na ostatnim marcowym wiecu, Deklaracja ruchu studenckiego, zawierająca między innymi postulaty powołania do życia autentycznej organizacji studenckiej, zwiększenia kontroli społecznej nad funkcjonowaniem struktur państwowych oraz zagwarantowania rzeczywistej niezawisłości PRL-owskim sądom.

Przez dłuższy czas jedną z najbardziej popularnych interpretacji „wydarzeń marcowych” była koncepcja prowokacji, zaplanowanej przez koterię partyzantów. Według tej interpretacji mieliby oni celowo wywołać niepokoje społeczne, aby wzmocnić swoją pozycję w elitach władzy poprzez eliminację niedobitków konkurencyjnej frakcji rewizjonistycznej (częściowo pochodzenia żydowskiego – stąd posługiwanie się przez partyzantów zakamuflowanym antysemityzmem), a także osłabienie pozycji samego I sekretarza KC PZPR. Przez lata koncepcja ta traktowana była prawie jak historyczny dogmat, a jej zwolennicy wykreowali Moczara niemal na Makiawela PRL-u. W miarę postępu badań nad Marcem’68 pojawiły się jednak liczne wątpliwości co do jej zasadności. Czy zatem na pewno działania tego polityka w Marcu’68 wynikały z góry powziętego planu, czy też raczej stanowiły próbę politycznego wykorzystania sytuacji, która zaskoczyła go w takim samym stopniu jak i innych członków partyjnego establishmentu? Na podstawie tego, co wiemy o reakcjach partyjnej elity na wydarzenia marcowe trudno też dzisiaj mówić o Gomułce wyłącznie jako o potencjalnej „ofierze” partyzantów. Nie ulega bowiem wątpliwości, że to właśnie „Wiesław” stał się w czerwcu 1967 roku jednym z inicjatorów antysemickiej nagonki w Polsce, i przez dłuższy czas – choć mógł – nie uczynił nic, aby ją powstrzymać. Do niedawna tłumaczono to jego polityczną dezorientacją, argumentowano, że nie był antysemitą, że został wprowadzony w błąd przez podstępnych moczarowców, że przejściowo przestał panować nad biegiem wydarzeń. Nowsze badania wskazują jednak, że w Marcu’68 „Wiesław” ani na moment nie utracił kontroli nad sytuacją w kraju i choć początkowo był nią nieco zaskoczony, to przez dłuższy czas nie przeciwstawił się narastającej fali antysemityzmu nie dlatego, że nie potrafił, lecz dlatego, że z różnych powodów nie było mu to na rękę. W świetle naszej dzisiejszej wiedzy o zachowaniu się władz partyjnych podczas „kryzysu marcowego”, osób odpowiedzialnych za sprowokowanie nagonki antysemickiej, a następnie za brutalną rozprawę z protestującą młodzieżą należy poszukiwać bynajmniej nie tylko wśród koterii partyzantów, ale w całej ówczesnej ekipie rządzącej.

Obecnie, po upływie czterech dziesięcioleci od tamtych wydarzeń, Marzec’68 należy zapewne do najrzadziej obecnych w społecznej pamięci historycznej „polskich miesięcy”. Co ciekawe dzieje się tak, mimo iż dzięki wysiłkowi takich badaczy jak Jerzy Eisler, Andrzej Friszke, Jakub Karpiński, Marcin Kula, Jarosław Neja, Piotr Osęka, Dariusz Stola, Włodzimierz Suleja, Marcin Zaremba i wielu innych, „wydarzenia marcowe” należą do najlepiej opracowanych przez historyków polskich „kryzysów”. Być może wynika to stąd, że Marcowi zabrakło dramatyzmu Grudnia’70, przełomowego charakteru Października’56 czy atmosfery tryumfu, charakterystycznej dla Sierpnia’80. Mimo to znaczenia Marca, czy też szerzej: wydarzeń roku 1968, dla dalszych dziejów PRL-u nie sposób przecenić. Był to bowiem moment szczególnego przesilenia politycznego, w którym ustrój komunistyczny ukazał jedną ze swoich najbardziej odrażających twarzy, na zawsze zniechęcając do siebie wielu niedawnych wyznawców oraz niedoszłych „reformatorów”. W ciągu tych kilku kluczowych miesięcy komunizm zaprezentował się nie tylko protestującym studentom, ale również milionom młodych „poddanych PRL-u”, jako martwa ideologia, służąca „właścicielom PRL-u” oraz ich mocodawcom na Kremlu za wygodne alibi dla stosowania nawet najbardziej nikczemnych metod rządzenia.

Z dzisiejszej perspektywy wszystkie te spostrzeżenia wydają się dość oczywiste, wówczas jednak dla wielu Polaków wcale takimi być nie musiały. Tym niemniej już wkrótce okazało się, że najbardziej zdeterminowana część represjonowanych uczestników marcowego buntu szybko przyswoiła sobie gorzką lekcję, udzieloną im przez ekipę Gomułki. Część z nich stworzyła działające na Zachodzie prężne środowiska niezależnej myśli politycznej, inni w połowie lat 70. znaleźli się w pierwszym szeregu kształtującej się w kraju opozycji demokratycznej. Marcowe zwycięstwo komunistów okazało się stosunkowo nietrwałe, a na pozbawionym mocnego, ideologicznego spoiwa gmachu PRL-owskiego systemu władzy, choć pozornie nadal imponującym, zaczęły już tu i ówdzie pojawiać się pierwsze rysy.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata