70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Café Popkultura

„Oto Eryk, imaginacyjny bohater nieistniejącej prozy” – tak zaczyna się Café Navarra, tekst otwierający zbiór esejów pod tym samym tytułem. Ponieważ ten esej zamierzony został jako sfabularyzowane wprowadzenie do całości, od niego wypada zacząć krytyczne tej całości omówienie. Café Navarra to fikcyjny lokal, w którym spotykają się osoby dramatu, a zarazem mentalna przestrzeń, w której ścierają się ich poglądy.

To ścieranie się poglądów jest w warstwie fabularnej walką o przyszły los, o istotę wolności człowieka jeszcze duchowo nieukształtowanego, który dał się zwieść pozorowi piękna i doznał bolesnego rozczarowania. Doświadczalny Eryk, tabula rasa, poddany zostaje psychologicznemu eksperymentowi, z którego wyjdzie napiętnowany świadomością uwikłania w grę pozorów, w kulturę Baudrillardowskiego simulacrum. Jak człowieczeństwo może się bronić przed płycizną kultury masowej, serwowanej nam w formie reklamowej papki? Czy i jak można tej płyciźnie nie ulec? To pytanie przewija się przez cały tom esejów Piotra Wojciechowskiego, tutaj jednak zawężone zostaje do problemu konsekwencji redukowania ludzkiej cielesności do roli obiektu wykorzystywanego przez reklamodawców w celach promocji towarów. Jeden z rozmówców, Józef, którego w kontekście całej książki można uznać za alter ego autora, dla opisania tego zjawiska ukuwa w rozmowie ze swoim ideologicznym antagonistą, przedsiębiorcą Joachimem, pojęcie „syndromu sutenera”. Sformułowanie to mocne, jednak obok niemal groteskowych w swojej skrajności sądów Nieznajomego i Ojca Jana te wypowiadane przez Józefa wydają się dość wyważone. Natomiast główny zarzut stawiany reklamie i mass mediom, że mianowicie w niebezpieczny sposób redefiniują pojęcie normalności, jest spostrzeżeniem chyba w tym eseju najciekawszym, bo najmniej oczywistym. Jednak to nie ono stanowi clou rozumowania i centrum opowieści. A sama opowieść, jest – niestety – dosyć mdła. Odbiorcę świetnej prozy Wojciechowskiego może zastanawiać, dlaczego autor Czaszki w czaszce postanowił ubrać kulturowe kontrowersje wokół reklamy w fabułę, której postaci są skrajnie schematyczne, a wypowiedzi rażą brakiem naturalności. Argumenty bohaterów to cytaty i bibliograficzne odniesienia, którymi sypią jak z rękawa. Wojciechowski prozaik na pewno wiedział, że chcąc skonfrontować światopoglądy, a nie dysponując rozległą przestrzenią powieściową, w jakiej ścierali się choćby Settembrini i Naphta, ryzykuje popadnięcie w schematyzm. Dlaczego więc nie posłużył się esejem jako takim? Być może zamierzał stworzyć coś na wzór średniowiecznego moralitetu, z bezosobowym Erykiem jako Everymanem, którego duch jest symbolicznym poligonem walki wrogich sił dobra i zła. Taka koncepcja w dużej mierze uzasadniałaby schematyczność postaci. Jednak przez dobór tytułu autor zdaje się sugerować inne jeszcze kulturowo-literackie odczytania. Zapytany przeze mnie o celowość takiego, a nie innego usytuowania akcji, zwrócił uwagę na mnogość kulturowych odniesień hiszpańskiej Navarry jako punktu, w którym krzyżowały się pielgrzymkowe szlaki wiodące do Santiago de Compostela, jako miejsca śmierci mitycznego Rolanda oraz jako ojczystej krainy Berengueli, późniejszej żony Ryszarda Lwie Serce. Mnogość sugerowanych w ten sposób skojarzeń kazała mi szukać powiązań. Czy i w jakim sensie cudowne, lecz zwodnicze widmo porywające za sobą Eryka miałoby być Berenguelą naszych czasów? Czy goście Café Navarra to archetypowi pielgrzymi, zdążający każdy własną, niekiedy błędną drogą do wyzwalającego Santiago? Takie interpretacje wydają się jednak nie przystawać do schematyzmu opowiadania. Czytając ten tekst, potraktujmy go więc jako źródło cennych spostrzeżeń dotyczących kultury masowej, które rozwinięte zostaną w dalszej części książki składającej się z siedmiu rozbudowanych esejów.

Całość rozważań Wojciechowskiego jest krytyczną analizą przemian, jakim w ciągu ostatniego półwiecza uległy nasze pojmowanie kultury i jej roli. Wyniki analizy są mało obiecujące dla rozwoju tej dziedziny ludzkiego działania, świadczą raczej o jej stopniowej degradacji. Sens utraciło klasyczne rozumienie kultury: nie jest już ona „próbą zmuszenia dziejów, aby służyły wartościom”, jak chciał tego Henryk Elzenberg, ani „uprawą duszy – cultura animae”, jak powtarzał za starożytnymi Stefan Swieżawski. W dobie mass mediów kultura przestała być pojmowana jako katalizator osobowości, lecz stała się nieobowiązującą dziedziną rozrywki. Wartości natomiast uległy spłyceniu. W kontekście definicji Elzenberga rodzi się jednak problem, którego Wojciechowski nie rozwiązuje, a mianowicie: czy kultura jest kulturą bez względu na wartości, jakim służy? Prawdopodobnie wartości utożsamiane są tutaj z wartościami „wysokimi”, lecz przecież ich aksjologiczna kwalifikacja pozostaje w dużej mierze kwestią jednostkowej oceny, do której autor oczywiście ma prawo. Wojciechowski wymienia konkretne przykłady wyparcia wartości wyższych przez niższe: otóż miejsce piękna zajęła nowość (widocznie Lyotardowska wzniosłość także się już ludziom przejadła), zwycięstwo zastąpiono sukcesem, przyjaźń – kumpelstwem, miłość – erotyzmem, wierność – partnerstwem, a mądrość – sprytem. Uznając trafność tego spostrzeżenia, trzeba zaznaczyć, że brak rozróżnienia kategorii estetycznych i etycznych prowadzi do pewnego zamieszania w katalogu cnót. Być może ujawnia się tu tęsknota za Platońskim utożsamieniem najwyższego piękna z dobrem i miłością, na które jednak Wojciechowski się nie powołuje. Można by się także spierać, czy w wypadku wszystkich wymienionych przez niego wartości ta „niższa” zaprzecza „wyższej”. Przeciwstawienie partnerstwa wierności trudno zrozumieć inaczej niż jako dowód tego, że autor, sam będący krytykiem mediów, bezwiednie uległ ich językowej manipulacji, która każe nazywać partnerstwem relację pozbawioną zobowiązań. A przecież chcąc powrócić do czystości i uczciwości języka, musimy odrzucić medialny eufemizm i przywrócić słowom ich prawdziwe znaczenia. Wtedy przyznamy, że partnerstwo i wierność nie tylko się nie wykluczają, ale także nie mogą bez siebie istnieć. A erotyzm i miłość? Czy element „niższy” nie stanowi ważnego dopełnienia elementu „wyższego”? W kontekście całej książki są to, rzecz jasna, detale, jednak na tyle istotne, że wyczulony czytelnik może wytworzyć sobie na ich podstawie obraz autora jako sztywnego tradycjonalisty. Obraz niesprawiedliwy i błędny, jeśli wziąć pod uwagę całość przedstawianej tu myśli.

Szczególnie ważnym elementem tej myśli wydaje się dostrzeżenie w naszej popkulturze i reklamie swoistej kontynuacji komunistycznej propagandy. Zarówno jedna, jak i druga posługują się tworzonymi na swoje potrzeby mitami, które zakorzeniają się w ludzkich umysłach i pozwalają sterować zachowaniami całych społeczności. Takie działanie władzy – politycznej i medialnej – nazywa Wojciechowski mitotroniką. Dla swojej historiozoficznej refleksji ukuwa natomiast pojęcie „dziedzictwa zamętu”: przechodząc z totalitaryzmu do gospodarki rynkowej i społeczeństwa otwartego, wnieśliśmy w nie naszą bezwolność i podatność na demagogię. Kultura masowa, w tym reklama, sama posługuje się demagogią, a jednocześnie zwiększa naszą na demagogię podatność. Telenowela, prototypowy wytwór popkultury, proponuje prosty obraz świata, w którym wszelkie kontrasty są jaskrawe, a oceny uproszczone. Kształtując gusta i umysły, czyni widza podatnym na populistyczny obraz rzeczywistości, operujący takimi właśnie czarno-białymi rozróżnieniami. Idąc za tokiem rozważań Wojciechowskiego, można powiedzieć, że jako spadkobiercy populistycznego systemu jesteśmy na takie właśnie widzenie rzeczywistości podatni podwójnie: mass media, zamiast od brzemienia historii najnowszej nas wyzwalać, mimo woli współpracują z jej dziedzictwem.

Swoją sugestywną wizję „dziedzictwa zamętu” buduje Wojciechowski, odwołując się do kategorii stworzonych przez europejską humanistykę. Ukazuje mechanizm, za sprawą którego urabiane przez komunizm „społeczeństwo niczyje” – nijakie, podatne na sugestie, myślowo i aksjologicznie zagubione – z łatwością przedzierzgnęło się w kształtowane przez media „społeczeństwo spektaklu” przepowiadane przez Guya Deborda.

W świadomości medialnej, kształtowanej zwłaszcza przez telewizję, granica między rzeczywistością a fikcją zaciera się, bo zaciera się granica między codziennością a spektaklem.

Właśnie spektakl, dotychczas ograniczony czasem wyjątkowym – karnawału, liturgii, święta – przeniknął całą naszą codzienność, odrealniając także to, co dzieje się poza nim, w czasie rzeczywistym. Znieczuleni na świat, trwamy w tej – jak to barwnie określa Wojciechowski – „półnarkozie świadomości medialnej”. To odrealnienie, to zatarcie granic najbardziej dramatyczne jest wtedy, gdy unieważniona zostaje śmierć.

Za typowy przejaw społeczeństwa spektaklu uważa Wojciechowski reality show, z jego fałszywą prawdziwością: z jednej strony ekranu aktorzy amatorzy, pozwalający się oglądać, czy raczej podglądać, w sytuacjach niemających nic wspólnego z rzeczywistością życia, z drugiej zaś – publiczność ulegająca pokusie podglądania, udająca sama przed sobą, że jest świadkiem prawdy. Wywołany przez autora obraz „skoszarowanych na żer kamer” naturszczyków, tworzących fikcyjną wspólnotę, nad wyraz sugestywnie ilustruje dramat sytuacji człowieka zniewolonego przez medialną pseudokulturę i jej kolorowe mity. Oto wkracza Wielki Brat, a dla Polaków – podkreśla Wojciechowski – nie jest to jego pierwsza wizyta. Także i tutaj daje o sobie znać dziedzictwo zamętu.

Bardzo ważnym spostrzeżeniem, poczynionym przy okazji rozważań o kulturze popularnej, jest teza o umasowieniu kultury wysokiej, a więc z założenia niemasowej, elitarnej. Wojciechowski zauważa, że kultura wysoka i popularna funkcjonują dzisiaj na równych prawach, właśnie poprzez swoją ogólną dostępność: dla wykształconego człowieka dobro, piękno i mądrość mogą być na wyciągnięcie ręki – wszystko to zostało zgromadzone w „globalnym hipermarkecie kultury”. Pytanie tylko, czy człowiek poszukujący w tym hipermarkecie czegoś dla siebie, znajdzie przewodnika. Za tą wypowiedzianą obawą zdaje się kryć jeszcze jedna, niewypowiedziana: czy żyjąc o „parę kliknięć od Bacha”, można go nigdy nie spotkać, nie z powodu niewiedzy, ale z powodu tego, że zginie zalany falą chłamu? A może także: czy taki „Bach na kliknięcie”, Bach popularny, Bach ogólnodostępny to jeszcze Bach?

Można nie podzielać pesymizmu prognoz Wojciechowskiego czy zacietrzewienia, w jakie autor zdaje się chwilami popadać, można nie zgadzać się z nadmierną generalizacją, która każe oceniać wedle tej samej miary zjawiska tak różne jak inżynieria genetyczna i reality show. Ale nie można nie podziwiać sugestywności obrazów, ujmowania niezwykle złożonych problemów w formie celnych, lakonicznych sformułowań, nieoczekiwanych językowych zestawień. Obrazy człowieka miotającego się po „globalnym hipermarkecie kultury” czy „leniwego dewianta” podglądającego armię „skoszarowanych na żer kamer naturszczyków” silnie przemawiają do wyobraźni. To zaś dowodzi, że mimo wszechobecnej kultury obrazkowej jeszcze wyobraźni nie utraciliśmy. W autorze Café Navarra znów odnajdujemy świetnego pisarza, który z łatwością ubiera publicystykę w poezję, wczytując zaskakującą metaforykę w świat zjawisk przyziemnych, nadając im nieoczywiste, głębokie znaczenia. Popatrzmy choćby na obraz rozrzuconych w parku śmieci: „To jest ich ekspresja, ich sposób przeżywania dobrobytu, Europy, panoszenie się w Ojczyźnie. (…) To wszytko jest zakodowanym telegramem o stanie ducha, alfabetem rozpaczy, mamrotaną bez słów tragiczną tyradą. Nie czytają moich książek, ale ja odczytuję ich śmiecie ze współczuciem, przerażeniem, cieniem nadziei”.


Piotr Wojciechowski, Café NavarraBiblioteka „Więzi”, Warszawa 2007, s. 160.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata