70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Last minute

Podróż – a może raczej należałoby powiedzieć: kondycja podróżna – jest może czymś takim jak stan podwyższonej gotowości do wiecznych pertraktacji ze światem.

Kabardyńskie konie istnieją naprawdę, odznaczają się umięśnioną szyją, pionowym ustawieniem łopatek (co daje wysoki krok), średnim wzrostem, dużą wytrzymałością; umaszczenie mają gniade, skarogniade lub kare. I naprawdę można je zobaczyć, przebywszy grzbiet wzniesienia, na 57 stronie książki:

Konie pasły się na stoku po drugiej stronie płytkiej doliny i było ich naprawdę mnóstwo, na pewno więcej niż pięćdziesiąt, być może więcej niż sto, a gdybym nie obawiał się posądzenia o przesadę, powiedziałbym, że było ich dwieście – i nawet jeśli przesadziłbym, przesadziłbym niewiele. Prawie się nie poruszały. Tylko od czasu do czasu któryś z nich robił krok lub dwa, jednak zazwyczaj działo się to gdzieś na obrzeżach pola widzenia, tak że ruch ten można było wziąć za złudzenie wywołane drganiem coraz cieplejszego powietrza. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było żadnego ogrodzenia, które zabraniałoby im udać się w dowolną stronę świata, ale one pozostawały w miejscu, tak jakby wiedziały dobrze, że nawet jeśli nie odejdą stąd dzisiaj, będą mogły to zrobić jutro, pojutrze, za tydzień, kiedykolwiek.

I naprawdę warto było wybrać się w drogę i przebyć grzbiet wzniesienia, żeby zobaczyć te konie, nawet jeśli ostatecznie nie jesteśmy pewni ich liczby. Jak również warto było wybrać się do baru „Dajana” w Olecku, gdzie właściciel po mistrzowsku umie pokroić cebulkę do śledzia, i na wyspę Dżerba – i w ogóle wszędzie tam, gdzie nas Krzysztof Środa poprowadził.

Zwierciadło literatury, któremu Stendhal kazał wędrować po gościńcu, u Krzysztofa Środy zmienia się w stosy samochodowych lusterek, wystawionych na sprzedaż na przydrożnym bazarze gdzieś w okolicach miasta Jelec.

Zamiast wyjąć czym prędzej notes i sporządzić listę choćby co dziesiątego spośród przedmiotów przesuwających się przed moimi oczami, dociekałem niemrawo sensu, jaki mogą mieć zwierciadła, które zamiast wędrować gościńcem – bądź co bądź były to lusterka samochodowe – stoją nieruchomo na jego skraju i oślepiają podróżnika pragnącego zobaczyć w nich odbicie własnej twarzy.

Te lustra zresztą są nie tylko ze Stendhala, ale i z Gombrowicza: „niejasna sytuacja na kontynencie”, która użycza tytułu pierwszej książce Środy, to początek Zdarzeń na brygu Banbury, opowiadania kończącego się uwagą, że „zewnętrzność jest zwierciadłem, w którym przegląda się wnętrze”.

Nie wiemy ostatecznie, ile właściwie było tych podróży, jakie trasy przebył narrator i w jakiej kolejności, choć może, gdyby pozbierać rozproszone dane szczegółowe, dałoby się to ustalić. Narrator najwyraźniej stroni od takich praktyk literackich, które nanizują fakty na jeden sznurek fabuły albo wywodu. Owszem, dostajemy informacje kiedy, skąd i dokąd, z kim, ale nikt nie każe nam na to zwracać uwagi, przeciwnie: „wygląda na to, że w tej książce daty nie będą miały większego znaczenia”. Zresztą daty i tak sygnalizują nie tyle porządek zdarzeń, co porządek przypominania sobie zdarzeń. Przemieszczanie się w przestrzeni ma bowiem to do siebie, że zachęca do przemieszczania się w czasie. W każdym razie narrator uprzedza, żeby nie liczyć na historię, która by miała „przynajmniej początek i koniec”.

Już po kilku pierwszych zdaniach, najpóźniej po kilku stronach, czytelnik, i to nawet bez specjalnych ostrzeżeń ze strony narratora, zyskuje jeszcze innego rodzaju pewność. Wie na przykład, że nie będzie ciągany śladami medialnych nagłówków, zasypywany egzotycznymi ciekawostkami, przekonywany, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, że nikt mu nie każe pasjonować się transformacją hipisa w biznesmena ani nawet rytualnie ubolewać nad fatalnymi skutkami modernizacji. Czytelnik z rozkoszą zaciąga się tą pewnością, jak gdyby to on sam dokonał tak szczęśliwego wyboru.

Narrator wyrusza w podróże, dalekie i bliskie, zdawałoby się bez celu, bez planu i całkiem od niechcenia. Nawet jeśli były jakieś długie i solidne przygotowania, to potem nagle zmienia się plan, zarzuca go albo po prostu więcej się o nim nie opowiada. Tytułowy „projekt handlu” szybko wypatroszony zostaje z pragmatycznej powagi przedsięwzięcia. Kaukaz, Rio Grande, Olecko, Dżerba czy Wizna – na pozór tak odległe od siebie na Ziemi i na skali egzotyki, wydają się nie tylko ulokowane w jednej prowincji, ale także jednakowo prowincjonalne, jednakowo banalne. Narrator wydaje się też całkiem niepodatny na pokusy pozostawiania po sobie jakiegoś śladu, nie mówiąc już o zmienianiu świata. Ba – nie fatyguje się nawet, żeby formułować oceny, chwalić albo potępiać. Wykazuje raczej skłonności zachowawcze albo, powiedzmy, dyspozycje wzorowego edytora, który chce jedynie przekazać tekst w możliwie integralnej postaci. Wyruszając w podróż zabiera ze sobą notes, żeby zapisywać „wszystko albo prawie wszystko”, co zobaczy przez okno samochodu: „kim bowiem jestem (…) by na bieżąco rozstrzygać, co będzie, a co nie będzie warte odnotowania”. Gdy w barze w Olecku dostrzega popielniczkę – „popularny kiedyś model”, „zatknięta na rurce z niklowanego metalu blaszana kula, którą ścięto ukośnie od góry, a powstały otwór zakryto obracającym się wieczkiem” – miałby ochotę odkupić ją od właściciela, a powstrzymuje się „tylko dlatego, by pozwolić zainteresowanym czytelnikom obejrzeć ją tu na własne oczy”. Od wzorowego edytora pochodzi też chyba uwaga, że pisząc trzeba „bardzo uważać, żeby nie zrobić fałszywego kroku i nie przypisać znaczenia rzeczom, które być może zdarzyły się tylko po to, żeby się zdarzyć”.

Schopenhauer pisze, że świat zewnętrzny, przyroda, przedmioty, także „przedmioty zupełnie nieważne” – jak codzienne sprzęty, które lubili malować Holendrzy, albo jak powyższa popielniczka – wychodzą nam „naprzeciw”, wzywają, „zapraszają do oglądania”. Powołuje się nawet w tej materii na fragment Państwa Bożego, gdzie mowa o tym, że rośliny które same nie mogą poznawać, ukazują się naszym zmysłom, jak gdyby „chciały stać się przynajmniej przedmiotem poznania”. U Środy świat też nie pozostawia nas w spokoju, też nieustannie czegoś się naprasza, a nawet zastawia pułapki:

… odkryłem, że mój przerwany na samym początku spacer doprowadził mnie do wylotu studzienki kanalizacyjnej zamkniętej betonową płytą. (…) W jednej z ćwiartek beton wykruszył się i prawdopodobnie wpadł do środka, odsłaniając kawałek kompletnej ciemności. Znów poczułem, że ktoś lub coś próbuje mnie uwikłać w daremne i niebezpieczne rozważania nad wzajemną relacją tego, co widoczne, i tego, co niewidoczne.

… wykonałem powolny obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni, licząc wszystkie napisy Coca-Cola, które znalazły się w zasięgu mojego wzroku. Trzynaście. Cokolwiek miałoby to znaczyć, ucieszyłem się, że wreszcie udało mi się dowiedzieć czegoś o świecie.

Krzysztof Środa przyznaje od razu, że taka wiedza – podobnie jak np. spisywanie przedmiotów wiszących na ścianie kafejki w miejscowości Temenia na Krecie nie ma wielkiej wartości – „być może tak naprawdę nie była wiedzą, a tylko jej pozorem”. Tak czy owak wierzymy mu i przyświadczamy z całą mocą za każdym razem: i kiedy powątpiewa w wartość tego rodzaju konstatacji, i kiedy mówi nam, że się ucieszył.

Świat nie daje nam spokoju. Odbija się w naszych i cudzych oczach, odsłania się i zasłania, a najlepsze, że nie wiadomo właściwie, czy wynik rachunku, spis przedmiotów, zatrzymany w pamięci widok przybliżają nas do rozwiązania zagadki czy raczej oddalają. Jest tak, jakbyśmy wciąż na nowo musieli układać się z każdym szczegółem. Wizna na przykład to „miejscowość o wielkim uroku, na który jednak składa się tak wiele warstw i odcieni, że gdybym mógł, chętnie zrezygnowałbym z prób jego nazwania”. Rzecz w tym, że z takich prób najwyraźniej zrezygnować nie można. Narrator nie tłumaczy się z tej swojej – czy też powszechnej, ludzkiej – niemożności. Wystarczy, że na każdej stronie daje jej dowody. Podróż – a może raczej należałoby powiedzieć: kondycja podróżna – jest może czymś takim jak stan podwyższonej gotowości do wiecznych pertraktacji ze światem.

Zwierciadła, choćby absurdalnie zwielokrotnione, najwidoczniej nie tracą nic ze swojej przepaścistości:

Latem tego roku łapałem ryby z pomostu. Jakiś drobiazg – haczyk, spławik, a może wędkarski przypon – spadł mi między deski, ale na szczęście spadł tam, gdzie były one podparte od dołu szeroką belką. Kiedy próbowałem go wyjąć, zobaczyłem, że w tym zakamarku żyje pająk. zabierając swoją własność, starałem się go nie wystraszyć, bo ucieszyłem się, że nawet w miejscu tak niepozornym żyje coś, co nosi w sobie – podobnie jak ja – własny obraz świata.

I znowu wierzymy autorowi bez zastrzeżeń. A nawet chyba sami też się cieszymy.


K. Środa, Niejasna sytuacja na kontynencie, Izabelin 2003; tenże, Projekt handlu kabardyńskimi końmi, Izabelin 2007.

W. Gombrowicz, Zdarzenia na brygu Banbury, w: Bakakaj, Kraków 1987.

A. Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, przeł. J. Garewicz, t. 1, Warszawa 1994.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata