70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tajemnica

Tajemnica niezgłębiona a jednocześnie materialna znajduje się tam, gdzie nauka przenika się z niepoznawalnym. Albo może inaczej: tam, gdzie świat realny styka się z nadprzyrodzonym, jak materia i antymateria we wnętrzu czarnej dziury w kosmosie.

Tajemnica to rzecz niedostępna, zagadkowa, niezbadana lub wiadomość, której nie należy rozgłaszać – powiada encyklopedia. Wokół nas aż kłębi się od tajemnic: tajemnica państwowa, służbowa, wojskowa, tajemnica dziennikarska, lekarska lub adwokacka, tajemnica twierdzy szyfrów, tajemnica Broeback Mountain, tajemnica Templariuszy, „Tajemnice Paryża”, tajemnica przepisów babci, tajemnica rozwodu Dody. „Niekompetencja Macierewicza nie jest tajemnicą państwową” – jak niedawno wdzięcznie wyznał nasz minister spraw zagranicznych. „Powiem ci w tajemnicy…” – co raz szepce plotkarz w ucho plotkarza (plotkarki). Dlatego – podobno – jeśli dwie osoby posiadły tę samą tajemnicę, to znaczy że wkrótce poznają ją wszyscy. Źle, kiedy nie bierzemy tej możliwości pod uwagę. Kiedyś wysłałem z Nowego Jorku szyfrogram o najwyższym stopniu tajności, ale już następnego dnia gadano o nim w korytarzach MSZ. Tajemnica jest wszędzie, jak kurz albo i śmieci. Ale są przecież także tajemnice niezgłębione, których nie można nie można ująć w najtajniejszej nawet depeszy, których poznać też nie jesteśmy w stanie, można najwyżej w nich uczestniczyć przez wiarę, miłość, wierność i tym podobne przymioty. Tajemnice, ku którym zdąża nauka, ale potrafi wyartykułować swoim hermetycznym językiem tylko niestałe – wciąż podlegające falsyfikacji – hipotezy. Tajemnice wiary, tajemnice boskości. Nawet rzecz tak zwyczajną jak małżeństwo św. Paweł nazywa w swoim liście do Efezjan „wielką tajemnicą”. Takich tajemnic wyznać nie można, wyznajemy tylko swoją wiarę, ale ileż razy bywa to wiara fałszywa? „Tajemnice życia uczą sztuki milczenia” – powiada Seneka, ale oczywiście myśli torem św. Pawła, a nie zajmuje się pospolitym kurzem istnienia.

Tajemnica jako Everest

Zostawmy więc proste sekrety. Zajmowanie się nimi jest trywialne. Nawet dziecko skrywa jakąś tajemnicę swojego świata; ono wie, pod jakim kamieniem na podwórku ukrywa się żaba, i nie zdradzi tego nikomu. Ale sprytny rówieśnik może tę tajemnicę posiąść, jeśli dołoży starań i wytrwa w cierpliwej obserwacji. Dla tego samego brzdąca tajemnicą jest, że dwa plus dwa równa się cztery, ale już wkrótce ją pozna i nauczy się udowadniać wynik przy pomocy patyczków albo zapałek. Dla ludzi antyku tajemnicą był grom, nadali mu więc cechy boskie, dopiero po wielu wiekach ich następcy poznali mechanizm wyładowań elektrycznych w atmosferze, chociaż nie bez ofiar, bo sprowadzanie pioruna do butelki lejdejskiej kończyło się nieraz porażeniem prądem. Newtonowi tajemnica objawiła się, gdy spadające z drzewa jabłko walnęło go w głowę, więc sformułował hipotezę grawitacji i nawet ujął ją we wzór, który stal się jednym z pewników ówczesnej fizyki. Dla Einsteina i jego następców tajemnicą była drobna niezgodność mechaniki Newtona z obserwacjami astronomicznymi, tak więc powstała i w końcu została udowodniona teoria względności, która w nadchodzących dziesięcioleciach też chyba ustąpi miejsca swojej – mglistej jeszcze – następczyni. Dla alianckich dowódców tajemnicą był niemiecki system szyfrów, ale grupka polskich matematyków rozgryzła dla nich sekret „Enigmy”. Przykłady tajemnic, które nimi w końcu być przestały, można mnożyć: od kryjówki żaby, przez miłostki rozrywkowych panienek, po wybuchy supernowych w kosmosie.

Nepalski szerpa Norgay Tnezing, który wspólnie ze zmarłym niedawno Edmundem Hillarym stanął przed laty na szczycie niezdobytej dotąd Czomolungmy (zwanej też Mount Everestem), zapytany przez ciekawskich dziennikarzy, po co podejmuje tak straszne ryzyko, jakim jest wspinanie się na niezdobyte wierzchołki, odpowiedział krótko: „dlatego że są”. Nie inaczej jest z tajemnicami: kuszą podobnie jak górskie szczyty, chociaż wysokość i stromość ścian mają – jak one – niejednolitą. Od żabiej kryjówki, przez sekrety łóżkowe przyjaciółki, po zagadkę ciemnej materii i ciemnej energii, które – wedle stanu dzisiejszych badań – stanowią zdecydowaną większość masy Wszechświata, ale dzisiaj jeszcze nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć o ich składzie i budowie. Wprawdzie poznanie tajemnicy budowy atomu pchnęło cywilizację na nowe (pytanie, czy lepsze?) tory, oddało niesłychaną przysługę tak wojskowości, jak energetyce, ale początkowo – dla wielu generacji fizyków – wydawało się celem samym w sobie; zabawką poznawczą, intrygującą, ale bez praktycznych zastosowań. Tak zwykle jest z wierzchołkami, które zdobywamy. Wprawdzie dzielny rycerz z bajki znalazł na szczycie Szklanej Góry piękną księżniczkę, z którą – jak to w legendach – żył potem długo i szczęśliwie, ale jaką ma korzyść bachor z poznania żabiej kryjówki, plotkarka z zaglądnięcia do cudzej alkowy, uczony z przyłożenia powstającej dopiero teorii strun do zagadnienia ciemnej materii? Podobną, jaką miał Kolumb z odkrycia Ameryki, a Magellan z opłynięcia globu dookoła.

Tym niemniej tajemnice kuszą i przyciągają niby niezdobyte góry Tenzinga – dlatego że są. Ta pokusa jest nigdy niewygasającym motorem wszelkich odkryć, ona motywuje i popycha, ona rządzi naszymi marzeniami. Gdyby za poznaniem świata stała tylko utylitarna korzyść, mielibyśmy pewnie dobre laboratoria przemysłowe, ale żadnego postępu wiedzy. W ten sposób dziecko szukające żabiej kryjówki i tropiący gwiazdeczki paparazzi z kolorowego pisemka są braćmi astronoma usiłującego zajrzeć do wnętrza czarnej dziury w kosmosie albo biochemika rozszyfrowującego pod mikroskopem sekwencję genów w komórce. Chociaż – nie inaczej niż w przypadku Everestu – kiedyś szczyt był prawdziwie niezdobyty, dziś może wejść tam byle kto i byle jak, jeśli tylko zapłaci przewodnikom i tragarzom.

Byłby więc świat zbiorem tajemnic usytuowanych na wyższych lub niższych – łatwiejszych lub skrajnie niedostępnych – wierzchołkach? Rozszyfrowanie całości jest nieuchronne, bo sprowadzić je można do sumy pewnie bardzo trudnych – ale możliwych po udoskonaleniu narzędzi i nagromadzeniu doświadczeń –  wspinaczek. Wtedy dopiero dałoby się mówić o prawdziwym „końcu historii”, gdyby wszystkie tajemnice stały się jawne. Taki świat nie zawiera tajemnic niedających się pojąć i z samej istoty niedostępnych ludzkiemu rozumowi. Taki świat zawiera tylko sekrety, które wcześniej czy później wyjdą na jaw jak zasady działania skomplikowanego mechanizmu. Nie ma w nim więc miejsca ani na złożoność tak wielką, że nigdy rozumem niepojętą – choć przecież materialną – ani tym bardziej na Boga i prowadzącą ku niemu religię. W tak pojętym świecie im więcej wiedzy i obalonych tajemnic, tym mniej miejsca dla Absolutu, obojętnie, jak go nazywamy i jak się do Niego modlimy. Owszem, wiele zjawisk w dziejach nauki na taki model wskazuje, bo Absolut – niegdyś rozpanoszony – wciąż się tylko cofa, choć na tym kurczącym się skrawku dumnie ogłasza swą niezbędność i wciąż znajduje ludzkie dusze gotowe ją uznać. Ale przecież wszystkie dowody rozumu działają przeciw niemu. Jeśli taki jest świat, to można tylko wyrazić zadowolenie, że zarówno piszący te słowa, jak i jego Czytelnicy nie dożyją tak rozumianego końca historii, tak zarysowanej i ostatecznej satysfakcji poznawczej, bo oznaczać to będzie wygaśnięcie napędu dziejów. „Tajemnica budzi w nas dziecko, niestety coraz starsze dziecko” – bardzo trafnie napisał kiedyś Krzysztof Mętrak.

Szlachectwo tajemnicy

Wróćmy do żabiej kryjówki pod kamieniem na byle podwórku. Sekret to trywialny i nietrudny do złamania. Ale dzieciak, który go przed rówieśnikami skrywa, czuje się wyższy i ważniejszy przez to, że dysponuje wiedzą innym nieznaną. Plotkarz opowiada swoje historie na ogół nie z zawistnej chęci zaszkodzenia obmawianemu, lecz by zasłużyć – tak jak potrafi –  na status lepiej poinformowanego, przynajmniej w oczach przygodnych słuchaczy. Skoro to, co powiada, nie jest dla obmawianych korzystne, można go uznać nie tylko za eksperta, nie tylko za bywalca wielkiego świata, ale może nawet za osobę lepszą i mądrzejszą niż świat obmawiany. Tak rodzi się nie tylko plotka albo trywialny sekret – ten kurz istnienia – ale tak rodzą się misteria, tajne sekty i ich stopnie wtajemniczenia. Jeśli jestem nosicielem tajemnicy, to znaczy, że nie tylko jestem ważny, ale może nawet jestem święty. Prawdę, która nie jest owinięta kokonem wtajemniczeń, do której można dotrzeć przez – chociażby mozolny, lecz prostomyślny – akt poznania, podejrzewamy o trywialność i nikłą wartość. Tylko ta królewna jest godna pożądania, która strzeżona przez smoka mieszka na Szklanej Górze. Tajemnica nobolituje, jej nosiciel przez akt wtajemniczenia uzyskuje dostęp do świata bardziej wzniosłego niż powszedni. Stąd plotkarskie pisemka i im podobne serwisy internetowe są rodzeństwem misteriów, czarów, wielopiętrowych sekt i spiskowej teorii świata rządzonego jakoby przez tajną mafię wybrańców. Prawda, że to bękarty, prawda że „Gala” tym różni się od wolnomularstwa, czym magiel od salonu, ale rodowód podobny: ludzka nadzieja, by choć przez chwilę wydać się lepszym i ważniejszym. Cóż z tego, że chybotliwa i złudna?

Tajemnice można tworzyć i wymyślać. Najpierw zmyślano je, by uczynić zrozumiałymi zjawiska przyrody; gdy wierzymy, że zaklęciem wtajemniczonego czarownika lub kapłana uśmierzymy czającą się grozę, świat staje się bardziej przyjazny i obliczalny, choć go nadal nie pojmujemy. Tak w gromie doszukano się głosu bóstwa, a w zwierzęciu ducha przodków. Stąd już prosta droga do mnożenia tajemnic i wtajemniczeń, odgradzania nimi grona wybranych od zwykłych i niegodnych. Tak rodziły się nie tylko czary, magia, nauki tajemne, ale i religie. Tak rodziło się tabu, czyli zakaz niewynikający z racjonalnych przesłanek, lecz osadzony w tajemnicy znanej tylko jej strażnikom. „Bogów stworzył naprzód strach” – jak przed wiekami napisał Publiusz Stacjusz.

Można oczywiście uznać, że to wszystko jest ciemnotą i przysłowiowym „opium dla ludu”, a sekrety świata będą – tak jak dotąd – wypierane przez światło nauki, niby mrok ustępujący przed jasnością. To się jednak nie sprawdza. Ta sama historia, która pokazuje, jak przybywa światła, a ubywa mroku, dostarcza mnóstwa przykładów na to, jak tajemnica odradza się również w miejscach oświetlonych, jak człowiek albo odbudowuje ją na nowo, albo od podstaw wymyśla, kreuje, jak mu jest ona potrzebna. Albo na to, jak w snopach światła nauki wciąż odradzają się nowe ciemne pola, wymagające dalszych – coraz bardziej żmudnych i niepewnych – badań. Tajemnicotwórstwo towarzyszy człowiekowi od jego początków i wcale nie wiadomo, czy więcej go było w czasach powszechnego lęku przed gromem czy w dzisiejszej dobie ubóstwionego postępu. Rodzi to podejrzenie, że tajemnica jest jednak konstruktem świata i że istnieją także tajemnice niepoznawalne, niedające się sprowadzić do skomplikowanego nawet sekretu.

Nie inaczej między ludźmi. Ich bliższy związek nie da się pomyśleć bez tajemnicy. Bez niej możliwa jest tylko kopulacja samca z samicą albo zależność pana i poddanego. Koniec uczuciowego związku następuje wtedy, gdy jedno z przekonaniem powie drugiemu: „kochany, znam cię lepiej niż ty sam (sama)”. Nawet mityczny Lohengrin musi odejść od ukochanej Elzy, gdy ta pozbawia go tajemnicy.

„Jeśli nie ma Boga, to nie ma też Tajemnicy. Jeśli nie ma Tajemnicy, to świat jest płaski i człowiek jest istotą dwuwymiarową, niezdolną do wstępowania ku górze” – pisze Nikołaj Bierdiajew.

Matka wszystkich tajemnic

Jeśli tajemnica nie jest tylko narzędziem do wywyższania jednych ponad drugich, jeśli nie jest tylko sposobem obłaskawienia niezrozumiale groźnego świata, to gdzie jej źródło? Czy jedynie w objawieniu boskim – obojętnie, jakiego Boga lub bożka wyznajemy? Tak rozumianą tajemnicę można przyjąć, pisać z dużej litery i nabożnie czcić. Ale można ją też odrzucić, a nawet po libertyńsku wykpić i w niczym to nie zmieni naszego losu na tym padole. Pan Tajemnicy – obojętnie, jak Go nazwiemy – zachowuje niewzruszoną obojętność wobec ludzkich zawierzeń, przynajmniej w obrębie doczesności.

Ale można też poszukać wiecznie odradzającej się tajemnicy gdzie indziej i czasy dzisiejsze nawet bardziej temu sprzyjają niż nie tak jeszcze dawne, gdy skłonni byliśmy postrzegać świat jako zbiorowisko skończonej liczby Everestów, które wcześniej czy później, mniejszym lub większym nakładem sił, nieuchronnie zostaną zdobyte. Dzisiaj ze zdziwieniem spostrzegamy, że w miarę postępów nauki – w miarę powstawania coraz bardziej skomplikowanych i trudnych do objęcia zwykłym rozsądkiem hipotez – bynajmniej nie ubywa obszarów tajemnicy, a nawet jakby ich przybywało. Trudno dziś uznać nas za triumfujących alpinistów pokonujących kolejne niezdobyte wierzchołki, bardziej przypominamy Syzyfa, któremu wciąż wymyka się głaz toczony na szczyt. Dzieje się tak we wszystkich wymiarach. O kosmosie wiemy nieskończenie więcej niż w czasach, gdy Kopernik zatrzymał Słońce i poruszył Ziemię, gdy Kepler wytyczył orbity planet, a Newton powiązał je uniwersalną siłą grawitacji. No i co z tego? Dzisiejszy Wszechświat, nieskończony – bardziej wypełniony tajemniczą ciemną materią i ciemną energią niż tym, co znamy i jesteśmy sobie w stanie wyobrazić – naszpikowany czarnymi dziurami, których natury prawdopodobnie nigdy nie poznamy, bo nie wypuszczają z siebie żadnej energii ani materii, jest znacznie mniej zrozumiały i tajemniczy niż tamten. A w dodatku świtająca teoria strun każe go widzieć w jedenastu wymiarach zamiast trzech newtonowskich i czterech we wszechświecie Einsteina. Nie inaczej w mikroświecie kwantów, gdzie nie jesteśmy w stanie pojąć dwoistości wzajemnie zmieniających się miejscami materii i energii ani nie potrafimy określić położenia cząstki, która już dawno przestała być materialnym punktem – jak wierzyli dawni atomiści – a przypomina raczej mglisty obłoczek. Nie inaczej w mikroświecie życia, gdzie wprawdzie umiemy już zapisać alfabet łańcuchów DNA, ale nie wiemy, co on znaczy, nie opanowaliśmy gramatyki tego języka, przeraża nas myśl, że tak cudownie skomplikowana struktura powstała sama z siebie w jakichś ciepłych kałużach wulkanicznego praświata.

Oczywiście, można upierać się, że to wszystko Everesty, tylko o wiele wyższe i trudniejsze, niż się to nam kiedyś zdawało. Przecież ekspedycja himalajska też widzi coraz więcej w miarę zakładania kolejnych i coraz wyżej położonych obozów, ją również zatrważa niebotyczność powoli odsłaniającego się celu. Ale wiara w poznawalność świata ma coraz mniej podstaw. Oczywiście, że uparty Syzyf wciąż będzie toczył swój głaz, oczywiście tajemnica wciąż będzie wyzwaniem dla dzielnych niedorostków, które już wiedzą, gdzie ukrywa się żaba i wyposażone w coraz doskonalsze i przez siebie stworzone narzędzia rozglądają się bacznie po swoim podwórku coraz lepiej dostrzegając jego bezkresną nieogranioność. To już nie jest kraina sekretów nadających się do złamania, to jest tajemnica. Może nawet pisana z dużej litery.

Tajemnica niezgłębiona a jednocześnie materialna znajduje się tam, gdzie nauka przenika się z niepoznawalnym. Albo może inaczej: tam, gdzie świat realny styka się z nadprzyrodzonym, jak materia i antymateria we wnętrzu czarnej dziury w kosmosie.

Boska tajemnica

Oczywiście objawienie Boże jest Tajemnicą z samej swej nadprzyrodzonej istoty. Boska tajemnica pobudza zarówno kapłana, jak heretyka, tak jak tajemnica materii – badacza. Pięknie ujął to Immanuel Kant, powiadając, że rzeczy same w sobie istnieją jako noumeny, byty idealne, których nie jesteśmy w stanie poznać. Doświadczamy tylko fenomenów dostępnych naszym zmysłom i narzędziom badawczym, ale przez to, że poddają się badaniu i opisowi – ograniczonych i niepełnych. Kant odradzał filozofii zajmowanie się noumenami, one są bowiem sprawą wiary. Praktyczny rozum w jego pojęciu powinien ograniczyć się do fenomenów. Bóg i objawienie Boże to oczywiście noumeny, można w nie wierzyć lub nie, ale nie warto ich badać, bo uwikłamy się w dogmatyczne spory bez wyjścia. Ale noumeny dotyczą także świata materialnego i każdy z nich jest nosicielem tajemnicy. Dziś rozumiemy to o wiele lepiej niż w czasach Kanta, choć nazywamy inaczej. Świat nauki XXI wieku jest raczej zbiorem noumenów niż Everestów.

Wiele jest opowieści, które językiem różnych kultur i narodów, usiłują opisać noumen boski, tak jak go sobie nieudolnie – bo po ludzku – wyobrażają. Spośród tych opowieści i spośród tych świętych zapisów Objawienia, jedno jest najmniej majestatyczne i królewskie, za to najbardziej i wzruszająco ludzkie. Objawienie, wedle którego Bóg rodzi się w żłobie, nie w pałacu. W biedzie i opuszczeniu, a nie w chwale. Adorują go pastuchy, a spośród mędrców i monarchów tylko trzej wybrani. Tak solidarnie dzieli ludzki los, aż daje się zabić w najbardziej haniebnej ze znanych ówcześnie kaźni, przewidzianej dla najgorszych zbrodniarzy. Kiedy zmartwychwstaje, to znowu dyskretnie i bez ostentacji, żeby za wielu nie widziało… Dlatego pragnę uczestniczyć w tej właśnie Tajemnicy i wierzę w to właśnie Objawienie.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata