70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Nie umiem obliczać rocznic – przed chwilą myślałam, że to już pięćdziesiąta – ale nie, tylko czterdziesta.

Rocznica skomplikowana, bo przywołuje kumulację wydarzeń. Przywoływała to spiętrzenie doświadczeń dwa razy w latach znamiennych: 1978 i 1988.

W moim wieku wypada specjalizować się w roztrząsaniu wspomnień. Są to na ogół przedsięwzięcia zbiorowe, wspólne. Uczestnicząc w nich, uświadamiałam sobie pewien ważny kontrast: z okazji swej rocznicy, zwłaszcza okrągłej, wydarzenie staje się centralne. Gdy się działo, rzadko było takim od razu i dla wszystkich. Nawet stan wojenny był dla mieszkańców wielu okolic wydarzeniem raczej z telewizora. W 1968 nie telewizja, lecz radio odegrało główną rolę w nanoszeniu na moje życie uderzenia w ludzką, czeską twarz nadziei. Tuż obok, w Krakowie, mając jak ja, dobry odbiornik, można było słuchać gasnących kolejno, przejmowanych przez interwentów czeskich stacji. Radiowcy żegnali się ze słuchaczami, bo “tamci już są na dole”, słychać było trzaski i ciszę. Potem inny słabszy głos, gdzieś bardziej z daleka.

Kto jeszcze słuchał tych sygnałów? Na pewno coś z tego przekazywała “Wolna Europa”. To było późnym latem 1968, w sierpniu, gdy wróciłam ze Szwecji i Finlandii: z ekumenicznych obrad Światowej Rady Kościołów w Uppsali, a potem Światowej Chrześcijańskiej Federacji Studentów w Finlandii. Tam usiłowaliśmy wnieść ferment ze świata w życie Kościołów – troskę społeczną, ekologiczną, troskę o miejsce na rzeczy nowe, na wspólną refleksję nad wiarą w zmieniającym się świecie, niezbędną i możliwą. Bo “Bóg czyni wszystko nowym”. W Finlandii już słuchaliśmy z drżeniem wiadomości z Pragi. Kumulacja 1968, bo przecież to wszystko nakładało się na przeżycia tej wiosny przed tym latem.

Na ulicach Krakowa, także na Franciszkańskiej pachniało gazem do rozpraszania demonstracji. Uczestniczyło w nich także młode pokolenie redakcyjnych rodzin. Trwał rok ich pokoleniowej identyfikacji. Uważali, że to ich rok. Mieli kolegów w Paryżu. Przez to swoje młode pokolenie rodzice też byli dotknięci do żywego wcześniej, nim skala wydarzenia unaoczniła jego sens szeroko (choć i tak, jestem tego pewna, nie wszystkim). Moją przewodniczką do Marca była Anna Morawska. To jej córkę, Ewę, legitymowaną po jakiejś demonstracji, funkcjonariusz upominał: “Co pani tu robiła? Przecież pani jest Aryjką”. Ewa, socjolog, odpowiedziała: “Nie rozumiem tego słowa”. Mam nadzieję, że dobrze relacjonuję incydent znany z drugiej ręki. Właśnie to opowiadanie przeraziło mnie do głębi. Uświadomiłam sobie, jaki demon zdobył oficjalną funkcję i sankcję dla swego języka. Z Dworca Gdańskiego napływały tragiczne relacje o rozstaniach, o nawrotach obezwładniającej depresji u ludzi, którzy z trudem zintegrowali swoje życie po wojennej traumie. Znowu tłem dla tych dramatów była bierność, marginalizacja dotkniętych oficjalną dyskryminacją. Kościół nie zainicjował pospolitego ruszenia z pomocą (jak to uczynił w 1981 na rzecz internowanych, z poważnym, pozytywnym skutkiem). Usiłując o takiej potrzebie przekonywać, słyszeliśmy od duchownych: “To są jakieś partyjne rozgrywki”. Dziś wiem, że Kościół-instytucja na ogół reaguje powoli. Sytuacje kairos (zapytania od Pana) rozpatruje według odziedziczonych wzorców, o których stosowalności też nie zawsze odważnie potrafi się przekonać. Konieczność pomocy dla pokonanej “S” jasno pasowała do wzorca powstań polskich, wzorca błogosławienia zesłańców i ukrywania rannych w klasztorach. W 1968 takiego wzorca zabrakło. Nie było też jeszcze rozbudzonej później przez Jana Pawła II wrażliwości na antysemickie zagrania, jako uderzające w “starszych braci w wierze”, ich rodziny, potomków. Uświadomienie sobie tej właściwości Kościoła było dla mnie najtrwalszym – obok czeskich przyjaźni – wątkiem roku 1968.

W redakcji Znaku był to temat rozmów prowadzonych obok głównego nurtu – ogromnie pracochłonnego redagowania pisma w warunkach znów superaktywnej cenzury. Trudno dziś sobie wyobrazić pracę nad miesięcznikiem z konieczności tak oderwaną od wydarzeń stanowiących jej tło. Zwykle kilka miesięcy dzieliło zamknięcie numeru, a potem jego rewizję po cenzurze od chwili oddania w ręce czytelników. Po drodze sito, najpierw własne (wiemy przecież, co nie ma szans), potem bardziej brutalne sito cenzorskie. Procedury te ciągną się tygodniami. Nic więc dziwnego, że echa “1968” trzeba szukać dopiero w roczniku 1969. Okazuje się, że jeszcze najwięcej można było napisać o Uppsali, o dążeniach ekumenicznych. A sprawa, na której dziś skupia się nasza uwaga, obudzona hasłem “Marzec 68”? Pamiętam i odnajduję jedną pozycję: “Mowa to więcej niż krew” (Znak, nr 183, wrzesień 69). Jest to omówienie i tłumaczenie fragmentów niezwykłego dziennika-eseju Victora Klemperera. Tekst powstał w czasie II wojny światowej w Judenhausie w Dreźnie, gdzie sławny profesor romanista mógł mieszkać z racji posiadania aryjskiej żony, która nie zgodziła się na sugerowany rozwód. Klemperer pracował przymusowo w fabryce, obserwował życie wokół siebie, a przede wszystkim język. Efekt tego nasłuchu i analizy nazwał “LTI” – Lingua Tertii Imperii, czyli mowa Trzeciej Rzeszy (rzecz została już wydana w całości po polsku w tłumaczeniu Juliusza Zychowicza). Dzieje mojego kontaktu z tą książką są same w sobie ciekawe: gdy przebywałam w Berlinie wschodnim, by uczyć się niemieckiego, pożyczył mi ją, a potem kupił młody niemiecki robotnik z Akcji Znaków Pokuty. Po LTI sięgnęłam świadomie w obliczu wydarzeń marcowych. Gdy tekst trafił do rąk cenzora, ten oświadczył: “To wam się udało. Nie można skonfiskować tego antyhitlerowskiego tekstu, a przecież świetnie wiemy, dlaczego Znak go zamieszcza”. Dziś w podobnym duchu polecam tę książkę, a szczególnie to, co znalazło się w Znaku i światło dzienne ujrzało latem 1969.

Klemperer pisał:

21 marca 1933. Dziś dokonał się w Poczdamie “akt państwowy”. Jak teraz będę mógł pracować?… Właściwie już wiem, co mnie czeka. W Lipsku powołano już komisję, która ma przeprowadzić “nacjonalizację” Uniwersytetu. Na tablicy ogłoszeń naszej uczelni wisi hasło (a znajdzie się ono niedługo we wszystkich niemieckich szkołach): “Kiedy Żyd pisze po niemiecku, to kłamie”… W kwietniu miał się odbyć u nas w Dreźnie kongres psychologów. We “Freiheitskampf” płomienny artykuł: “Na co zeszła nauka Wilhelma Wundta?… Co za zażydzenie… Oczyścić!”. Kongres został odwołany – “aby uniknąć przykrości grożących niektórym uczestnikom”.

W tym roku obchodzimy też rocznicę tamtych wydarzeń, siedemdziesiątą piątą.

OCHRZCIĆ SIĘ

Wśród komentarzy na moim blogu znalazł się i taki, którego autor stwierdził, że na pewno jestem “wychrzczoną Żydówką”.

Nie, niestety brak mi podstaw, by się za Żydówkę uważać. Już mi tego dowiódł pewien kompetentny amerykański rabin, zresztą z żalem, bo jego zdaniem mój intelekt nadawałby się do studiowania Talmudu.

Jestem ochrzczoną poganką. Ochrzczoną, nie wychrzczoną. Słowo “wychrzcić (się)” ma moim zdaniem niewłaściwe konotacje.

Wychrzcić się, to jak wydobyć się, wyrwać, wykaraskać… Przez chrzest Żyd miałby przede wszystkim przestać być Żydem, a Poganin – Poganinem. Oczywiście chodzi po ludziach takie pojmowanie Chrztu. Ale ja go nie akceptuję. Do chrztu przystępuje człowiek ze wszystkim, czym jest, i tak staje się ochrzczony, omyty w świętej kąpieli, obleczony białą szatą, oświecony Duchem Świętym. Tymi bogactwami jest okryty, obsypany. Jeśli przy tym zachodzi ogołocenie, to z tego, co od Boga dzieli. Korzeń judaizmu na pewno, a pogańska tęsknota – jak mam nadzieję – są chrztem oczyszczone, oplecione, objęte.

Mimo igraszek słownych proszę to rozważanie potraktować poważnie.

SEN

Drugi sen dotyczący tajemniczej, nieistniejącej uliczki. Nie istniejącej? Śniła mi się tym razem uliczka Podmurna, bliska i bardzo znajoma w toruńskim dzieciństwie. Prawa strona Podmurnej, gdy iść w stronę Wisły, to były tyły zamożnych posesji położonych przy Mostowej. A po lewej – ruiny zamku. Inaczej w tym śnie. Teraz oglądałam pogrążone w zieleni ruiny ceglanych i drewnianych baraków. Jakby był tam kiedyś – przed półwiekiem – obóz pracy, a teraz porastały mchem i butwiały jego szczątki. Wspinam się na wzgórze z rozsypanej gotyckiej cegły i śmieci, zaglądam w rozbite okna baraków. W głębi posesji nieco większy ceglany barak w trochę lepszym stanie. Prowadzi do niego wydeptana ścieżka. Zbliżam się i z wnętrza słyszę przygłuszony chór jakby żołnierskich głosów: poznaję Horst Wessel Lied.

Co to za konwentykl upiorów w biały dzień za kurtyną pokrzyw i ostów?

Skąd ten motyw w śnie staruszki, której dokucza bezsenność? Pewnie się to wiąże z obieraniem cebuli.

Z dawnych tekstów

Stacja Shoah (1989)

Konflikt wokół oświęcimskiego klasztoru mógłby okazać się pożyteczny, a nawet stać się “szczęśliwą winą, gdyby doprowadził do nowego przemyślenia naszych postaw, do lepszego zrozumienia samych siebie, a dzięki temu i ludzi innych niż my. Kim jesteśmy, my, uczestnicy sporu? Odpowiedź jest identyczna w przypadku Polaka i Żyda: “jesteśmy ofiarami”. Nie trzeba dowodzić, że ta odpowiedź jest gruntownie usprawiedliwiona historycznym losem, którego nie zgotowaliśmy sobie sami[1].

Przynależność do plemienia istot raz po raz wydziedziczanych i krzywdzonych przenika całą naszą podstawową świadomość; kształtuje nasz etos, we własnych oczach wyróżnia w stosunku do wszystkich innych.

Ośmieliłam się zacząć od wskazania fundamentalnego podobieństwa podstawowej świadomości polskiej i żydowskiej. Uważam, że to podobieństwo jest dla sporu o klasztor faktem bardzo istotnym. Ale w dalszym ciągu mam zamiar mówić już tylko o polskim poczuciu bycia ofiarą i o jego konsekwencjach. Mam tu na myśli to, co pewien niemiecki przyjaciel, ekspert-polonista, nazwał kiedyś “polską mentalnością rozbiorową”. Jest to paraliżujący sumienie i odpowiedzialność kompleks utraty wolności. Adresuję te rozważania do nas samych, a może też i do tych, co chcą nas życzliwie rozumieć. Może zresztą nie tylko nas – świadomość przeniknięta poczuciem krzywdy zdaje się cechować całą “drugą Europę”, aż po zachodnie granice NRD[2].

Wszystkie grzechy są cudze

Wszystkie przeżycia Polaków zawierają w sobie echo krzywd doznanych tak przez przodków, jak przez nas samych i będących prawdopodobnym losem potomków. W naszych nieszczęściach  mieści się pokusa: rozpamiętując krzywdy można uczyć się nienawiści i zarazem bezsilności. Można uznać, że nasze zrywy niosły tylko klęski, a nasze długotrwałe wysiłki były bez reszty marnowane, bo wydzierano nam wszystkie ich owoce. Warto się zastanowić, jak często z racji przekonania o własnej bezsilności uznajemy się za niczemu niewinnych. Bolesny los zniewolonych bywa niekiedy moralnie wygodny: nie mamy wolności więc wszystkie grzechy są cudze. Nasza odpowiedzialność jest na miarę wolności, której nam brak. Uleganie pokusie bezsilności prowadzi między innymi do zahamowania i spłycenia naszej pracy pamięci. Dlatego dramat wojny i zagłady Żydów sprzed pięćdziesięciu lat jeszcze nie jawi się nam w całych swoich rozmiarach, nie próbujemy objąć go refleksją sięgającą podstaw ludzkiego bytu i wizji świata[3].

Kto zgotował los?

“Ludzie ludziom zgotowali ten los”… Jak odczytujemy ten napis na pomniku w obozie w Majdanku, napis komentujący całą rzeczywistość lagrową od Azji przez Syberię, niemieckie władztwo i hiszpańską Mirandę? Czy nie czytamy go tak: “To Niemcy – albo Sowieci – wyrządzili to nam, Polakom”? Takie odczytanie spłyca dramat. Da się wtedy powiedzieć, że ich zbrodnie nie ciążą na nas, naszą rzeczą jest tylko pamięć własnych ofiar, ona wystarczy. A przecież zbrodnie ciążą na ludzkim gatunku, który jest nam wspólny. Ciążą też na chrześcijaństwie jako wynik jego wychowawczej klęski. Dla świata pozachrześcijańskiego pytanie, dlaczego chrześcijaństwo nie zdołało powstrzymać przedsięwzięcia zagłady, jest bardziej zasadne niż argument, że zło było wynikiem odstępstwa od wiary. Inaczej niż my w Polsce, liczni chrześcijanie na Zachodzie czują się dziedzicami moralnej klęski chrześcijaństwa, które nie zdołało wychować Europy. Najpierw uwiedzeni, potem zastraszeni chrześcijanie niemieccy nie stanęli w porę przeciw Hitlerowi i rzadko przeciwstawiali się konsekwentnie jego władzy, gdy jej natura stała się już jasna. Kompleks współwiny za tę i inne historyczne zbrodnie głęboko przenika mentalność ludzi Europy Zachodniej, choć swym nasileniem nie dorównuje naszemu kompleksowi krzywdy. Oni bardziej niż my czują, że to ludzie ludziom zgotowali los lagrowy. Nie chodzi o zacieranie winy historycznie uchwytnych sprawców zła, lecz o przyjęcie cząstki odpowiedzialności szerszej, ponoszonej z racji wspólnego człowieczeństwa, wspólnej kultury, tradycji, wiary…

Świadkowie

Auschwitz – kloaka świata. Człowiekowi lagrowemu nie oddają sprawiedliwości żadne hagiograficzne relacje. Prawdę mówi raczej świadek Borowski, gorsząc nią wszystkich tych, którzy czują się niewinni. Prawdę mówi o lagrach na przykładzie Auschwitz Anna Pawełczyńska. Jej książkę – “Przemoc i wartości” należy wznowić i czytać obowiązkowo we wszystkich “ośrodkach wychowania i modlitwy”, jakie da się wokół miejsc zagłady kiedyś stworzyć, ktokolwiek miałby je zaludniać[4]. Dopuszczając do świadomości poczucie wspólnej ludzkiej winy i grozy, zła, trzeba takie pustelnie budować, ale w odległości dość wielkiej, by pielgrzymi wędrując od miejsc gościnności i wiary ku miejscu żałoby i pokuty, mieli czas zastanowić się nad przepaścią, w którą mają spojrzeć.

Miejsca żałoby i pokuty

W Auschwitz były zwycięstwa nad odczłowieczeniem, znane, jak ofiara Ojca Kolbego czy bohaterska służba Stanisławy Leszczyńskiej, i nieznane, ukryte w ludzkim wnętrzu, zwycięstwa chrześcijańskie i laickie, prawosławne i żydowskie, zwycięstwa wartości przeciwstawionych przemocy. Te zwycięstwa wyprowadziły niektórych ludzi całkowicie poza lagrową redukcję człowieczeństwa, jednych z życiem, innych poza śmierć.

Zwycięzcom i zwycięstwom można budować pomniki i czcić ocalone przez nich wartości na różne sposoby, na przykład przez życie kontemplacyjne w klasztorze. Czuję taką potrzebę, ale miejsce jej zaspokojenia widzę jednak daleko od samego miejsca zagłady. Dlaczego? Może, podobnie jak oponujący przeciw klasztorowi Żydzi, słyszę w tym miejscu sam tylko krzyk ginących i czuję dym całopalenia. Dlatego mam przeświadczenie, że tu nie można mieszkać ani zatykać swoich znaków. Potrzeba mi będzie schronienia, gdy będę wracać z Auschwitz, ale nie tuż zaraz, nie za blisko, bo oni schronienia tam nie znajdowali, należy im się także moje wędrowanie przez pustkę. Dystans jest konieczny przez pamięć o tym, że w Auschwitz przemoc triumfowała nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie, obracając człowieka przeciw człowiekowi. Ocalenie wartości pogrążone jest w tajemnicy, w nocy opuszczenia i wierności Hioba. To trzeba uszanować – nie od razu, nie tutaj, nie na tym miejscu ani w jego odczuwalnym sąsiedztwie, lecz naprawdę w oddali wznosząc znak zmartwychwstania. Tu jest inna stacja. Tu wszyscy powinni pielgrzymować w jednym duchu – pokuty za wspólne człowieczeństwo zdolne do zbrodni, niewypowiedzianie kruche, podległe zniszczeniu i niecałe ocalone.

Prawdą jest, że wszędzie można wyorać z ziemi kości Abla. Ale jednak Auschwitz to miejsce szczególne, w którym ta prawda bezgłośnie krzyczy. Od dawna, jako społeczeństwo żyjące wokół, jesteśmy winni braku uszanowania. Od przenoszenia klasztorów poniekąd jeszcze pilniejsze jest oddalenie od cmentarza wszystkich przekupniów ideologii, pamiątek i zabawek, całego folkloru nie przygotowanych, obojętnych, ogłupiałych wycieczek. Gdyby tak w pięćdziesiąt lat od ostatniej śmierci w Auschwitz uznać, że stać nas wreszcie na ustanowienie strefy pustki i ciszy wokół tego cmentarza zrównanych śmiercią ofiar. Gdybyśmy taką pełną czci i grozy pustkę wreszcie ofiarowali potrzebującym żałoby i potrzebującym pokuty, czyli nam samym?

 

 


[1] Tak, dziś (2008) nadal uważam, że opowiadając o wieku dwudziestym trzeba mówić, w jakiej, w czyjej Europie działo się to wszystko. Nic nie może zdjąć odpowiedzialności z Rzeszy Niemieckiej, Trzeciej i ostatniej pod tą nazwą, choć “Rzesza” trwa nadal jako pierwiastek niejednej chyba nazwy. Ale jednocześnie wiem też dziś lepiej, niż w 1989 r., jak wielką odpowiedzialność za ówczesny i powojenny los żydowski musi przyjąć na siebie społeczeństwo polskie, a z nim i w nim Kościół rzymsko-katolicki. Pamięć o ofiarnych pomocnikach nie powinna być przeciwstawiana pamięci o obojętności, zdradach i pogromach.

[2] “Druga Europa” – tak tu określiłam byłą radziecką strefę wpływów. Czy inaczej to widzę odkąd jesteśmy w Unii Europejskiej? Czy już wyraźnie zmienia się nasza podstawowa tożsamość – czy słabnie identyfikacja z naszym nieszczęsnym losem ofiar, losem przypadającym nam jakoby także na przyszłość? Uczestniczenie w europejskiej wymianie doświadczeń, życie życiem Europejczyków na co dzień, w towarzystwie innych niż my, może nam dopomóc w wydobywaniu się z etnocentryzmu. Taką szansę mają młodzi. Jednak nie wiążą jej z rozrywką, na przykład ze sportem, raczej z takimi przedsięwzięciami, w których dochodzi do głosu odpowiedzialność za los cierpiących czy za stan wspólnie użytkowanej planety. “Europa”, ideał Europy, to wspólne, solidarne rozwiązywanie kwadratur koła, nowych i odziedziczonych. Także w miarę wspólna praca nad pamięcią.

[3] Tekst Stacja Shoah powstał w związku z jedną z pierwszych debat, w których ogromną rolę miało przywołanie doświadczeń Żydów polskich i Polaków nie będących Żydami. W coraz większym stopniu dochodziła w nich do głosu świadomość zaniedbanej żałoby po ofiarach żydowskich, żałoby odłożonej na później – z wielu przyczyn, które warto poddać kolejnej analizie, skoro milczenie o faktach zostało wreszcie przełamane. Wraz z żałobą także rozpoznanie potrzeby pokuty uległo zwłoce i marginalizacji. Dziś wracam do “Stacji Shoah” ze świadomością, że tuż obok niej mieści się druga stacja męki, wydarzenia, którym nadaje się kryptonim “Jedwabne”. Potem jeszcze następna, ta, którą chyba najtrudniej nawiedzić. O tej trzeciej, szczególnie bolesnej, pisze J. T. Gross w książce “Strach” (wydanie polskie 2008). W Jedwabnem i wielu innych miejscach polscy sąsiedzi realizują wolę niemieckich panów bez ich rozkazu, sami z siebie, ponieważ teraz da się to zrobić. Teraz być Żydem to być wyjętym spod prawa i działania sumienia. W Kielcach i w wielu innych miejscach już po wojnie, zagłada w wykonaniu polskich współobywateli pochłania Żydów, którzy przedtem gdzieś ocaleli i wracają w swoje strony. Przypominam obecnie swój dziś niedostępny tekst, ponieważ sądzę, że zawarte są w nim refleksje nadal aktualne. To coś znaczy.

[4] Dziś sądzę, że książka Pawełczyńskiej jest jednak silnie uwarunkowana czasem, gdy powstała. Brak w niej niedostępnej, jak widać, perspektywy żydowskiej. Inaczej wchodzi się w Auschwitz z Imre Kertesem, węgierskim Żydem. “Żydowskie umieranie” było tłem dla innych ginących, tylko tłem. Tak chcieli organizatorzy tego piekła. Teraz nie możemy się godzić na taki obraz. Musimy udźwignąć więcej.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata