70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Co zawdzięczamy religijności ludowej?

Wokół  tematu religijności ludowej narosło bardzo wiele mitów, sporo jest przekłamań lub nieporozumień. Bardzo często religijność ludowa traktowana jest albo  jako synonim zacofania, albo – przeciwnie – jako ostoja wiary prawdziwej i nieskażonej złymi wpływami „nowoczesności”. Chcąc przeciwstawić się tym skrajnym tendencjom, zapytaliśmy naszych Autorów, co osobiście zawdzięczają religijności ludowej.

Piotr Graczyk

Katechizm Kościoła Katolickiego poucza, że religijność ludowa jest to „cześć oddawana relikwiom, nawiedzanie sanktuariów, pielgrzymki, procesje, droga krzyżowa, tańce religijne, różaniec, medaliki”. Moje doświadczenia z tak rozumianą religijnością ludową są znikome i nie zawdzięczam jej niczego szczególnego. Ale Katechizm głosi też, że religijność ludowa w szerszym sensie to tyle co „zdrowy zmysł ludu” i „ewangeliczny instynkt”; inaczej mówiąc, jest to coś w rodzaju religijnego sensus communis łączącego prawdy wiary z konkretnymi formami życia danej społeczności, splatającego akty religijne z codziennością, a życie codzienne nasycającego wiarą. Pierwsza myśl, jaka nasuwa się przy tego rodzaju opisie, wiąże się z jego przednowoczesnym charakterem: pasuje on do społeczności żyjących w ustalonym kręgu spraw, do wspólnot funkcjonujących w ramach cyklu przypominającego cykl przyrodniczy, następowanie po sobie pór roku. Czy takie szczęśliwe i harmonijne społeczności kiedykolwiek istniały, czy dyskurs o „zdrowym zmyśle ludu” nie był tylko ideologiczną kołysanką mająca utrzymać niziny społeczne w ryzach? Mniejsza z tym – w czasach nowoczesnych, przy ciągle zmieniających się w skali całego globu sposobach produkcji i komunikacji, bezustannych przetasowaniach społecznych i przemianach form życia, samo wyobrażenie takiej wspólnotowej harmonii sacrum i profanum wydaje się nieadekwatne. Czegoś takiego dzisiaj nie ma. Co więcej, wyobrażenie takie wydaje się nie tylko anachroniczne ale również mało chrześcijańskie – jak gdyby wywodziło się z czasów pogańskich. Sam „instynkt ewangeliczny” wydaje się bowiem stać w sprzeczności ze „zdrowym zmysłem ludu” – Ewangelie każą bezustannie czuwać, a więc oczekiwać nadejścia nieoczekiwanego; Królestwo Boże jest jak złodziej w nocy, a gdy nadchodzi, jawnogrzesznice i celnicy okazują się bliżsi Bogu od tych, których ogół uznaje za porządnych ludzi (i którzy sami się za takich uważają). Wzorców zachowania nie mogę więc czerpać po prostu z tego co robią „wszyscy”, miarą nie może być to co wciąż cyklicznie się powtarza. Między Ewangelią a życiem społecznym jest jakiś cierń czy oścień, który nie pozwala im się ze sobą raz na zawsze pogodzić: te stosunki muszą pozostać napięte, niewygodne: nie mogę nie chcieć nasycenia codzienności Ewangelią, ale nie mogę też przeżyć życia nie śpiąc. Muszę chcieć dzielić wiarę z innymi, pragnę przekazać ją dzieciom – ale muszę tez pamiętać, że Krzyż to ostatecznie odosobnienie, wyniesienie w górę a zarazem w samotność; nie można zrozumieć Krzyża trzymając się za ręce i wesoło śpiewając. Tam gdzie dwoje lub troje (Simone Weil podkreśla, że nie więcej) zbiera się w Jego imię, tam zbierają się dwie lub trzy samotności, co dla samotności innej mają szacunek i nie chcą jej gwałcić.

A jednak ten punkt Katechizmu nie wydaje mi się po prostu anachroniczny czy pozbawiony sensu. Pamiętam doświadczenie z czasów, zanim przyjąłem chrzest w Kościele Katolickim. Wychowany zostałem w rodzinie ateistycznej, w dzieciństwie nie miałem kontaktów z Kościołem. Jednak w liceum, gdy byłem w harcerstwie, żeby podczas obozów nie nudzić się w niedziele, zacząłem razem ze wszystkimi chodzić do wiejskich kościołów na msze. Zwykle jeździliśmy na ziemie zachodnie, które wtedy, w latach osiemdziesiątych, przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Poniemieckie wsie podupadały, brak zakorzenienia miejscowej ludności w zastanym krajobrazie kulturowym był wręcz namacalny. Ale inaczej było w kościołach – tam ludzie najwyraźniej czuli się u siebie, stawali się wspólnotą. Największe wrażenie podczas mszy czynił na mnie wtedy gest przekazania znaku pokoju. W tym momencie ludzie zwracali się ku sobie inaczej niż zwykle. Wyglądało to tak jakby nagle podnosili na siebie oczy, jakby nagle się nawzajem dostrzegali. Nie jako tych czy innych sąsiadów, z którymi wiążą ich takie albo inne interesy, ale jako bliźnich, którym się należy uwaga i szacunek. Można by pomyśleć, że ta chwila wyrywała ich z kręgu codziennego życia, w którym do innych – o ile nie należą do najbliższej rodziny – zwracamy się zawsze po to, żeby coś uzyskać. W tym momencie mszy zwrócenie się do innych było – wymuszonym przez liturgię – gestem spojrzenia na bliźniego jako na bliźniego, ćwiczeniem z bezinteresowności spojrzenia. Ten gest niekoniecznie miał jakieś konsekwencje w życiu poza budynkiem kościoła – ale jako znak wydawał się wyraźny i kazał mi się zastanawiać nad jego źródłem, co było dla mnie początkiem drogi do nawrócenia i przyjęcia chrztu. Religijność ludowa pojęta jako pojawiająca się w dowolnej wspólnocie intuicja ewangeliczna – czy nie zawiera się właśnie w takim bezinteresownym i nie-codziennym spojrzeniu na bliźniego jako na bliźniego i w tym wszystkim, co je umożliwia i co do niego doprowadza – słowach, znakach, rytuałach? A zatem religijność ludowa jest może tym, co z „ludu” czyni ludzi, osobnych i swoją osobność akceptujących?


Stanisław Grygiel

Religijność ludowa nie jest synonimem ani zacofania, ani ostoi wiary prawdziwej i nieskażonej złymi wpływami nowoczesności. W ludowej religijności, jak w każdej innej, odsłaniają się więzi łączące człowieka z Bogiem a wydarzające się tak głęboko we wnętrzu osoby ludzkiej, że nawet ona nie może wydać ostatecznego sądu, czy uczyniła wszystko, żeby w niej i wokoło niej było więcej pięknej prawdy i pięknego dobra, których źródłem jest Bóg. Dzięki temu jeśli nawet sumienie go oskarża, nie wolno mu zapominać, że Bóg jest większy niż jego sumienie (por. 1 J 3, 20). Któż może osądzać obecność Boga w człowieku? Jeśli zatem człowiek jest „zrozumialszy w niebie” (C. K. Norwid), jeśli tutaj jest on tylko proroczym znakiem-odblaskiem rzeczywistości, która go ciągle przerasta, to on dopiero uczy się siebie.

Prawda religijności nie sprowadza się zatem do etyki. Ona jest adoracją Miłości, w której biją źródła bycia człowieka i świata. Wodę ze źródeł pije się bowiem na kolanach. Religijność, która nie broni człowieka przed „czystym” humanizmem, nie broni go przed chaotyczną swawolą, podatną na sztuczny porządek totalitaryzmu aktualnie dominującej wartości. Człowiek musi coś adorować. Jeśli nie adoruje Boga, adoruje byle co.

Osoba jest osobą o tyle, o ile żyje w komunijnej wspólnocie z innymi, to znaczy, o ile im się zawierza i czyni się ich bliźnim. Religijność, w której osoba odsłania siebie sobie oraz innym, nie może być religijnością społecznie niewidoczną. Kto nie kocha brata a mówi, że kocha Boga, kłamcą jest. Fałszywie myśli o Bogu ten, kto nie ma na tyle odwagi cywilnej, żeby na ulicy, przechodząc obok kościoła, z adorującym uszanowaniem zdjąć z głowy kapelusz.

Moją osobę budziła rodzina, której religijność była religijnością ludową. Moją osobę budził wiejski kościół, w którym uczyłem się klękać przed Bogiem eucharystycznie obecnym wśród nas. Budziło ją życie ludzi wiejskich, którzy wyrażali uszanowanie dla siebie nawzajem pochwaleniem Chrystusa, pracę i spożywanie jej owoców zaczynali znakiem krzyża, a czas porządkowali liturgią świąt i nabożeństw. Ich wiara, nadzieja i miłość, rozwijające się w rytm życia wypełnionego pracą, którą kierowały pory roku, stawały się moją wiarą, nadzieją i miłością. Sens i wartość tej pracy objawiały mi się w ich zawierzeniu się ziemi oraz ziarnom rzuconym w nią w znaczonej krzyżem nadziei, że one odrodzą się za jakiś czas i przyniosą owoc stokrotny. Ci ludzie uczyli mnie – zrozumiałem to po latach – odpowiedzialnej, troskliwej miłości do siebie samego, do innych i do tych pól, na których z kolei ja musiałem pracować. Ich codzienny trud pokazał mi, że miłość wyzbyta pracy jest tylko nieodpowiedzialnym, upiornym myśleniem o innych ludziach.

Religijności ludowej zawdzięczam ideę autorytetu. Autorytetem są dla mnie ludzie, których dobroć i mądrość, a nie puste słowa, osądzają ludzką złość i ludzką głupotę. Piękna i siły autorytetu  doświadczyłem przede wszystkim w tych, którzy znali ziemię, umieli dostosować do niej swoją pracę według „znaków czasu” i wiedzieli, że jej owoce nie zależą li tylko od ludzkiej pomysłowości i ludzkiego wysiłku. Dzięki nim autorytetem dzisiaj jest dla mnie człowiek, który z miłością powiększa[1] świat stworzony przez Miłość, człowiek, który zna dar, umie go przyjąć i wie, że zawdzięcza go zawsze miłości. Tylko dar powiększa świat i człowieka. Kto zna dar, zna wolność, która jest epifanią wiary, nadziei i miłości.

Religijność ludowa nie zna relatywizmu właśnie dlatego, że zna dar. Dar wyklucza relatywizm. Kto przyjmuje dar, przyjmuje określone zadanie, nieodwołalnie zobowiązując się do wykonania go. Daru nie można pozbyć się bezkarnie. Ten, kto zdobywa się na tego rodzaju czyn, niszczy siebie i społeczeństwo, bo niszczy społeczne więzi, które są właśnie z darów. Religijność ludowa wie, czym jest grzech.

Uprawianie ziemi przez ludzi, którzy znali dar, wprowadzało mnie w świat kultury. Od nich uczyłem się, że tak samo trzeba pracować na innych polach, na których ma róść człowiek. Kiedy dziś mówię: kultura, widzę czarne ręce dziadka, którymi dotykał ziemi tak, jak dotyka się ciała najdroższej osoby. Nawet kamieniem nie mógł przywrócić im pierwotnej białości. Te ręce pokazały mi, że kultura nie polega na pielęgnowaniu paznokci, ciała bądź rozumu, lecz na pielęgnowaniu człowieka w każdej pracy wykonywanej dla niego, a nie dla jakichś interesów. Ludzie kultury inaczej pielęgnują swoje ręce aniżeli ci, którzy handlują ich wyglądem.

Tak się złożyło, że moje życie potoczyło się niewiejskimi drogami. Kształtowałem się na innych miejscach, w spotkaniach z ludźmi, którzy dojrzewali w innej niż ja religijności. Nigdy i nigdzie jednak nie odczuwałem ludowych początków mojej religijności jako czegoś, co trąciłoby prowincją. Powiem więcej, religijność ludowa ułatwiała mi rozumienie innych ludzi, dzięki niej także i oni mogli mnie rozumieć. W głębi ludowej religijności nie ma prowincjonalizmu, tam jest powszechność. Chyba że podda się ją ideologizacji. Widziałem wielu, których zideologizowana religijność (nie ludowa!) była tym bardziej prowincjonalna, im bardziej obrabiano ją rozumowaniami. Nie było w nich głębi, w której wydarza się osoba. Zakrywały ją nie tylko rozumowania.

Do tej głębi coraz usilniej powracam i kurczowo się jej trzymam z pomocą różańca, Litanii Loretańskiej czy Gorzkich Żalów. Uprawiając powierzone mi pola, staram się dorównać kulturze moich przodków. W łączności z nimi współtworzę odziedziczone nazwisko, moją tożsamość. Nie zawierzam się erudycji, nie zawierzam się zawiłym rozumowaniom na temat Boga i człowieka, mimo że z nich korzystam. Nie przywiązuję nadmiernej wagi do ideologicznych interpretacji mojej ludowej religijności, bo nie odnajduję w nich tego, czym ona jest. One wszystkie mówią jakby obok tematu, mówią obok niego tym bardziej, im bardziej mówią uczenie.

Ludowej religijności zawdzięczam, że dumając nad historyczno-literackimi „pozostałościami” w Piśmie Świętym, nie utożsamiałem Objawienia z osiągnięciami ludzkiego rozumu. „Totalnie” zachwycały mnie i nadal zachwycają jedynie słowa proroków oraz zapowiedziane przez nich Słowo Boga, które stało się ludzkim ciałem. Czysto ludzkie kombinacje słów, choćby były bardzo uczone i bardzo logiczne, przyjmuję o tyle, o ile pomagają mi godniej żyć. Nie fascynuje mnie estetyka ich wyglądu. Góral, któremu koledzy tłumaczyli, że dziewczyna wybrana przez niego na żonę jest brzydka, miał dla nich tylko jedną odpowiedź: Ech, chłopcy, kiebyście wy mieli moje ocy!

Religijność ludowa jest jak Chochoł z Wesela Stanisława Wyspiańskiego: na zewnątrz wiecheć słomy, w środku piękna róża. Czy nie jest znamienne, że tylko on jeden, wiecheć słomy, znał prawdę i znaczenie wydarzeń, nad którymi dumał Wyspiański? W jakiejś mierze dzięki temu obrazowi róży okrytej słomą staje mi się coraz bliższa dziękczynna modlitwa, z jaką Chrystus zwrócił się do Ojca po słowach oskarżenia rzuconego miastom Korozain, Betsaida i Kafarnaum (por. Mt 11, 21-24): „Wysławiam cię,  Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było twoje upodobanie” (Mt 11, 25-26).


Leszek Aleksander Moczulski

W dzieciństwie mieszkałem w domu przy małej uliczce, na której z jednej strony stał szpital, a z drugiej więzienie. Wczesnym rankiem byłem „dobudzany” przez potężny chór więziennych głosów Kiedy ranne wstają zorze, wieczorem zaś brzmiała pieśń Wszystkie nasze dzienne sprawy. Były to lata 1945-1947. Potem śpiew więźniom – w większości, jak mówiono, byli to AK-owcy – został zakazany. W ten sposób w moje życie wchodziła niejako żywa religijność ludowa i  poezja religijna, czy ściślej mówiąc pieśń religijna.

Potem, po latach, chyba już jako licealista dowiedziałem się, że autorem owych śpiewanych słów jest  poeta Franciszek Karpiński. Skąd ta luka? Skąd tak późna wiedza? Myślę, że ta luka jest charakterystyczna w pojmowaniu, promowaniu świadomości poetyckiej. Myślę, że jest tak nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Moje rozumowanie jest następujące: nie ta dykcja (tu Franciszka Karpińskiego) nazywana jest dykcją poetycką, to raczej inne dykcje – czasem bardzo ciekawe, czasem nudnawe, czasami wzbogacające, czasem nic nie wnoszące, ale mające szerokie uznanie, mają wręcz monopol na dykcję poetycką. Są jakby „wyższe”, współczesne, nowe, trendy itd., itp.

W późnym wieku doświadczenia dzieciństwa widzi się jako wieloaspektowe, wielowarstwowe, postrzega się je jako ramę powoli domykającego się życia.

Wielogłosowość modlitw jest tym, co wyniosłem z Kościoła lat dziecinnych i młodzieńczych. Nawet gdy potem byłem poza Kościołem, gdy w wieku  osiemnastu lat wyjechałem „w świat”, tkwiły we mnie te obrazy zapamiętane z wczesnych lat. Zmagałem się z nimi i gmatwałem, nim wszedłem na prostsze drogi. Tymczasem w rodzinnym domu  budziły mnie, prawie co dnia, radośnie Godzinki,które śpiewał melodyjnym, ściszonym głosem mój Tata – krawiec. Wszystkie ubrania przez niego szyte były „obśpiewane” Godzinkami.

Dlaczego nazwałem to wielogłosem modlitwy? Dopiero niedawno dotarła do mnie świadomość tego, że ludowe Godzinki przełożył prawdopodobnie ks. Jakub Wujek. Mało tego, te arcypolskie Godzinki to spolszczona modlitwa hiszpańska. I tak jawi mi się wiara – wielogłosowa, wieloaspektowa. Nie jednej barwy, na przykład ludowej czy w innej postaci, lecz wielobarwna jak witraż. I wiejski kościółek i katedra Notre-Dame to jedność. Aż tak ciekawa jest wiara i tak się odciska na naszej tożsamości. Jesteśmy częścią malowniczą, twórczą, własną Europy, wśród różnorodności jedyną. Moją. Uniwersum i „szczegół lokalny” stapiają się w tyglu duszy w jedną barwną „całkowitość”. Coś w duszy iskrzy czy, jak mówił Wyspiański, „co się komu w duszy gra”.

Nie można więc sprawy stawiać: albo – albo. Albo ludowa religijność, albo „religijny intelektualizm”. Na przykład nasz wielki poeta Adam Mickiewicz jest przecież „ludowy”, nieraz aż wprost.  Wielki poeta Franciszek Karpiński jest „ludowy”. Uczeni i maluczcy modlą się słowami „ogień krzepnie, blask ciemnieje”, a poeci roztrząsają te słowa przez dziesięciolecia. Nasze kolędy są „ludowe”, a pisane na poziomie egzystencjalnym trafiają do współczesnej wrażliwości. Więc nie albo – albo, bo wtedy kościoły będą pustawe, uboższe o barwę różnorodności. Więc co?

Przede wszystkim tym, co chyba łączy oba te  nurty, jest radość chrześcijańska. (Wyczytałem, że do III wieku uznawano osiem grzechów głównych; tym ósmym, który odpadł od kanonu, był… smutek). Ona umożliwia przenikanie się twórcze obu opcji. Obdarowywanie się najcenniejszymi depozytami wyrazu, kultury, wiary. Wiara jak ptak ma dwa skrzydła. Ileż ja zawdzięczam piosence Chwalcie łąki umajone oraz egzystencjalnej pieśni W Krzyżu cierpienie, w Krzyżu zbawienie, a przecież napisał je ten sam autor – poeta, prawnik a potem jezuita Karol Bołoz Antoniewicz  (1807-1852), dając nam naukę, jak czynić oba przekłady, mówiąc w skrócie, „ludowości” i „intelektu”.

Żyję w tak bogatym, złożonym, barwnym świecie wiary i myśli, pewności i szukania, stołeczności i prowincji, ciekawości nieba i ziemi.


Henryk Siewierski

Choć urodziłem się i do szkoły chodziłem w mieście, to wychowywała mnie też wieś moich dziadków, gospodarzy spod Rzeszowa, gdzie jeździło się na wakacje. Nie była to wakacyjna kolonia, ale integralna część kraju lat dziecinnych. Dlatego też przychodzi mi dzisiaj z trudnością wyodrębnienie religijności ludowej jako religijności dla mnie innej. Język tylko ze swoimi formami gwarowymi był trochę inny, ale wiara i jej znaki te same. W wiejskim drewnianym kościele byłem tak samo u siebie jak w neogotyckiej świątyni mojego miasta. Tak samo wszyscy odmawiali pacierz, żegnali się przed i po jedzeniu, tak samo rzadko na co dzień podejmowano tematy religijne i tak samo starano się, nie zawsze skutecznie, nie wymawiać imienia Pana Boga swego na daremno. On i tak był wszędzie, przemawiał do nas przez wszystko i wszystkim rządził. Był jeden, ale miał Świętą Rodzinę,  aniołów i świętych, miał nie tylko dla siebie, bo byli oni też z nami ku pomocy. Babcia robiła nożem znak krzyża na chlebie przed jego napoczęciem, ale tak szybko, że trudno było zauważyć i dopiero wiele lat później o tym się dowiedziałem. W niedzielę po obiedzie dziadek czytał na głos Pismo Święte i choć nie wszystko było dla nas dzieci zrozumiałe, wiadomo było, że wszystko, o czym była mowa nie tylko już się stało, ale że dużo z tego jeszcze ma się stać i to na naszych oczach. Przez wąską kładkę na rzece przechodziło się bezpiecznie, bo Anioł Stróż, identyczny jak na obrazie, który wisiał na ganku, szedł za nami krok w krok. Do kościoła było daleko, nogi bolały, ale ta droga, te zmieniające się widoki na lasy, pola i domy, krzyże przydrożne i wiatraki, wzgórza i doliny, spotykani po drodze ludzie, ten ból w nogach i smakowity po powrocie posiłek, były razem z niedzielną mszą jedną wielką całością wyznania i celebracji wiary.

Formy pobożności ludowej były też chlebem powszednim życia miejskiego, a może nawet bardziej w miejskiej uwydatniały się przestrzeni i trudno byłoby je oddzielić od form „nie-ludowych” bez zubożania obrazu religijności tamtych i nie tylko tamtych lat. Życie religijne w mieście miało w dużym stopniu charakter ludowy, a religijność wsi nie była aż tak ludowa, jakby się mogło wydawać.

Co osobiście zawdzięczam religijności ludowej?

Może właśnie tę trudność wyodrębnienia jej jako religijności innej i to, że mogę o niej dziś myśleć jako o znaku łączności, arce przymierza nie tylko między dawnymi a nowymi laty, ale też między różnymi obszarami współczesnej topografii wiary. I jeśli dzisiaj spotkania z praktykami i przejawami religijności ludowej, nawet tak odmiennej jak w naznaczonej synkretyzmem religijności brazylijskiej, budzą więcej wzruszeń niż zdziwienia, jeśli nawet czasem poruszają do głębi przeczuciem bycia świadkiem jakiejś epifanii, to może zawdzięczać trzeba to również tamtemu wczesnemu przebywaniu w kręgu religijności polskiej wsi, które było też potwierdzeniem i umocnieniem wiary w poszerzonym kulturowym pejzażu.


Paweł Taranczewski

Redakcja „Znaku” znowu o coś pyta. Tym razem chodzi jej o lud i religijność ludową.

No dobrze, ale co to „lud”? Czy określa go opozycja: lud – panowie? A może: lud – duchowni? Może: lud – mieszczanie lub lud – Żydzi? Kiedy mamy lud, a kiedy tylko kupę luda? Trzeba więc – za cytowaną gdzieś przez Boya hrabiną – spytać: „Qu’est-ce que c’est le lud?”. Przypominam, że dawno temu pewna hrabina zadała to pytanie w redakcji krakowskiego „Czasu” i… nie dostała odpowiedzi. Jeśli więc nie wiadomo, co to lud, to tym mniej wiadomo, o czyją i jaką religijność chodzi.

Może ludem jest lud Boży, który ma jakąś religijność? Jednak taki lud jest wszędzie tam, gdzie są rzymscy katolicy określeni jako lud Boży przez katechizm rzymskiego Kościoła. Taki lud redakcji raczej nie interesuje. Jeżeli lud Boży jest na Podhalu, to ludem są górale. Wówczas religijność ludowa, to religijność górali. Ale co z Kaszubami, Mazurami, Wielkopolanami, Ślązakami, krakusami, Rusinami, mieszkańcami Podlasia…? Przecież oni też są ludem! A może już przestali być ludem? Może i górale ludem być przestali? Niech się nad tymi pytaniami biedzą socjologowie, psychologowie społeczni, ci, co się zajmują społeczną geografią, etnografowie i etnologowie…

Stawiam pytanie redakcyjne samemu sobie tak: Czy doświadczyłem w Polsce religijności ludowej?, jakiej?, czym ona była dla mnie? Wreszcie: czy nadal jest dla mnie ważna? Mogę tak pytać, bo sam do ludu nie należę, być może należałbym, wykonując osobiście pracę na roli z pomocą maszyn prostych napędzanych siłą mięśni moich i zwierząt. Czy jednak sama taka praca na roli wyróżnia członka ludu? Jest wielu, którzy pracę na roli wykonują, a ludem nie są. Czym różni się lud od ludowców? Odpowiedź na te pytania pozostawiam wyżej wspomnianym uczonym.

Kim jestem? Panem, mieszczaninem? Mieszczańskim inteligentem? Artystą? Powiedzmy: malarzem mieszkającym w Krakowie. Muszę też wiedzieć, o czyją religijność mi chodzi. Powiedzmy, że ludem są ludzie opisani przez Reymonta w Chłopach czy ludzie obecni w opowieściach Na skalnym Podhalu. Jednak górale to nie chłopi! Odpowiadając na pytanie redakcji, przyjmuję zatem, że pisząc „lud”, mam na myśli górali ze skalnego Podhala.

Tak, doświadczyłem religijności górali, ale nie od razu. Urodziłem się w 1940, z początkiem II wojny; jako tako świadomy bywałem po wojnie na Dolnym Śląsku, i to nie na wsi, a w miastach i miasteczkach, które zajmowali ludzie zza Buga, a także – jeszcze – Niemcy. Bywałem w kościołach pełen ludzi zachowujących się inaczej niż w Poznaniu, w którym spędziłem dzieciństwo, czy w Gdańsku, gdzie bywałem u Ciotki i gdzie na ulicach słyszało się język i polski, i niemiecki. Kościoły wypełniali ludzie, ale nie był to lud, o który chyba chodzi redakcji. Czasem bywaliśmy na wsi kaszubskiej, tej lub innej, ale kościołów tamtejszych z tych czasów nie pamiętam. Na Śląsku i w Gdańsku nie było ludu, w Poznaniu też. Na wsi pod Poznaniem nie bywałem.

Dla jakiego takiego opisania moich kontaktów z góralskim ludem i religijnością ludową oraz jej wpływu na mnie muszę wspomnieć jeszcze o kilku sprawach.

Bardzo szybko przestałem chodzić do kościoła i nie interesowała mnie żadne wyznanie. Szukałem religii poza wyznaniowej. Matka wyznawała katolicyzm karmelitański, czytając w kółko Dzieje Duszy św. Teresy z Lisieux i tam szukając umocnienia w długiej, ciężkiej i, jak się okazało, śmiertelnej chorobie. Ojciec interesował się astrologią i teozofią oraz tzw. astralistyką, czyli szukaniem prefiguracji biblijnych wydarzeń na globusie niebieskim, a także interpretowaniem ich z pomocą konfiguracji planet i gwiazdozbiorów na firmamencie. Do kościoła nie chodził – jednak kościoły malował. Przed wojną, na Podhalu, jako honorarium za jakieś prace malarskie przyjął kilka ludowych świątków poniewierających się na strychu kościelnym. Były w jego pracowni i ja je widziałem. Widziałem stale. Poprzez nie urzekał mnie duch religijności, nie wiedziałem, że ludowej. Bezręki Chrystus wiszący na ścianie stał się dla mnie toposem, wzorem postaci Ukrzyżowanego, drewniany aniołek uzmysławiał mi wygląd anioła w niebie. Z rzeźb tych płynęła jakaś prosta, niewzruszona prawda. To był mój pierwszy kontakt z ludową religijnością.

Po raz drugi zetknąłem się z nią już w Krakowie. Wysyłano mnie na wakacje w góry. Lud to byli dla mnie górale. górale widziani okiem cepra, i to bardzo powierzchownie. Religijność ludowa była religijnością góralską łatwo odróżnialną od miejskiej: jedna była na wsi, w górach, druga w mieście.

Do kościoła zacząłem chodzić dopiero po maturze. Matka wkrótce umarła, Ojca moje „nawrócenie” irytowało – niebezpodstawnie: wpadłem w manię religijną, na krótko. Czułem się w domu źle.

Źle czułem się w PRL, która nie kochała religii. Byłem pewny swego, ale odczuwałem bardzo mocno nękanie propagandy, która wprawdzie nie zachwiała moją wiarą i nie zmusiła do jej ukrywania, jednak bardzo mi doskwierała.

Jakieś wycieczki z duszpasterzem akademickim odsłoniły przede mną istnienie miejsc, gdzie ludzie nie kwestionowali moich przekonań, co więcej – wyznawali je! To nie było uprzejme désintéressement przyjaciół Ojca czy niektórych kolegów. Interesował mnie wówczas tomizm, który zdawał się oferować pewność płynącą z niewzruszonego systemu. Drugie residuum pewności znalazłem na wsiach Podhala, w wiejskich kościołach i obecnej tam religijności, odpornej na propagandę PRL i obojętnej na to, czym interesował się Ojciec. Na wsiach tych znajdywałem pewność w jasnych i wyraźnych rozwiązaniach fundamentalnych kwestii: istnienia Boga, sensu chrześcijaństwa i jego credo; także wspólnotę jednomyślnego „my”, gdzie nikt nikomu nie zagraża i wszyscy się kochają. Będąc na wsi, miałem poczucie pełnego bezpieczeństwa, mimo że z owym „my” ani nie mogłem się identyfikować, ani by mi na to nie pozwolono. Byłem z zewnątrz. Stałem przy piecu, ale w nim nie paliłem.

Taką wizję wsi podhalańskiej umożliwiała literatura, wizja była produktem mojego umysłu wspieranego lekturą Na Skalnym Podhalu Kazimierza Przerwy-Tetmajera i Pastorałki Tytusa Czyżewskiego; fascynacji sztuką ludową i mitem Zakopanego. Patrząc na drewniane kościoły z góralami w środku, na oczach miałem okulary Tetmajera i Czyżewskiego. Powstały w ten sposób wytwór trwał latami, aż się rozpadł. Nie dlatego, że nagle, tam, gdzie widziałem dobro, objawiło mi się zło. Zaczął się rozpadać, gdy obok proporcjonalnego, drewnianego i zamkniętego na kłódkę kościółka – chyba w Grywałdzie – zobaczyłem pewnego dnia ceglaną landarę bez proporcji, brzydką i otwartą, której przedtem tam nie było. Podobną landarę postawiono obok starego kościoła w Tylmanowej i w wielu innych miejscowościach. Mit rozbierali sami górale, budując nowe, brzydkie kościoły.

Kościoły w Grywałdzie, Tylmanowej, Dębnie, czy stary kościół w Zakopanem były tak zbudowane i wypełnione sztuką, że wokół nich i we wnętrzu panował klimat tajemnicy i skupienia, promieniała jakaś prawda i żył duch. Nieważna jest geneza tej architektury i sztuki – oto stał kościół wypełniony obrazami, rzeźbami podobnymi do tych w pracowni mego Ojca, z ołtarzami i ławkami; w tym kościele był Bóg. W ceglanej landarze Boga nie było. Paradoksalnie tam, gdzie kościół był przede wszystkim domem Boga, góralski lud znajdował swoje miejsce, objawiała się góralska religijność; tam, gdzie kościół miał być siedzibą ludu Bożego, nie było Boga, a religijność ludowa, opuściwszy swe naturalne miejsce, nie znalazła nowego.

Dobrze czułem się w drewnianych kościółkach z obrazami, rzeźbami, ołtarzami i ławkami, bo były swojskie. Chowałem się w czymś znanym z pracowni Ojca przed niezrozumieniem w domu i zewnętrzną grozą nieznanego, obcego PRL. Odnajdywałem w tych kościółkach i wśród wypełniającego je ludu bezpieczeństwo, którego brakowało mi gdzie indziej. Widziałem jasne i proste rozwiązania skomplikowanych problemów, proste odpowiedzi na proste pytania. Przylgnięcie do zmitologizowanej ludowej religijności było odmową podjęcia prawdziwych problemów i postawienia prawdziwych pytań.

Jednak w okresie burzy i naporu, egzystencjalnych niepokojów, religijność ludowa Podhala, ta zmitologizowana, widziana poprzez Czyżewskiego i Tetmajera, chociaż była ucieczką w fikcję, dała mi oparcie dzięki jednoznacznym rozstrzygnięciom podstawowych kwestii. Pomogła mi nie ulec pokusom doktryn wyznawanych przez Ojca i odpierać pokusy Partii, mówiącej, że powinienem się włączyć w budowę Polski ludowej (sic!), której to Partii odpowiadałem, że nie mogę podpisać się pod doktryną – bo w moim wypadku wpisanie się do partii musiałoby oznaczać przyjęcie doktryny, która nie uznaje istnienia Boga, co ucinało dyskusję, zanim się zaczęła. Miałem mit, który mnie bronił, ale który także krył prawdę.

Potem, z biegiem lat, utopia i mityczny lud znikały powoli, także wskutek kontaktów z prawdziwymi góralami, którzy mieli problemy religijne, takie jak wszyscy.

Religijność ludową – oczywiście góralską – ponownie oświetlił mi ksiądz Józef Tischner pod koniec swego życia, i to nie znakomitymi o niej tekstami, lecz odkryciem przede mną swojej pewności, trochę takiej jak ta, która ogarnęła niegdyś i mnie podczas lektury Na skalnym Podhalu. Był już bardzo chory. Widziałem go po raz ostatni u niego w Łopusznej, spytałem, czy wierzy, że – jak u Tetmajera – „Pon Jezus ze świętym Pawłem chodzą drogami Podhala i z ludźmi gadają”. Odpowiadając, rozjaśnił twarz pełnym TAK. Był pewny, że Bóg jest między nami i że chodzi po górach. Mit ożył inaczej i ukazał swą prawdę.

Pewności płynącej z tomizmu od dawna we mnie nie było; odrodziła się dawna pewność, że On jest między nami i jak zechce, to się pokaże i będzie z człowiekiem gadał, jak gadał z siostrą Faustyną.


Łukasz Tischner

Wychowałem się w mieście, więc moim „naturalnym” krajobrazem były betonowe bloki i powstający na moich oczach równie betonowy kościół. Nie znałem majówek w cieniu wiejskich kapliczek, święcenia zbóż i ziół, nie odróżniałem świętego Floriana od świętego Rocha. Religijność ludowa kojarzyła mi się z zaduchem podczas wielogodzinnych i nudnych nabożeństw wielkopostnych w Starym Sączu, gdzie mieszkali moi dziadkowie. Mniej z Łopuszną, w której jako nastolatek lepiej znałem grapy i potoki niż ludzi i ich obyczaje. Jako młody gniewny katolik wychowany w orbicie KIK-u i krakowskich dominikanów, snobowałem się na intelektualne głębie i  – nie bardzo wiedząc, co to znaczy – chciałem być za wszelką cenę „soborowy”. Na własny użytek tłumaczyłem sobie, że „soborowy” to tyle co świadomy, odrębny, intelektualny i wolny od zabobonu. A skoro tak, to raczej miejski niż wiejski, ludowy.

W takim dobrym samopoczuciu dotrwałem mniej więcej do końca studiów. Potem przyszły życiowe próby, kryzysy i okazało się, że niezmiennie chwalebna  i piękna wizja Kościoła otwartego, dialogującego z  filozofią i nauką współczesną jest jak miedź brzęcząca, jeśli nie towarzyszy jej wiara fundamentalna, czyli zasadnicza ufność i wierność w imię Bosko-ludzkiej więzi. Wiarę fundamentalną odnalazłem po latach w Łopusznej  i  w  Łagiewnikach, tam odkryłem głębię i  siłę religijności ludowej.

Nie przypadkiem zestawiam te dwa miejsca, bo oba kojarzą mi się z pewną surowością, twardością i zapachem octu podanego Chrystusowi na gąbce. Religijność Łagiewnik i Łopusznej nie żywi się teologicznymi formułkami i pobożnymi życzeniami, zna smak bólu, grzechu i klęski. Nie zaklina tego, co nieuchronne, ale po prostu przyjmuje. Jest w niej  –  po ludzku biorąc – pewien fatalizm, ale zarazem mimo ciemności trwa ślepa i prosta ufność. Przypominają mi się słowa sędziwego łopuszańskiego Bacy, który wspominał rozmowę z księdzem Józefem Tischnerem o modlitwie różańcowej:  – Jo mu godom: „Mom juz siedemdziesiąt roków, niedługo umre i nie wiem, cy to jes pomocne, cy nie jes pomocne”. A on mi godo: „Pomocne abo i nie pomocne, ale mów!”. I jo godom.

W Łagiewnikach, a jeszcze mocniej w Łopusznej doświadczyłem, czym jest Kościół wspólnotowy, siła bezsilnych. Wypełniony po brzegi kościół gromadzi nie masę, ale biednych ludzi odzyskujących godność i „cenność”. Stając się jednym z nich, przez chwilę widzę świat na opak – bez maskarady i uczonych pewników. To dla mnie źródłowe doświadczenie wolności – wolności we wspólnocie. Wśród klęczących podczas komunii nie ma już starych i młodych, kalekich i zdrowych, prostych i kształconych – jest Lud Boży, o jakim marzyli ojcowie Vaticanum II. Ze wzruszeniem przeczytałem, że w 1832 roku coś podobnego przeżył w łopuszańskim kościółku Seweryn Goszczyński, który zapisał, że stało się to –

przy tym ołtarzu skromnym, gdzie przez tyle wieków powtarza się tajemnica boskiej ofiary, śród tych ścian wątłych, a mocniejszych niż budowa niejednego narodu; w atmosferze modlącego się ducha tego ludu, który kolanem  swoim odnawia odwieczne ślady pobożności naddziadów swoich i oddaje się Bogu, jak oni przed wiekami oddawali się w tym samym miejscu[2].

Religijność ludowa, którą odkryłem dla siebie, ma rys pasyjny (zgoda na uczestnictwo w ofierze Chrystusa), choć zarazem franciszkański, bo jest pieśnią na chwałę narodzin, a nie płaczem ascety nad marnością świata. To religijność powściągliwa, choć wtedy, gdy dotyka progu śmierci i zmartwychwstania, nie wstydzi się ostentacji gestów i wzruszenia. Nie jest domeną pustelników, a jednak chroni przed katolickim kolektywizmem, bo nie lubi tłoku, lecz otwartą przestrzeń.

Ostatnio ze zdumieniem pomyślałem, że jest być może bardziej „soborowa” niż najbardziej reformatorskie nowe ruchy w Kościele. Co więcej, była już taka w zamierzchłych czasach, o czym znów zaświadcza Goszczyński. Czyż poniższa charakterystyka nie pokazuje, że w Łopusznej AD 1832  ludzie świetnie rozumieli,  czym jest kapłaństwo wspólne zwane też powszechnym?

Wiara Górala jest głęboka, pobożność szczera. Księży ma w poszanowaniu, ale nie jest ich niewolnikiem. Umie i śmie oceniać osobistą ich wartość. Zdarza się na przykład, że księdzu każącemu z ambony nie idzie, jak by powinno iść w takiej chwili natchnionemu Duchem świętym, a uważaj tylko, a oto Górale jeden po drugim wysuwają się z kościoła, skupiają się na cmentarzu kościelnym; wtedy jeden z nich zazwyczaj sędziwszy i poważańszy, staje pośrodku i przemawia z większą godnością i namaszczeniem jak kaznodzieja urzędowy i bywa lepiej wysłuchany[3].


Piotr Wojciechowski

Każda osobista czy wspólnotowa wiara, każda religijność mają swoje zakorzenienie, strefę ukrytą w pamięci i zapomnieniu, w nieświadomości i podświadomości, w ciemnościach wymykających się językowi wszelkich opisań, ciemnościach emocji, tęsknoty, przypadkowych skojarzeń. Było nas trzech braci w rodzinie zdziesiątkowanej przez wojnę, wypędzonej, ograbionej, trwale zdegradowanej w swoim statusie materialnym. Wychowywały nas kobiety – mama, ciocia, babcia. Religijność każdego z nas trzech jest inna. Mam jednak pewność, że dzielimy te same przeżycia najstarsze i najgłębsze – światła na grobie dziadka Kozłowskiego na cmentarzu na Lipowej w Lublinie, opowieści o bezprzykładnej pobożności cioci-babci Józi Kalinowskiej z Krężnicy Jarej, która odprawiała za każdego z bliższej czy dalszej rodziny dziewięć pierwszych piątków, wyjaśnienia babci, dlaczego w „Zdrowaś” mówić trzeba „módl się za nami grzesznymi”, a nie „grzecznymi”. Wąwozem ulicy Narutowicza w Lublinie procesja szła zawsze w niedzielę oktawy Bożego Ciała, w oknie na drugim piętrze na kilimku huculskim wywieszało się przepiękny modernistyczny obraz Bogrodzicy – jeden z niewielu przedmiotów uratowanych z poznańskiego mieszkania na Zagonowej.

Zestarzał się, a ciągle Twarz świeci i świecą w aureoli skrawki prerafaelickich złoceń. Wisi u starszego brata w lubelskim mieszkaniu, bo tak jest według porządku bytu. Jakakolwiek wiara, tak jak niewiara, tak jak zwątpienie, szukanie, rozpacz – to wszystko ma jako glebę pierwszego kiełkowania wiarę ludową, naiwną, dziecięcą, emocjonalnie splątaną z samym procesem zdobywania świadomości, tożsamości, osobności, wspólny mrok i wspólne w nim ogniki blasków. Na tym rosną mistycyzmy i apostazje, powołania tam sięgają początkami, intelektualne gmachy refleksji, teologicznej i eklezjalnej wiedzy tam muszą kłaść ławy fundamentowe. Tak jak wiara Jana Pawła urosła z wcześnie i głęboko posianych ziaren wzruszeń dziecięcych pielgrzymek do Kalwarii Zebrzydowskiej – stamtąd ciągnęły soki encykliki i poematy.

Zanim „Znak” zapytał mnie o to, co zawdzięczam religijności ludowej, życie przyszyło do mnie z odpowiedziami na to pytanie.

Najpierw Jaśko Antoł, gazda z Bańskiej Niżnej położył przede mną teczkę z wierszami Hanki Nowobielskiej z Białki Tatrzańskiej i oznajmił – to musi być wydane. Poezja mistyczna wysokiej próby, duchowością przerastająca moje możliwości osądu i analizy, piękna jak tylko wiersze piękne być mogą. Wyjdzie ten tom Mój Świątek. Zawiera ponad siedemdziesiąt utworów – a wszystkie płyną ze źródeł religijności ludowej i potwierdza to też język gwary, objawiający się tu jako zadziwiająco skuteczna odmiana literackiej współczesnej polszczyzny. Musi to trafić do rąk ludzi, do polskich stolic, do podhalańskich parafii, do Białki, gdzie groby Hanki Nowobielskiej i jej syna – kapłana. Wydawcy się przebudzą, sponsorom otworzą się dłonie, wiersze pójdą do ludzi razem ze zdjęciami podhalańskich świątków i kapliczek, a da Bóg także z płytką-nagraniem, bo gwara zasypia w literach, budzi się w mowie i śpiewie. Wielkie to i głębokie były dla mnie rekolekcje – spisywanie wierszy Nowobielskiej, próba składania tomu.

A w tym samym mniej więcej czasie poproszono mnie w Warszawie o słowo na otwarcie galerii kapliczki polskiej, galerię taką udało się Teresie i Markowi Millerom otworzyć w kościele w Raszynie – dzięki życzliwości tamecznego proboszcza. Zanim napisałem coś – przypomniała mi się inna galeria kapliczek, album, który nigdy nie wyszedł. Będzie dziesięć lat temu jak mój przyjaciel, narciarz i grafik Wojtek Freudenreich zaczął krążyć po Mazowszu z aparatem, fotografując kapliczki – a wybierał te murszejące, zniszczone, zapomniane, szukał śladów nieporadnej troski, jaką otaczają te umierające ślady pobożności ludzie bardzo starzy, bardzo biedni, często kalecy. Fotografował spękane szyby na blaknących obrazkach, kwiatki więdnące w zakurzonych słoikach, papierowe falbanki, pasyjki na jednym gwoździu opadające ze spróchniałych ramion krzyżyków. Układały się te fotogramy w poemat o tajemnicy wiary samotnej i bezsilnej. Zdjęć przybywało. Był wydawca. Był, wycofał się. Zdjęcia zostały w cyfrowym zapisie.

Myślałem sobie o wernisażu, którego nie było, o albumie, który został w projekcie, kiedy próbowałem coś napisać na otwarcie galerii w kościele w Raszynie. Tekst kładę poniżej – bo dokładnie odpowiada na zadane przez redakcję pytanie.

To jedno z najbardziej kategorycznych i hojnych Błogosławieństw ewangelicznych: „Błogosławieni [a więc szczęśliwi] cisi, albowiem oni posiądą ziemię”.

Plemię, ród, rodzina zawsze były związane z terytorium – od czasu, gdy już skończyła się era nomadów – zawsze stawiano znaki własności: kopce czy kamienie graniczne, znaki, totemy, które mówiły nie tylko o ziemi, ale i o ludziach. Mówiły: ten jest swój, ten jest u siebie. A tamten jest przybyszem.

Akt umieszczenia kapliczki w ogrodzie, na ścianie domu, na rozstaju dróg, wśród pól czy sadów jest braniem ziemi w posiadanie – w ten pokorny sposób, jaki na Górze Błogosławieństw przeznaczono ludziom, którzy chcą trwać w ciszy – w postawie nadsłuchującej głosu Boga.

To akt o wymiarze kosmicznym. Oto osoba ustanawia, ujawnia znak łączności z Bóstwem. Ustanawia znak, aby był rozpoznany przez inne osoby, ustanawia znak z nadzieją, że zostanie on odczytany i zrozumiany przez pewną wspólnotę, zaakceptowany przez wspólnotę, naśladowany w dziejach tej wspólnoty, w przestrzeni, z jaką ona się identyfikuje.

Kapliczka nie jest jednak kamieniem granicznym, totemem plemiennym. Kapliczka nie pełni funkcji odrzucania, dzielenia.

Kapliczka przygarnia, ogłasza wspólnotę otwartą. Mówi niewiele, a zarazem bardzo dużo – tu są ludzie, którzy starają się być świadkami Zmartwychwstania, próbują chodzić ścieżkami Świętych Pańskich.

Obyczaj stawiania kapliczek jest z pewnością bardzo stary, sięgający czasów przezwyciężania pogaństwa. Na miejscu świętych gajów, świętych wzgórz, magicznych znaków własności, kładziono nowe znaki. Na miejscu pogańskiego sacrum pojawia się coś, co ma opowiadać, oznaczać sanctum, a więc nie świętość jako pojęcie, ale gest osoby wobec Osoby Boga, Świętego Świętych, przywołanie Bożej Obecności.

Kapliczka powinna być piękna – ale jej piękno nie stanowi o jej istocie. Kapliczki nieudolne, zniszczone, jarmarczne, kiczowate, ozdobione sztucznymi kwiatami, wyblakłymi serwetkami, blaszanymi wieńcami zniszczonymi przez rdzę – one często modlą się najżarliwiej. Odpustowa tandeta nie jest w zamiarze metafizycznym gorsza od arcydzieł sztuki ludowej czy cennych kopii światowej sztuki sakralnej. Liczy się gest fundatora.

Gest fundatora – zbudować Bogu dom. To jest gest powtarzający dzieła królewskie, wielkopańskie, biskupie. To jest gest o mocy mitu założycielskiego.

Zbudować materialną, trwałą i nieprzerwaną modlitwę. Zaprosić przez znak pobożności do modlitwy całą wspólnotę. Kapliczka pyta przechodnia o znak krzyża, o zdjęcie czapki, nieraz woła o Zdrowaś, Maryja.

Fundator zwraca uwagę ku Bogu – ale także zwraca uwagę na siebie. Fundator chce zbudować Panu piękny i godny przybytek – ale też chce prosić Boga o łaski, a od ludzi zebrać okruchy szacunku i podziwu, póki żyje – okruchy nieśmiertelności i pamięci, kiedy  przeminie. Wtedy kapliczka będzie trwała, będzie opowiadała, kto ją fundował.

Kto i dlaczego. Kapliczki bowiem stanowią interpunkcję czasu. Są wykrzyknikami radości – gdy stawia się je z okazji ślubu, urodzin, ozdrowienia.

Bywa że są kapliczki śladami tajemnic ludzkiego serca. Pamiętamy trwającą stulecia średniowieczną tradycję krzyży pokutnych. Pamiętamy trwającą po dziś dzień tradycję znaków świętych znaczących drogi pielgrzymkowe. Bywają i dzisiaj takie kapliczki, które są spełnieniem danej Bogu obietnicy, materialnym znakiem czyjegoś nawrócenia, wyrazem prośby o przychylność, plony, uzdrowienie. Święty Roch prosił o urodzaje, święty Jan Nepomucen bronił przed powodzią, święty Florian przed pożarem. Polne krzyże, kapliczki maryjne ożywały w maju polnymi nabożeństwami – i do dziś stroi się je wtedy i śpiewa przy nich Litanię Loretańską i Chwalcie łąki umajone…

Są kapliczki związane z narodowym bytem, zapisana jest nimi polska ziemia – ileż to ich stawiano w podzięce za powrót ze zsyłki, za ocalenie z wojny. Ile powstało na miejscach bitew, egzekucji, pochówku nieznanych bojowników czy ofiar przemocy. W dziesiątkach, może setkach warszawskich podwórek pozostały kapliczki z czasu Powstania Warszawskiego, wtedy skupiające proszących o zwycięstwo i ocalenie, czasem górujące nad kopczykami powstańczych mogił.

Mówi się – że ocaliła Polskę ta siła, którą Prymas Tysiąclecia wyczuł i wyzwolił w ludowym, powszechnym katolicyzmie. A przecież kapliczki – przydomowe, polne, leśne, podmiejskie – to były zawsze te znaki, które mówiły: Polska jeszcze wierzy, Polak nie wstydzi się wiary, nie boi jej prześladowców. Mówi się, że nadzieją przyszłości jest ta siła, którą papież-Polak wyczuł i wyzwolił w polskiej kulturze, w polskiej młodzieży. Dlatego potrzeba – aby na dziś i na jutro trwały materialne znaki wiary, aby kapliczki wzywały do modlitwy, jednoczyły wspólnotę.

Tworzenie nowych kapliczek, rzeźbienie i malowanie świątków, odnawianie, strojenie już istniejących to pewien nurt w kulturze – w kulturze ludowej, w kulturze popularnej, także w kulturze wysokiej – który nie zaginie, ale przecież potrzebuje zainteresowania, wsparcia, popularyzacji. Jaka jest estetyka nowych kapliczek? Jak szuka się piękna w tych małych formach plastyki, rzeźby, zdobnictwa, architektury? Odpowiedzi dopiero przyjdą, doktoraty zostaną napisane.

Kapliczka to miejsce spotkania z Bogiem w krajobrazie. Ludzka obecność w krajobrazie, która go nie narusza, nie szpeci, ale czyni bardziej ludzkim. Ekologia polskich kapliczek to księga jeszcze nienapisana.

Nie wygłosiłem tego tekstu w Raszynie, ale wiem, że został odczytany. Gdybym tam był, dopowiedziałbym: nie ma już kapliczki, która jest mitem założycielskim mojej rodziny. Kiedy Jan Turowski, mój pradziad, wrócił z zesłania, dowiedział się, że jego dzieci Józef i Józefa, Feliks i Feliksa umarły z głodu. Żona, Zofia, ocalała. Urodziły się nowe dzieci i znowu dostały te same imiona – Józef i Józefa, Feliks i Feliksa. Kuzyni i sąsiedzi wznieśli na pamiątkę tego powrotu ceglaną kapliczkę przy drodze z Lubartowa do Radzynia, w kraju nad Tyśmienicą. Przetrwała ponad sto lat, zburzono ją przy poszerzaniu drogi.

 


[1]  Słowo autorytet pochodzi od łacińskiego czasownika augeo, -ere,-xi,  auctum, powiększam.

[2] S. Goszczyński, Dziennik podróży do Tatrów, Wrocław-Kraków 1958, s. 57

[3] S. Goszczyński, dz. cyt., s. 118.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata