70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nowe miejsce do życia

Uchodźcy przyjeżdżają do nas celowo, i to nie po to, by „odtwarzać” tu swój kraj. Nie chcą tracić swoich zwyczajów, co jest zrozumiałe, ale przede wszystkim pragną zbudować u nas coś nowego. Aby to było możliwe, musimy im pomóc funkcjonować w Polsce.

MARCIN ŻYŁA: Kiedy w Polsce pojawili się pierwsi uchodźcy? 

JANINA OCHOJSKA-OKOŃSKA.: Uciekinierzy z innych krajów przyjeżdżali do nas jeszcze w czasach komunistycznych. Na przykład Koreańczycy, którym w czasie wojny 1950–1953 groziło niebezpieczeństwo ze strony Amerykanów – ale także Grecy i Wietnamczycy. Nie mówiło się jednak, że są to uchodźcy. W prawie nie istniała taka kategoria.

W 1992 roku, specjalnym pociągiem z Osijeku, przyjechała do Polski grupa kilkuset uchodźców z Bośni. Umieszczono ich głównie w ośrodkach wczasowych, które specjalnie do tego celu przystosowywano. Ich właściciele robili to przede wszystkim dla pieniędzy. Samo w sobie nie byłoby to jeszcze niczym złym – gorzej, że nie byli w ogóle przygotowani do przyjęcia uchodźców. Nie rozumieli ich problemów, nie znali języka ani zwyczajów, na przykład tego, że muzułmanie nie jedzą wieprzowiny.

MAŁGORZATA GEBERT.: W 1991 roku Polska przystąpiła do konwencji genewskiej, a w Warszawie rozpoczęło działalność Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR). Był to moment, w którym uchodźctwo zaistniało „na serio”. Pierwsze dokumenty potwierdzające status uchodźcy wydawał UNHCR. Kiedy Polska sama rozpoczęła przyznawanie własnych dokumentów, niektórzy uchodźcy poczuli się dotknięci. Uznali, że „polski status” będzie gorszy od tego, który wcześniej mogli dostać od ONZ.

MICHAŁ BARDEL: Praktyka wyprzedziła legislację? 

M.G.: W kwestiach działań humanitarnych zawsze tak jest. Do 1998 roku, kiedy zaczęła obowiązywać ustawa o cudzoziemcach, uchodźcom udzielano pomocy w oparciu o przepisy z 1963 roku, które przewidywały głównie możliwość ubiegania się o azyl. Dziś formuła azylu jest w praktyce rzadko stosowana.

J.O.-O.: Bośniacy, o których mówimy, nie dostawali u nas statusu uchodźcy. Powinni byli otrzymać status uchodźcy wojennego, ale takiej możliwości nie przewidywało prawo. Nie bardzo wiedziano, co z nimi zrobić.

M.G.: Międzyrządowa umowa, na podstawie której Bośniacy przyjechali do nas, miała obowiązywać przez pół roku. Określała, że przez ten czas Polska pokrywa koszty ich pobytu. Uchodźcy z „pociągu przyjaźni” mieli zalegalizowany pobyt, lecz nie mogli pracować – stąd to „skoszarowanie” w ośrodkach wczasowych. Było wśród nich wielu dorosłych, choć w pociągu miały się znaleźć przede wszystkim dzieci i młodzież z opiekunami. Okazało się, że przyjechały całe rodziny. Nie da się jednak wyselekcjonować tylko dzieci, nie da się ich samych, bez rodziców, wywieźć z obszaru ogarniętego wojną.

M.Ż.: A jednak ucieczka z kraju ogarniętego wojną całych rodzin to chyba rzadkość?

J.O.-O.: Uchodźstwo – zwłaszcza to z powodu wojen i prześladowań – zawsze wiąże się z rozdzielaniem rodzin. Inaczej jest ze zorganizowanymi wyjazdami. Taki, w którym brałam udział razem z Francuzami z fundacji EquiLibre w 1992 roku, również wiązał się z rozdzieleniem rodzin.  Bośniaccy Serbowie nie zgadzali się na wyjazd mężczyzn. Natomiast była zasada, że wyjeżdżały dzieci wraz z opiekunkami – mogła to być matka, ciotka, ktoś z rodziny. Tamtą akcję pamiętam jako bardzo dobrze zorganizowaną. Wyjechali rzeczywiście ci, którzy musieli. My jednak byliśmy na miejscu, wszystko było przygotowywane kilka miesięcy wcześniej, na uchodźców czekały gotowe dokumenty.

M.Ż.: Co się stało z Bośniakami z „pociągu przyjaźni”?

J.O.-O.: Zostali dłużej niż pół roku, ale potem większość z nich wyjechała, najczęściej do Niemiec i Austrii, gdzie mieli rodziny. Okazało się, że Polska nie była krajem, w którym szukali schronienia.

W tym czasie z Bośni przyjeżdżały też rodziny, które miały znajomych w Polsce, korzystały z ich pomocy.  Do nas zgłaszali się potem polscy gospodarze tych rodzin, mówili: zaprosiliśmy ich, zapłaciliśmy za przejazd, mieszkają u nas kilka miesięcy – ale co robić dalej? Zaproszenie znajomych z Bośni wynikało z ich szczerej chęci niesienia pomocy. Nie wiedzieli jednak, co dalej zrobić, nie było też miejsca, w którym można by było dowiedzieć się, jak postępować z uchodźcami. Pomagaliśmy w legalizacji ich pobytów, co bywało trudne. Czasami polski urząd szedł na rękę, czasami nie…

M.G.: W odniesieniu do Bośniaków wszystkie sprawy załatwiono w końcu pozytywnie. Choć rzeczywiście przepisy były bardzo skomplikowane i niezrozumiałe dla cudzoziemców. Dość szybko okazało się, że musimy pełnić rolę pośredników między uchodźcą a polskim urzędem.

J.O.-O.: Zdarzało się, że niektórzy ludzie błąkali się po Polsce: jakoś przekroczyli granicę, ale nie wiedzieli, gdzie się zgłosić. Tu ktoś im pomógł, tam popracowali na czarno – i nagle okazywało się, że są w kraju nielegalnie. Bywało, że trafiali do aresztu deportacyjnego, chociaż nie mieli świadomości, że łamią prawo. Na granicach nie funkcjonował wtedy żaden system informowania cudzoziemca o jego prawach. Nawet jeśli ktoś dostał jakieś druki, nie wiedział jak je wypełnić. A pogranicznicy nie znali języków.

M.G.: Dziś jest inaczej. Właściwie wszystkie placówki Straży Granicznej posiadają teraz uprawnienia do przyjmowania wniosków o status uchodźcy. Cudzoziemcy muszą tylko wiedzieć, że mogą – choć nie muszą – występować o przyznanie statusu uchodźcy już na samej granicy. Na ogół nie mają wiz, nie są więc uprawnieni do wjazdu na teren Polski. Ale jeżeli oświadczą, że chcą ubiegać się o status uchodźcy, wtedy automatycznie, na miejscu, przechodzą całą procedurę pobierania odcisków palców i spisywania danych, po czym „wchodzą” w skomplikowany system przyznawania statusu uchodźcy. Na początku kierowani są do ośrodka recepcyjnego w Dębaku koło Podkowy Leśnej.

M.Ż.: Jak wyglądały pierwsze lata funkcjonowania ośrodków dla osób starających się o status uchodźcy? 

M.G.: Ośrodek w Dębaku powstał w 1991 roku i przez pewien czas był jedynym jego rodzaju ośrodkiem w Polsce. Wtedy nie wszyscy starający się o status uchodźcy dostawali miejsca w ośrodku. To było dobro najwyższe.

J.O.-O.: Cześć uchodźców trafiała nawet do schronisk dla bezdomnych. Teraz każdy dostaje miejsce w ośrodku.

M.G.: Ośrodki dla uchodźców są „nierówne”. Kiedy na początku lat 90. przyjechali Bośniacy, zamieszkali w różnych miejscach. W Polsce był to okres zmian: fabryki i kopalnie pozbywały się ośrodków wypoczynkowych, które przejmowali ajenci lub nowi, prywatni właściciele. W przyjmowaniu uchodźców mieli oczywiście swój interes – ale pamiętam dobrze prowadzących te ośrodki i myślę, że pomimo tego, że byli to trochę przypadkowi ludzie, obcowanie z uchodźcami coś w nich istotnie zmieniało. Właśnie dzięki temu, że przyjęli Bośniaków, była to inna praca. Uchodźca to nie kuracjusz, który chce się najeść, odpocząć i opalić. Każdy z tych ludzi przyjeżdża ze swoją historią, która wzbudza ciekawość.

Pamiętam ośrodek w Jaworzu koło Bielska-Białej, w którym przebywali uchodźcy z Bośni. Były tam wszystkie strony konfliktu: bośniaccy Serbowie, bośniaccy Chorwaci oraz bośniaccy Muzułmanie. To powodowało wielkie napięcia. Uchodźcy zawsze „przywożą” ze sobą konflikty, które podzieliły ich w kraju pochodzenia.

M.B.: Czy w takiej sytuacji, z jaką mieliśmy do czynienia podczas konfliktu w byłej Jugosławii właściwa polityka polegać powinna na rozdzielaniu uchodźców – do jednego obozu Serbów, do drugiego Chorwatów? A może właśnie dlatego, że są to przeciwnicy, powinno się zgromadzić ich w jednym miejscu?

M.G.: Uchodźcy z Bośni, przyjeżdżając do nas, zdążyli się już dobrze ze sobą poznać. Wiedzieli o sobie więcej niż my o nich. Zainwestowaliśmy więc w coś, co teraz nazywa się „pracą socjalną”. Nikt ich nie rozdzielał, ale kiedy poczuli, że ktoś się interesuje ich sprawami, opiekuje się nimi, konflikty łagodniały. Łatwiej było zobaczyć człowieka w niedawnym wrogu z sąsiedniego pokoju. W odniesieniu do Bośniaków było to chyba najlepsze wyjście.

Wśród przyjeżdżających do Polski uchodźców zawsze były jakieś grupy dominujące. Od około siedmiu lat o przyznanie statusu uchodźcy występują głównie Czeczeni. Problem z nimi polega na tym, że nie dość, że większość z nich jest bardzo doświadczona przeżyciami wojennymi, to w dodatku są zamknięci w swoim środowisku, w kręgu własnej kultury i języka. To niejednokrotnie sprawiało, że uchodźcy z innych krajów – przede wszystkim Rosjanie – mieszkający w ośrodkach razem z Czeczenami, narażeni byli na rozmaite nieprzyjemności. Dlatego od jakiegoś czasu Czeczeni są kierowani do wszystkich ośrodków oprócz jednego. Jest taki jeden, w którym mieszkają przedstawiciele wszystkich nacji oprócz Czeczenów, w pozostałych zaś –  Czeczeni.

M.B.: Ośrodki, w których oczekuje się na przyznanie statusu uchodźcy znajdują się zazwyczaj z dala od większych miast. To musi utrudniać procesy integracyjne… Jeśli mieszka się w lesie, trudno poznawać obcy kraj, myśleć o pracy… 

M.Ż.: Wynotowaliśmy sobie niektóre miejsca. Ośrodek w Dębaku mieści się na  miejscu dawnej bazy wojsk rakietowych, ośrodek w Bielsku to dawna stacja oczyszczania ścieków. Z kolei ośrodek w Czerwonym Borze sąsiaduje z więzieniem… Brzmi to raczej ponuro. 

J.O.-O.: Taka lokalizacja nie jest wyrazem świadomej polityki państwa. Utrzymanie ośrodka poza miastem jest po prostu tańsze.

M.G.: Istnieją też ośrodki miejskie… W Warszawie są takie trzy: w Siekierkach, przy ulicy Ciołka oraz na Bielanach.

Ośrodki w Dębaku i Czerwonym Borze są własnością MSWiA, podobnie jak ten w Białej Podlaskiej, którego część ma pełnić funkcję aresztu deportacyjnego, a część być ośrodkiem otwartym. W Lininie koło Góry Kalwarii ośrodek mieści się w dawnych budynkach wojskowych. Wszystkie pozostałe lokalizacje są wynajmowane od prywatnych osób.

Mniej więcej od września 2007, kiedy stało się jasne, że Polska wejdzie do strefy Schengen, znacznie zwiększyła się liczba osób starających się o status uchodźcy. MSWiA zaczęło rozpaczliwie szukać miejsc na nowe ośrodki.

J.O.-O.: Oczekujący na przyznanie statusu uchodźcy nie mogą pracować. Problemem jest natomiast to, że mieszkają w tych ośrodkach w izolacji od otoczenia, mają bardzo mały kontakt z lokalną społecznością. Rzadko się zdarza tak, jak na przykład w Smoszewie, gdzie miejscowa szkoła zainicjowała integrację uchodźców z mieszkańcami.

M.G.: Smoszewo to wieś położona w zagłębiu warzywno-owocowym. I w związku z tym ręce do pracy są tam bardzo cenione. Uchodźcy bardzo lubili tam jeździć; kiedy nadchodził „wysyp” truskawek w ośrodku nie zostawała ani jedna osoba…

Uchodźca może pracować legalnie po otrzymaniu tak zwanych dokumentów pobytowych. Nie musi to być status uchodźcy. Mamy teraz w prawie formułę pobytu tolerowanego, której uchodźcy bardzo nie lubią, bo to w istocie jest status uchodźcy, tyle że dużo gorszy. Uprawnia do pracy i pomocy socjalnej, choć nie do swobodnego poruszania się po Europie.

M.B.: W ośrodkach przebywają osoby, które oczekują na przyznanie statusu uchodźcy. Co się z nimi dzieje, kiedy taki status już otrzymają? 

J.O.-O.: To jest najtrudniejszy moment. Osoby ze statusem uchodźcy mogą pracować – muszą tylko tę pracę znaleźć. Niewielu z nich jest wystarczająco przygotowanych, posiada odpowiednie wykształcenie i zna na tyle dobrze język, że może szybko znaleźć zatrudnienie. W dodatku, po otrzymaniu statusu uchodźcy dostaje się termin, w którym trzeba opuścić ośrodek. Trzeba znaleźć sobie mieszkanie…

Przy okazji ubiegłorocznej tragedii Czeczenki, której dzieci zginęły w Bieszczadach mówiono o tym, że uchodźcy dostają z pomocy społecznej zasiłek tej samej wysokości co Polacy: 351 złotych na osobę. Może się wydawać, że nie mają gorzej niż inni. Tylko że Polacy, którzy dostają te same pieniądze, zazwyczaj mają gdzie mieszkać i od lat funkcjonują w kraju, potrafią się poruszać w lokalnej rzeczywistości. A uchodźcy muszą choćby wybrać miejsce, w którym będą mieszkali: miasto czy wieś? Trudno sobie to wyobrazić, ale ci ludzie robią to wszystko sami!

Zmiany w ustawie o cudzoziemcach od wiosny ubiegłego roku nie przeszły w Sejmie nawet przez pierwsze czytanie. Ustawa miała wprowadzić m. in. programy integracyjne dla osób posiadających status uchodźcy lub pobyt tolerowany oraz zmienić wreszcie fatalną nazwę tego ostatniego.

M.B.: Porozmawiajmy chwilę o strategii pomocy uchodźcom. Jaki jest jej zasadniczy cel? Integracja ze społeczeństwem w państwie, do którego przybyli, czy też „przechowanie” do momentu, w którym ustabilizuje się sytuacja w kraju ich pochodzenia i będą mogli wrócić do domu? 

M.G.: W systemie pomocy uchodźcom, który opiera się na konwencji genewskiej, obowiązuje założenie, że najlepszym rozwiązaniem dla uchodźcy jest jego powrót do kraju pochodzenia. Nie prowadzi się jednak żadnych obliczeń, które pokazywałyby, ilu z nich udało się wrócić do domu wtedy, gdy powrót był możliwy i bezpieczny.

W praktyce nie ma więc innego wyjścia niż integrować uchodźców. Mówimy tu bardziej o ideologii niż polityce integracji. Integracja jest bowiem hasłem. Tak naprawdę nie wiemy do końca, co się za nim kryje. Jesteśmy świadomi, że ludzie muszą mieć poczucie bezpieczeństwa: mieć gdzie spać i co jeść. Mówi się też, że powinni mieć zagwarantowaną pracę. Lecz kto z nas ma dziś zagwarantowaną pracę?

Powodzenie integracji zależy więc w dużej mierze od czynników zewnętrznych: właściwej edukacji i pomocy społecznej. A w tym wszystkim jest biedny człowiek, który powinien się z nami integrować, ale co innego ma w głowie: swoją rodzinną tragedię, bliskich, którzy zostali gdzieś daleko, pozbawioną środków do życia matkę, której – miast zapłacić za wynajem mieszkania w Polsce – trzeba wysłać pierwsze zarobione pieniądze…

J.O.-O.: Polska Akcja Humanitarna prowadziła przez pewien czas program integracyjny. Udostępnialiśmy uchodźcom mieszkania „przejściowe”, w których mogli zamieszkać od razu po wyjściu z ośrodka, były też pieniądze na opłacanie im wynajmu w okresie, w którym mieli się usamodzielnić i znaleźć pracę. Był to bardzo trudny program, bo sukces zależał od samych uchodźców. Trafiali się tacy, którzy potrafili skorzystać z szansy, gdyż byli takimi a nie innymi ludźmi, albo sprzyjały im okoliczności. Nasze finansowanie mieszkania stopniowo się zmniejszało – na początku płaciliśmy czynsz w całości, z czasem coraz mniej. Uchodźcy powoli przejmowali odpowiedzialność za utrzymanie miejsca, w którym żyli. Oczywiście, na końcu musieli opuścić mieszkanie, docelowo nie było ono dla nich przeznaczone.

M.G.: Ustawa o pomocy społecznej przewidywała istnienie „mieszkań rotacyjnych o charakterze chronionym” w odniesieniu do osób, które opuszczają zakłady psychiatryczne. Chodziło nam o to, aby tę formułę rozszerzyć na uchodźców. Wyglądało na to, że projekt ma spore szanse powodzenia, lecz pojawił się problem: choć ustawę uchwalił parlament, mieszkaniami miały zajmować się gminy. Uchodźcy nie są jednak kategorią osób, do opieki nad którymi gminy były zobowiązane prawnie.

Wiele się już jednak zmieniło. W jakimś sensie przyczyniła się do tego również działalność Polskiej Akcji Humanitarnej. Z powodzeniem funkcjonuje na przykład Warszawskie Centrum Pomocy Rodzinie, w którym prowadzone są różne programy integracyjne. Dziewczyny, które tam pracują, robią to z wielkim oddaniem. Przyszłość wygląda więc lepiej.

M.Ż.: W tym miejscu wypada spytać o doświadczenia krajów zachodnich z integracją uchodźców i emigrantów. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z praktycznie wyizolowanymi od reszty kraju przedmieściami wielkich miast we Francji, z drugiej – ze stosunkowo skutecznie asymilującym przybyszów modelem brytyjskim. 

M.G.: Właśnie: asymilującym, a nie – integrującym! Znamy też doświadczenia państw skandynawskich, gdzie polityce integracji sprzyjają założenia i sposób finansowania, a sukces i tak nie jest do końca pewny. Integracja jest jednak nieuchronna. I daje nam, pracującym z uchodźcami, ogromną satysfakcję. Wyobraźcie sobie panowie taką oto scenę: tuż po ostatnich wyborach przychodzi do nas dwóch znajomych Sudańczyków pochwalić się, że dostali obywatelstwo. Otrzymali je tuż przed wyborami, zdążyli więc wziąć w nich udział. Szybko jednak temat rozmowy okazał drażliwy: jeden z nich cieszył się wynikiem wyborów, drugi miał kwaśną minę. Okazało się, że głosował na PiS. Gdy usłyszał to ten pierwszy, bardzo się oburzył. Była to naprawdę piękna scena: dwóch czarnych panów, najpierw po polsku, potem po arabsku zaczęło się głośno kłócić o wynik wyborów w Polsce…

Uchodźcy przyjeżdżają jednak do nas celowo, i to nie po to, by „odtwarzać” tu swój kraj. Nie chcą tracić swoich zwyczajów, co jest zrozumiałe, ale przede wszystkim pragną zbudować u nas coś nowego. Aby to było możliwe, musimy im pomóc funkcjonować w Polsce.

J.O.-O.: Problemu wsparcia dla uchodźców nie rozwiąże żadna ustawa ani organizacja. Mogą pomóc lokalne struktury w miejscach, w których uchodźcy będą się osiedlali. Sukces zależy od świadomości ich polskich sąsiadów, urzędników, od postawy ludzi w szkole lub w miejscu pracy. Czy będą traktowani jako obcy? Czy pojawi się ciekawość? Zainteresowanie inną kulturą i zwyczajami można przecież rozbudzać. My, Polacy jesteśmy jednak trochę zamknięci na obce kultury.

Kto dziś może mieć zabezpieczoną pracę? Pracując z uchodźcami, mówimy im: kiedy otrzymacie status uchodźcy, a potem zostaniecie obywatelami RP, będziecie mieć takie same prawa jak wszyscy. Jeżeli w kraju jest bezrobocie, jest nim dotkniętych wiele grup: inżynierowie, uchodźcy i inni. Choć oczywiście, tak zwane grupy upośledzone, do których zalicza się również uchodźców, mają trudniej. Bezrobocie wśród nich jest wyższe od średniej w całej populacji.

Jeśli wprowadzi się ułatwienia dla uchodźców w szukaniu zatrudnienia, powinny być one tak skonstruowane, aby nie stawały się powodem do nadmiernego uzależnienia od pomocy. Natomiast jeżeli uchodźcy będą funkcjonować na rynku pracy na tych samych zasadach co wszyscy, to jednak należy im dać możliwość wejścia na rynek na równych prawach.

M.Ż.: Myśląc o integracji, najwięcej czasu jest marnotrawionego w czasie pobytu w ośrodkach dla uchodźcy. Wyobrażam sobie, że uchodźcy w tej lokalnej społeczności, w miejscowości, w której taki ośrodek się znajduje, są traktowani jako grupa nieco uprzywilejowana.

M.G.: I tak, i nie. Mają co jeść, mają dach nad głową, nie muszą za to wszystko płacić. Nie pracują i mówią w jakimś dziwnym języku, którego nie rozumiemy. Łatwo jest się od nich zdystansować.

J.O.-O.: Na pewno czas oczekiwania na przyznanie statusu uchodźcy nie jest właściwie wykorzystywany. Uchodźcy snują się po ośrodku, wegetują. Nie ma możliwości „pojechania do miasta”: poznania kogoś, wtopienia się w środowisko. Tu nie chodzi o to, żeby od razu chodzić do teatrów i kin – uchodźcy często nie mają takich nawyków, dostają też niewielkie kieszonkowe, które wystarcza tylko na autobus, aby raz na jakiś czas załatwić w mieście swoje formalności.

M.B.: Czy istnieje możliwość, aby kandydaci na uchodźców mogli z własnej woli utrudniać sobie otrzymanie statusu i dzięki temu przedłużyć sobie pobyt w ośrodku?

M.G.: Bardzo często tak się zdarza. Staramy się przygotować uchodźców do wywiadu. Ale z Czeczenii bardzo wiele osób przyjeżdżało po potwornie trudnych przejściach. Oni nigdy nie będą chcieli do tego wracać, choćby tylko myślą. I tutaj „marchewka” w postaci ewentualnego statusu uchodźcy naprawdę nic nie daje, oni nie chcą podczas spotkania z urzędnikiem przeżywać tego wszystkiego jeszcze raz.

Mamy też do czynienia z sytuacjami, z których chyba nie ma dobrego wyjścia. Chodzi o gwałty wojenne. Największy dramat przeżywają kobiety, które zgwałcono i nie mogą o tym nikomu powiedzieć. W przypadku uchodźców z Czeczenii zdarza się to dosyć często. O gwałcie nie może dowiedzieć się nikt z bliskich, w przeciwnym wypadku mąż musiałby się z jego ofiarą rozejść, zabierając oczywiście dzieci. Czeczenka ukryje ten fakt nawet w rozmowie z urzędnikiem, choć z całą pewnością pomogłoby to jej i całej rodzinie w uzyskaniu statusu uchodźcy. Tutaj kultura wygrywa ze wszystkim innym. To są potworne wybory: mąż i dzieci – czy lepsze życie?

Jeśli chodzi o ciężar odpowiedzialności, moment wychodzenia z ośrodka jest porównywalny z decyzją o wyjeździe. Uchodźcy często nie chcą się wyprowadzać z ośrodków, w których czują się w miarę pewnie, bezpiecznie. Zdarza się, że dlatego odmawiają przyjęcia decyzji o przyznaniu pobytu tolerowanego, który daje legalny pobyt, prawo do pomocy społecznej, opieki zdrowotnej i pracy – i ponownie rozpoczynają procedurę. Musi być jednak możliwość wszczęcia procedury jeszcze raz, bo czasami, już po odmowie przyznania statusu uchodźcy, sytuacja w kraju w kraju pochodzenia uchodźcy zmienia się na tyle, że może mieć wpływ choćby na jego bezpieczeństwo. Uchodźcy to wykorzystują. Rekordziści przechodzili całą procedurę dziesięć razy, cały czas mieszkając w ośrodkach dla uchodźców.

M.B.: W naszej rozmowie co jakiś czas pojawia się wątek specyficznego podejścia Polaków do obcokrajowców. Czy rzeczywiście są takie cechy, które nas odróżniają od przedstawicieli innych nacji niosących pomoc uchodźcom? 

M.G.: Jest jedna rzecz szczególna. Nie widziałam, żeby gdziekolwiek indziej w ośrodkach dla uchodźców było tak mało pracowników socjalnych. U nas jeden pracownik socjalny na cały duży ośrodek to jest już dobry wynik. Przy czym równocześnie jest to osoba, która musi też wydać pościel, dopilnować tysiąca rzeczy… A tu chodzi o kogoś, z kim można by było porozmawiać, wyżalić się… U nas niestety bardzo trudno o chwilę uwagi dla uchodźcy.

J.O.-O.: Uchodźcy bardzo potrzebują rozmów. Kiedy kilkanaście lat temu pojechałam do Danii zobaczyć jak tam funkcjonuje system pomocy uchodźcom, zaskoczyło mnie, jak wiele osób było zaangażowanych w pracę z nimi. Podkreślano, jak ważna jest rozmowa z tymi ludźmi.

M.B.: Ciekawe, czy to jest tylko kwestia polityki społecznej, czy też problem wynika z tego, że Polacy mają jednak nieco zamknięta naturę…

J.O.-O.: My chyba chcielibyśmy, żeby uchodźca był spokojny, miły, gdzieś tam może sobie mieszkał, pracował – i cały czas nam za wszystko dziękował. Tymczasem, podobnie jak my wszyscy, są to ludzie o różnym wykształceniu, charakterze i temperamencie, a w dodatku – po potwornych przeżyciach.

M.B.: Od kilku lat mamy w Polsce do czynienia ze stałym odpływem siły roboczej, przede wszystkim rzemieślników. Czas spędzony w ośrodku mógłby na pewno być wykorzystany do przygotowania sporej grupy uchodźców do wykonywania tego typu prac.

J.O.-O.: Uważa się zazwyczaj, że skoro nie wiadomo, czy uchodźca dostanie status czy nie, lepiej nic z nim nie robić. Nie inwestuje się w takiego człowieka. A on powinien od razu uczyć się języka, może nawet jakiegoś zawodu: nawet jeżeli będzie go potem wykonywał w innym kraju, do którego wyjedzie. Taka opieka stwarzałaby im poczucie bezpieczeństwa, którego potrzebują najbardziej. Zysk z prawidłowej integracji uchodźców byłby przeogromny. Fascynuje mnie, że w Nowym Jorku na każdej ulicy można znaleźć knajpkę z kuchnią innej części świata. Niektórzy z tych uchodźców mogliby pracować na naszych uczelniach – oczywiście, mówimy tu o ludziach wykształconych, ale tacy przecież również są wśród nich.

Spójrzmy na sytuację w innych krajach. Pora zdać sobie sprawę z tego, że do coraz bogatszej Polski będzie przyjeżdżało więcej uchodźców. Pomimo tego, że system opieki nad uchodźcami nie jest idealny, dla wielu z nich jesteśmy coraz bardziej atrakcyjnym krajem. Jeżeli nie chcemy, aby w przyszłości powstały u nas jakieś getta, jeżeli nie chcemy problemów z wyizolowanymi grupami etnicznymi w społeczeństwie, już teraz musimy o tym myśleć.  Edukacja na temat uchodźców i informowanie młodych Polaków o tym, co się dzieje w innych krajach powinny być integralną częścią nauczania w szkole.

M.G.: Właśnie.  Często nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, jak ważnym elementem asymilacji uchodźców jest edukacja. Dla dzieciaków, które trafiają do Polski, szkoła jest czymś, o czym marzyli od dawna! Mieliśmy na przykład dziewczynki z Afganistanu, które nigdy nie chodziły do szkoły, bo po prostu nie mogły. Polska szkoła – to był dla nich raj na ziemi! To nic, że nie znały języka, że inni się z nich śmiali. Wystarczyło, że mogły do niej chodzić, dostały prawdziwe zeszyty, pani do nich coś mówiła – uczyły się błyskawicznie.

Dzieci uchodźców dopiero uczą się nawyków szkolnych. Jak się uczą, dyscyplinują rodzinę, zmieniają ją od środka, wprowadzają nowe zwyczaje. Tak naprawdę wtedy zaczyna się prawdziwa integracja.

Wiadomo na przykład, że dla polskiej szkoły dziewczynka w chuście i w długiej spódnicy na lekcji wychowania fizycznego jest nie do zaakceptowania. Trzeba wynegocjować ze szkołą taki strój, na który zgodziliby się i rodzice, i szkoła. Pamiętam trzy siostry z Somalii, które trafiły do szkoły w Polsce. Chodziły do tej samej klasy, wyróżniały się, ale każda miała własną, odmienną od pozostałych „strategię przetrwania”. Pierwsza nosiła chustę, druga jak tylko mogła, ściągała ją z głowy, trzecia z kolei odkryła, że czapka z daszkiem to jest to…

M.Ż.: Jak ocenia się przygotowanie polskich szkół do prowadzenia integracji? Czy placówki położone w pobliżu ośrodków dla uchodźców otrzymują dodatkowe pieniądze, na przykład, na prowadzenie zajęć z polskiego? 

M.G.: Szkoły są źle przygotowane. Zgodnie z ustawą mogą dostawać dofinansowanie do dwóch godzin zajęć z języka tygodniowo. To mało. Z drugiej strony, na przykład kuratorium warszawskie twierdzi, że ma pieniądze na nauczanie języka w większym wymiarze godzin, ale szkoły nie zgłaszają zapotrzebowania. Coś więc zgrzyta w tym systemie.

Wsparcia potrzebują również szkolni pedagodzy. Zdarzają się sytuacje konfliktowe, na przykład między uczniami polskimi i czeczeńskimi. Jeżeli jest to grupa, konflikt może przybrać ostrą formę. Jeżeli kłopoty ma pojedyncze dziecko uchodźcze, jeżeli jest męczone czy prześladowane – zaczyna unikać szkoły. Rzadko kiedy możemy się spodziewać pomocy ze strony rodziców. Oni czują się w polskiej szkole gorzej niż ich dzieci, nie potrafią się po niej  poruszać. W dodatku wstydzą się, na przykład tego, że ich dziecko jest gorzej ubrane od polskich kolegów…

J.O.-O.: Polska Akcja Humanitarna prowadziła kiedyś program opieki nad rodzinami uchodźców. Mieliśmy wolontariuszy, którzy pomagali dzieciom w odrabianiu lekcji, często chodzili na wywiadówkę zamiast rodziców. Ale takich wolontariuszy jest zawsze za mało w stosunku do potrzeb.

M.G.: Wrócę na chwilę do problemu dokształcania dorosłych. Polska Akcja Humanitarna prowadziła przez ostatnie lata projekt właśnie do nich skierowany. W świetlicy naszego warszawskiego Centrum Pomocy Uchodźcom, a także w ośrodku w Lininie, odbywały się zajęcia językowe, komputerowe i kulinarne. Chodziło o to, aby znaleźć osoby, które mają predyspozycje do wykonywania konkretnego zawodu. Panie uczyliśmy na przykład czesać i farbować włosy, malować paznokcie, szyć… Kurs kończył się dla nich zatrudnieniem w charakterze wolontariuszek w zakładach fryzjerskich, gdzie miały już do czynienia z klientami. Również panom oferowaliśmy różnego rodzaju szkolenia, ale kiedy okazało się, że muszą jednak pouczyć się trochę polskiego, zanim rozpoczną kurs prawa jazdy – zrezygnowali. Z kilkunastu chętnych został tylko jeden. Niestety, kończą się nam już środki na prowadzenie tego programu.

M.B.: Kiedy mówimy o pomocy uchodźcom, mamy na myśli przede wszystkim pomoc świadczoną im w kraju, w którym starają się oni o uzyskanie statusu uchodźcy. W niektórych miejscach świata, w rejonach konfliktów, funkcjonują jednak obozy dla uchodźców wewnętrznych. Jak można pomóc ludziom tam się znajdującym?

J.O.-O.: Kiedyś Polska Akcja Humanitarna dostarczała do takich obozów pomoc materialną. Dziś zajmujemy się głównie zapewnieniem dostępu do wody. Dostarczamy ją do obozów z zewnątrz – jak w czasie naszej akcji po tsunami – lub budujemy studnie, jeśli są to obozy o charakterze stałym.

W okresie, gdy obozy dla uchodźców czeczeńskich działały w sąsiadującej z Czeczenią Inguszetii, pomagaliśmy uchodźcom materialnie. Bardzo szybko zaczęliśmy się jednak koncentrować na udzielaniu pomocy o bardziej „systemowym” charakterze. W Groznym nadal funkcjonują obozy – są to najczęściej budynki, gdzie dawniej mieściły się hotele robotnicze – w nich mieszkają całe wielopokoleniowe rodziny. Zbudowaliśmy tam łaźnie, dostarczyliśmy wodę – w ten sposób można ułatwić ludziom życie.

W obozach dla uchodźców w Palestynie, w których przebywają setki tysięcy ludzi, kanalizacja była budowana w latach 60. i ścieki spływają tam ulicami. Dostarczanie żywności albo opłacanie uchodźcom elektryczności powoduje uzależnianie uchodźców od pomocy. Przekształcenie takich obozów we w miarę normalne dzielnice miejskie – a w Palestynie jest to akurat możliwe – czyli spowodowanie, żeby ludzie zaczęli płacić za prąd czy jedzenie, skutkowałoby, z jednej strony, odpływem z takich miejsc ludzi, którzy przebywali tam wyłącznie ze względu na bezpłatne świadczenia, a z drugiej – w miarę samodzielnym funkcjonowaniem pozostałych mieszkańców. Obozy dla uchodźców powstały w Palestynie w 1948 roku. Utrzymywanie się z pomocy kolejnych pokoleń działa na ludzi bardzo demoralizująco. O tym, że  skupianie pomocy humanitarnej w jednym miejscu i rozdawanie tam pożywienia wpływa destrukcyjnie na obdarowane społeczności pisał między innymi Kapuściński. Paradoksalnie, aby pomóc tym ludziom, należy stopniowo zmniejszać kierowaną do nich pomoc…

Jeśli mamy do czynienia z klęską żywiołową, uchodźcom trzeba zabezpieczyć miejsce do spania, jedzenie, wodę i środki higieny. Ale równocześnie jak najprędzej powinno się stwarzać im możliwość powrotu do domów. Celem pomocy uchodźcom w obozach powinno być wyciągnięcie ich stamtąd, uniezależnienie od pomocy humanitarnej. Można to zrobić na przykład przez uczenie ich produkcji żywności.

Bardzo ważną rzeczą jest – a widzimy to zarówno w krajach, w których pracujemy na rzecz uchodźców, jak i na miejscu, w Polsce – akceptacja ze strony społeczności, w których ludzie ci żyją. Marzy się nam zbudowanie w Polsce systemu, który umożliwiłby im, w miarę potrzeby, albo jak najszybszy powrót do kraju pochodzenia, albo – jeżeli zdecydują się zostać u nas – stanie się rzeczywiście częścią naszego społeczeństwa. Sami tego nie dokonają. Musimy im w tym pomóc.

M.G.: Niedawno odwiedził nas podopieczny sprzed lat, bardzo zdolny chłopak z Afganistanu. W Polsce odmówiono mu przyznania statusu uchodźcy, w międzyczasie dziewczyna urodziła mu tutaj dziecko, ale nie chciała się wyjść za niego za mąż. Sześć lat temu spakował się i wyjechał z Polski. Nie wiedzieliśmy, co się z nim dzieje. Po jakimś czasie okazało się, że mieszka w Belgii, gdzie dostał status uchodźcy, i świetnie sobie tam radzi. Dość dobrze mówił po polsku, a i w Belgii nie przestał się uczyć tego języka. Od chwili, gdy dostał dokumenty uchodźcy, regularnie przyjeżdża do swojej córki w Polsce. Powtarza, że jego dziecko nie może się wstydzić za tatę. Ostatnio namówił kolegów z Belgii do zainwestowania w Polsce, zakłada tutaj firmę. Został zagranicznym inwestorem!

J.O.-O.: A człowiek ten mógłby być Polakiem, mógłby mieszkać w Polsce… Gdyby tylko uzyskał odpowiednią pomoc, to dziś być może oferowałby miejsca pracy innym Polakom! My jednak na ogół nie mamy świadomości, że takie paradoksalne historie mogą się zdarzyć – wydaje się nam zazwyczaj, że tym ludziom trzeba cały czas pomagać i że na tym wyłącznie tracimy. Wcale nie: to w dużej mierze jest dobra dla nas inwestycja, przynosząca nam wiele korzyści.

Za miesiąc przypada czterdziesta rocznica Marca ’68. Przypomnijmy sobie jacy wspaniali ludzie wyjechali wówczas z Polski! Wszyscy otrzymali za granicą ogromną pomoc, cześć z nich zdobyła na Zachodzie wykształcenie – i dziś należą do elit tamtych społeczeństw. Zastanówmy się nad tym.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata