70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Afrykańscy imigranci i uchodźcy na skrzyżowaniu Wschodu i Zachodu

Afryka współcześnie to kontynent wielkich migracji zarówno w ramach poszczególnych krajów na nim położonych, jak i między nimi. Na skutek migracji ze wsi stale powiększają się afrykańskie miasta. Kryzysy humanitarne powodują powstawanie obozów dla uchodźców.

Bogatsze państwa na kontynencie, jak np. RPA od dawna są już regionalnymi biegunami migracji. Wędrówki poza kontynent będące częścią globalnych ruchów migracyjnych stanowią zaledwie niewielki ich procent. Celem jednak tych ostatnich jest przeważnie Europa. Dzieje się tak, dlatego, że przepływy ludności odbywają się zwykle z krajów biedniejszych do bogatszych a ponadto sprzyja temu geograficzne sąsiedztwo obu kontynentów i historyczne powiązania niektórych byłych europejskich metropolii kolonialnych z państwami afrykańskimi.

Przyczyn emigracji z krajów Afryki jest wiele. Najpoważniejsze z nich to szybki wzrost liczby ludności tych krajów w ciągu ostatniego półwiecza przy jednoczesnym niedostatecznym tempie rozwoju gospodarczego. Migracje wyzwalają w dodatku takie czynniki jak liczne wojny, kryzysy ekologiczne i naruszanie praw ludzkich w różnych państwach tego kontynentu.

Przeciętny imigrant/uchodźca z Afryki stanowi, więc na ogół hybrydę motywacji zarówno ekonomicznych, humanitarnych, jak i uchodźstwa wojennego i politycznego. Decyzjom migracyjnym sprzyjają inne elementy globalizacji, jak istnienie rozbudowanych sieci powiązań między tymi, którzy jeszcze nie wyjechali a tymi, którzy już są częścią diaspor narodowych migrantów w krajach europejskich.

Powszechna łączność telefoniczna, potanienie transportu i co raz powszechniejsza edukacja nieidąca jednak równolegle z rozwojem gospodarczym tych krajów. Jeśli uświadomimy sobie, że ludność Afryki wzrasta, co roku mniej więcej o 20 mln a gospodarki wielu z nich są w stanie permanentnej recesji, to stanie się jasne, że przynajmniej część młodych, wykształconych Afrykanów nieznajdujących u siebie satysfakcjonującej pracy i często tylko, dlatego niezadowolonych z własnej władzy a mających już rozbudzone ambicje, wbrew wszelkim przeszkodom będzie starała się wyrwać z zaklętego kręgu niemożności. Są często sfrustrowani upatrując swoją szansę na udane życie właśnie w emigracji. Oczekują tego także rodziny potencjalnych imigrantów. Decyzja o migracji świadczy o byciu prawdziwym mężczyzną, daje nadzieję na poprawę życia także tym, którzy pozostali. Wielu też zostało zmuszonych do ucieczki ze swojego kraju przez wojnę. Większość uciekinierów wojennych wegetuje cale życie w obozach dla uchodźców znajdujących tuż za granicą ich kraju pochodzenia albo jeszcze częściej na terytorium własnego kraju jako tzw. „uchodźcy wewnętrzni”. Niektórzy z nich dzięki przysłanym pieniądzom od rodzin znajdujących się za granicą podejmują ryzyko przedostania się do Europy.

Większość imigrantów z Afryki dociera obecnie do państw europejskich dzięki zasadzie łączenia rodzin. Zasada ta, co prawda została już w krajach Unii Europejskiej ograniczona wyłącznie do małżonków i niedorosłych dzieci, ale nadal jest jeszcze stosunkowo najszerszą furtką umożliwiającą dostęp do krajów bogatych. Drugą możliwością, znacznie węższą, są stworzone w niektórych krajach bogatej północy przepisy umożliwiające migrację dla wysokokwalifikowanych specjalistów, utalentowanych sportowców, artystów czy możliwości odbycia studiów akademickich czy staży zawodowych. Trzecim zaś sposobem, najbardziej spektakularnym to samodzielne próby dotarcia do granicy, któregoś z państw europejskich lub nielegalnego ich przekroczenia i zwrócenie się z prośbą o azyl. Dzięki zasadzie „nie wydalania” będącej częścią składową Konwencji Genewskiej z 1951 r. mogą oni (przy najmniej teoretycznie) przekroczyć ich granice nawet bez wizy czy paszportu i poddać się procedurze sprawdzającej czy odpowiadają oni definicji uchodźcy zawartej w wymienionej Konwencji. Jeśli ich uchodźstwo zostanie prawnie potwierdzone to będą mogli legalnie pozostać w danym kraju przyjmującym, jeśli nie teoretycznie czeka ich wydalenie z powrotem do kraju pochodzenia. Ponieważ jednak procedury te trwają zwykle długo, istnieją jeszcze inne drogi zalegalizowania pobytu, a w ostateczności są też możliwości pozostania nielegalnego, to w praktyce do deportacji dochodzi rzadko. Imigrantom, których nie można z różnych względów odesłać zezwala się zwykle na tzw. „pobyt tolerowany” lub otacza tzw. „ochroną subsydiarną”. Stąd dla większości imigrantów i uchodźców najważniejszą sprawą jest przekroczenie w ogóle granicy, broniącej się przed nimi Unii Europejskiej słusznie, dlatego nazywanej „twierdzą Europa”.

Drogi i sposoby przedostania się do Europy są rozmaite. Dla większości tego typu migrantów przeważnie prowadzą przez Saharę. Jadą korzystając z różnorodnego transportu samochodowego, niekiedy idą pieszo. Są miejsca w Afryce, jak np. w Agadez w Nigrze, gdzie można kupić fałszywe paszporty, wizy i przewodnika. Wszystko to jednak zawsze kosztuje dużo pieniędzy, dużo czasu i cierpienia. Najtwardsi próbują jednak się przedostać np. z Kamerunu czy z Konga przez Czad do Libii i Tunezji, skąd potem usiłują się dostać na kutrach przemytników do Włoch, Malty lub Grecji. Przykładowo uchodźca z Kamerunu tak opisał swoją podróż przez Saharę: „Zrozumiałem, że muszę uciekać, bo sytuacja jest tak poważna jak nigdy dotąd. 23 lutego udałem się w nocy do Mamfe. Stamtąd postanowiłem dojść na piechotę do Akwaya przy granicy z Nigerią. Tam ludzie swobodnie przechodzą granicę gdyż nie prowadzi bezpośrednio tam żadna droga i nie ma posterunku granicznego. Tak, więc 27 lutego przeszedłem do Nigerii gdzie przebywałem około miesiąca. Byłem w miastach Calabar, Enugu, Kaduna, Kano, Maiduguri, potem dostałem się do Czadu. Do Niamej przewiózł mnie pewien kierowca ciężarówki. Stamtąd przyjechałem do regionu przygranicznego z Libią zwanego Fire Lajo. Spotkałem tam sporo ludzi, którzy chcieli dostać się do Libii, byłem tam około tygodnia. Potem wraz z grupą innych ludzi udaliśmy się pieszo do Libii. Droga przez Saharę do pierwszej miejscowości w tym kraju zajęła nam dwa tygodnie. Nasi przewodnicy jechali na wielbłądach a my szliśmy pieszo. Po drodze wstępowaliśmy do oaz po wodę. Gdy doszliśmy do miejscowości, której nazwy jej nie pamiętam zabrałem się ciężarówką w raz z innymi ośmioma osobami do Benghazi. Mieszka tam wielu Afrykańczyków z Liberii, Nigerii i Kamerunu. Poznałem pewnego rybaka, któremu pomagałem w pracy. Ten pomógł mi dostać się na statek, który płynął do Europy. Wsiadłem do niego na morzu z lodzi rybaka. Kazano mi siedzieć pod pokładem. Spędziłem tam cały sierpień i wrzesień. Wreszcie pewnego dnia kazano mi żebym szykował się do wyjścia. Podpłynął do nas pewien mężczyzna, który zabrał mnie na ląd. Dowiedziałem się od niego, że jestem w Polsce. Pomógł mi kupić bilet na pociąg do Warszawy. W Warszawie miałem duże problemy z porozumieniem się z ludźmi, ale w końcu dotarłem na Koszykową”.

Z krajów Afryki Zachodniej poszukiwacze azylu kierują się natomiast zwykle do Maroka a później do Hiszpanii. Część jeszcze z Sahary Zachodniej próbuje się przedostać na łodziach na Wyspy Kanaryjskie, inni próbują sforsować ogrodzone drutem kolczastym enklawy hiszpańskie na terytorium Maroka: Ceutę i Melilę. Muszą uważać nie tylko na reprezentantów władz, ale również na miejscową ludność. Jedni okazują im, bowiem litość i pomagają, ale inni mogą ich zastrzelić lub wydać policji. Pozostali próbują przepłynąć choćby na pontonach cieśninę Gibraltarską, co często kończy się tragicznie gdyż fale zwykle je wywracają przy dopływaniu do skalistego brzegu po przeciwnej stronie cieśniny. Hiszpańska straż graniczna codziennie wyławia zwłoki nieszczęśliwych rozbitków. Tylko nielicznym udaje się w końcu przekroczyć granicę Unii Europejskiej a i tak hiszpańskie obozy dla uchodźców należą obecnie do najbardziej przepełnionych w Europie. Nie wielu się to udaje także, dlatego że w praktyce granice „twierdzy Europa” zaczynają się jeszcze na Saharze na terytorium Maroka i Algierii. Władze tych państw za pieniądze Unii starają się wyłapywać nielegalnych imigrantów i odsyłać z powrotem do swych sąsiadów z południa. Niektórzy z migrantów sami rezygnują, gdy okazuje się, że ich środki finansowe są zbyt skromne na opłacenie wszystkich pośredników usiłujących zarobić na ich chęci dotarcia do Europy, poczynając od saharyjskich pasterzy zatrudniających się w roli przewodników a kończąc na marokańskich rybakach wynajmujących im łodzie do przeprawy.

Poza tymi, którzy przekraczają Saharę i Morze Śródziemne są jeszcze tacy, którzy próbują nielegalnie dostać się na któryś ze statków zatrzymujących się w portach afrykańskich i płynących do Europy. Ci także wiele ryzykują gdyż zdarzało się, że w przypadku odkrycia ich pobytu na statku i niemożności wysadzenia w którymkolwiek z portów, zdesperowani kapitanowie usiłowali się pozbyć pasażera na gapę, wysadzając go wprost do morza i w ten sposób skazując na śmierć. Wielu jednak stara się dostać wizę, jakiegokolwiek państwa europejskiego (niekoniecznie zachodniego) np. Rosji, Ukrainy lub Turcji czy choćby Syrii albo Azerbejdżanu i stamtąd ewentualnie planują przedostanie do „właściwego” celu podróży. W celu dostania wizy wykorzystują często podatnych na oferty korupcyjne urzędników pracujących w niektórych zachodnich konsulatach. Drogi te są niemniej skomplikowane i ryzykowne. Niektórzy migranci afrykańscy, którzy znaleźli się w rejonie Bliskiego Wschodu usiłują się przedostać na Zachód szlakiem przez państwa bałkańskie, inni próbują raczej dostać się samolotem lub także drogami lądowi przez Kaukaz na obszar któregoś z państw powstałych po rozpadzie ZSRR – Federacji Rosyjskiej, Ukrainy lub Białorusi. Stąd zaś już prosto przez Polskę lub Słowację i Czechy do Niemiec, Austrii lub innych krajów zachodnich. To właśnie tą drogą trafiają przeważnie Afrykanie do Polski, choć oczywiście zdarzają się przypadki odbiegające od reguły np. uchodźca, z Sierra Leone najpierw wyjechał do Gambii, potem do Senegalu skąd dostał się samolotem do Włoch, tam jednak odmówiono mu azylu, więc spróbował szczęścia w Polsce: „Miałem kolegę biznesmena, który powiedział, że jedzie do Polski i może mnie zabrać, (jeśli oddam mu ziemię, którą zostawiłem w Afryce). Nigdy nie słyszałem o Polsce. Podobała mi się sama nazwa kraju”. Obywatel Gambii z kolei opowiadał, że przypłynął do Gdańska nielegalnie statkiem w przebraniu kobiety. Niezależnie od wiarygodności tych opowieści jest faktem, że większość uchodźców z Afryki dostaje się do Polski przez Rosję i Białoruś. Niektórzy twierdzą, że powodem wyboru naszego kraju było to, że „ktoś” załatwił im wizę do Polski albo do Federacji Rosyjskiej, skąd najbliższa droga na Zachód prowadziła przez Polskę.

Wszystko tak naprawdę zależy od tego ile mają pieniędzy. Zazwyczaj, bowiem dalsza podróż z wymienionych wyżej państw odbywa się dzięki usługom mafii zajmujących się przerzutem. Odbywają ją w zamkniętych Tirach lub przechodzą poszczególne granice pieszo przeprowadzani przez przewodników lub są tylko podprowadzani przez nich do właściwego miejsca (wariant tańszy). Ci, którym zabraknie pieniędzy, zostaną okradzeni lub są już tak zmęczeni podróżą, że pragną wytchnienia albo, gdy zostaną złapani na nielegalnym przekraczaniu granicy, to decydują się zazwyczaj ubiegać o status uchodźcy w którymś z wymienionych krajów tranzytowych. Wszystkie z nich są sygnatariuszami Konwencji Genewskiej z 1951 r. i przyjmują uchodźców, choć nie wszystkie uchodzą za kraje bezpieczne i przestrzegające wymaganych standardów ochrony międzynarodowej. Te ostatnie zaczynają się dopiero od krajów należących do Unii Europejskiej, czyli w praktyce najczęściej od Polski. Niemniej niektórzy Afrykanie, jeśli nie mają innego wyjścia to składają wnioski o status uchodźcy w Turcji, na Ukrainie czy w Federacji Rosyjskiej. Nasz kraj także z reguły nie jest ich celem, dostają się tu poniekąd przypadkowo i jeśli nie mają nikogo znajomego, to przeważnie traktują Polskę również jako tranzytowy. Ze względu jednak na obowiązującą tzw. Konwencję Dublińską, określającą szczegółowo, które państwo jest odpowiedzialne za rozpatrzenie wniosku uchodźcy i europejski skomputeryzowany system rejestracji odcisków palców, w praktyce obecnie jest coraz trudniej pozostać na Zachodzie i nie zostać cofnięty do Polski, jeśli wcześniej dany uchodźca został u nas zarejestrowany. Dlatego ci, którzy pragną tego uniknąć przekraczają naszą granicę nielegalnie i nie składają wniosku o status uchodźcy w Polsce. Inni nie widząc chwilowo wyjścia z sytuacji decydują się mimo wszystko zostać w Polsce. Próbują tu żyć i pracować. Prawdopodobnie jest też, że z czasem ta tendencja będzie się nasilać.

W Polsce, jak dotąd, na stale mieszka niewielu Afrykanów. Do końca nie wiadomo nawet ilu, gdyż żadne statystyki nie odnotowują takiej kategorii jak Afrykanie (będącej de facto kategorią rasową). Można próbować ich policzyć wykorzystując tylko roczne statystyki dotyczące obywateli państw afrykańskich, którzy dostali w Polsce status uchodźcy, pozwolenie na osiedlenie się, czy wreszcie otrzymali polskie obywatelstwo. Ponieważ część z nich wyjeżdża jednak z Polski, a drugiej strony są tacy, którzy pozostają w niej nielegalnie to liczba ta nie może być dokładną. Z moich ustaleń wynika, że jest ona dość płynna i może dochodzić zaledwie do trzech tysięcy. Najwięcej jest Algierczyków (ok. 500 osób) i Libijczyków (400), z Afryki subsaharyskiej zaś Nigeryjczyków (ok. 254 osoby wg spisu z 2002 roku, ok. 500 wg samych zainteresowanych). Inne większe grupy afrykańskie to imigranci z RPA (263), Kenijczycy (91), Sudańczycy (84) i Kongijczycy (75).

Spośród nich w dużej mierze są to Afrykanie, którzy kiedyś studiowali w Polsce. Szczyt tego kształcenia ilościowo przypada na lata siedemdziesiąte. Kształciło się wówczas w Polsce około 2 tys. studentów i doktorantów z Afryki. W 1999 r. liczba ta spadła do 500 osób, a później została zredukowana jeszcze bardziej. Po ukończeniu przez nich studiów władze administracyjne z reguły natychmiast wymuszały ich powrót. Niektórzy zawierali jednak związki małżeńskie z obywatelkami polskimi i mogli wówczas zostać w Polsce, ale przeważnie również wyjeżdżali. Nieatrakcyjność ekonomiczna Polski, trudności formalne w przypadku pozostania, brak szerszego środowiska afrykańskiego w naszym kraju skutecznie do takiej decyzji zniechęcały. Dopiero po roku 1989, kiedy zabrakło z jednej strony tzw. administracyjnych środków wymuszania powrotów do krajów macierzystych, a z drugiej pojawiły się szersze możliwości pozostania i zarobkowania w Polsce z uwagi na wolny rynek, otwarcie się rynku pracy i rozwinięcie handlu bazarowego, wielu byłych studentów, doktorantów i stażystów zdecydowało się na pozostanie i już nie wróciło do swoich krajów. W latach dziewięćdziesiątych do Polski przyjeżdżali też Afrykanie z krajów byłego ZSRR, studiujący tam wcześniej. Liczba nowych osób przyjeżdżających na studia do Polski z państw afrykańskich drastycznie spadła, po raz pierwszy jednak w historii Polski pojawili się imigranci i uchodźcy z tego kontynentu. Rzadziej osoby, które przyjechały na zasadzie łączenia rodzin. Niektórzy z nich mimo trudności, przez które musieli przejść osiedliło się w Polsce. Wielu z nich złożyło wnioski o zalegalizowanie swego pobytu na czas określony lub postanowiło ubiegać się o status uchodźcy. Inni weszli w związki małżeńskie z obywatelami polskimi. Zaczęli z czasem uzyskiwać pozwolenie na pracę lub zgodę na prowadzenie działalności gospodarczej, w końcu zgodę na osiedlenie się, a następnie obywatelstwo polskie. Byli jednak i tacy, którzy nie podjęli żadnych działań legalizujących swój pobyt i przez wiele lat funkcjonowali tu nielegalnie.

Większość po dłuższym lub krótszym pobycie w naszym kraju jednak wyjeżdża do innych krajów zachodnich. Skłaniają ich do tej decyzji przede wszystkim bardziej urozmaicone możliwości dostania tam lepiej płatnej pracy. Często jednak decydującym czynnikiem jest tylko fakt istnienia w dużych miastach Niemiec, Francji, czy Wielkiej Brytanii silnych diaspor Afrykanów z poszczególnych krajów czy nawet określonych grup etnicznych, z których sami pochodzą. Diaspory takie, których zasadniczo brak w Polsce, stanowią istotne grupy wsparcia dla nowo przybywających imigrantów. W naszym kraju można zaledwie obserwować ich zalążki w postaci nielicznych, często nieformalnych klubów czy zrzeszeń łączących Afrykanów z poszczególnych krajów. W ich ramach prowadzone jest dość ożywione życie towarzyskie, organizowane imprezy rozrywkowe, czy obchodzone święta. Istnieją też organizacje polsko–afrykańskie, skupiające głównie Polaków zafascynowanych Afryką, choć inicjatorami ich powstania byli często sami Afrykanie. Działają one na rzecz „dobrego imienia Afryki w Polsce”, a zajmują się szerzeniem wiedzy o Afryce i przełamywaniem stereotypów oraz organizowaniem pomocy. Po raz pierwszy Afrykanie w Polsce starają się wpływać na swój wizerunek wśród Polaków. Przedstawiciele ich zabierają głos w debatach publicznych i są aktywnymi uczestnikami różnych konferencji. Jest to szczególnie znaczące, gdyż dotąd cała wiedza o Afrykanach w Polsce, w tym także o ich postrzeganiu Polski, pochodziła od Polaków.

Afrykanie zazwyczaj nie są spostrzegani w Polsce przez pryzmat swojej narodowości a tym bardziej etnicznego pochodzenia, lecz przez pryzmat przede wszystkim „rasy”, rozumianej nie tyle w kategoriach biologicznych, co jako pewien konstrukt kulturowy bliski pojęciu grupy etnicznej, w potocznej percepcji ograniczony do różnicy w kolorze skóry. Walczą oni z takim spostrzeganiem siebie a zwłaszcza z odpowiadającym mu i utrwalonym w naszym języku określeniem „Murzyn”, które spostrzegają jako słowo pejoratywne i rasistowskie, silnie przeniknięte negatywnymi stereotypami na ich temat. Podobnie też jak nie akceptują wierszyka „Bambo”, który ich zdaniem propaguje tylko „antyafrykańskie stereotypy” lub „ma na celu umyślne poniżenie Afrykańczyka”.

Polacy ogólnie rzecz biorąc mają niską wiedzę na temat Afryki i Afrykanów, przeważnie, więc posługują się stereotypami na ich temat, choć wspomnieć można, że te są zasadniczo takie same jak innych Europejczyków i przez wieki nie uległy głębszym zmianom. Demonizowanie Afryki i Afrykanów, porównywanie ich ze zwierzętami, oskarżanie o kanibalizm, wytykanie brudu i przykrego zapachu, wykazywanie lenistwa, niedojrzałości i ogólnej niższości cywilizacyjnej są najczęstszymi składnikami tworzonych generalizacji na temat Czarnych zarówno w przeszłości, jak i współcześnie. Wielu próbuje je przełamywać, ale jest to o tyle trudne, że informacje wyraźnie niezgodne z nimi są słabo przyswajalne albo całkowicie odrzucane. Dziennikarze i inni piszący i opowiadający o Afryce nieraz siłą rzeczy muszą się nimi posługiwać gdyż inaczej, jak sądzą, przekaz byłby niezrozumiały dla przeciętnego odbiorcy. Poza tym stereotypy znajdują często w pewnej mierze swoje potwierdzenie w rzeczywistości i wtedy opinie im przeciwne nie mają szans na uznanie. Fenomen nagłośnienia sprawy kameruńskiego poety Simona Mola oskarżonego o umyślne zakażanie wirusem HIV kilku polskich kobiet, można wytłumaczyć jedynie tym, że to jednostkowe zdarzenie potwierdziło w świadomości społecznej kilka starych stereotypów czy wręcz mitów na temat Afrykanów. Na przykład ten, że Czarni mają szczególne duże potrzeby seksualne, są w tej dziedzinie lepsi od Białych, bywają gwałcicielami, ale białe dziewczyny chętnie im się oddają. W dodatku za roznoszenie chorób, szczególnie tych budzących pewną tajemnicę jak rozmaite zarazy w tym obecnie AIDS odpowiadają właśnie obcy. Dawniej to byli najczęściej Żydzi i Cyganie obecnie mogą być „Murzyni”. Nie wydając w tej sprawie ostatecznych sądów można jednak stwierdzić, że nagłośnienie tej sprawy na pewno nie przysłużyło się przełamywaniu stereotypów i walki z rasistowskimi postawami a wręcz odwrotnie.

Postawy wobec innych ludzi nie są jednak określane jedynie przez stereotypy. Te ostatnie są tylko jednym z wielu czynników, które wpływają na zachowania. Uaktywniają się one w zależności od okoliczności. W Polsce, w której nie ma większych skupisk Afrykanów, poważniejszych konfliktów interesów, zadawnionych „rachunków krzywd”, tzw. incydenty na tle ksenofobicznym i rasistowskim zdarzają się w prawdzie, ale w porównaniu z krajami zachodniej Europy czy Rosją ich liczba jest raczej symboliczna. Fakt ten nie jest jednak tak pocieszający, jak mógłby się wydawać, gdyż można zaryzykować stwierdzenie, że ilość tych incydentów jest proporcjonalna do liczby Afrykanów w Polsce. Ich sprawcami są zwykle młodzi osobnicy płci męskiej, należący do grup skinheadów czy kibiców piłkarskich. Dochodzi do nich najczęściej na stadionach piłkarskich, czasami na dyskotekach w kontekście rywalizacji o kobiety, rzadziej przypadkowo na ulicy wieczorową porą. Popełniane są najczęściej spontanicznie pod wpływem alkoholu. Najczęściej ograniczają się do wyzwisk, choć oczywiście zdarzają się także pobicia. Opinie samych Afrykanów na temat skali zjawiska są podzielone i zależą w gruncie rzeczy od stopnia ich integracji w Polsce. Najczęściej na agresywny rasizm skarżą się młodzi Afrykanie, studenci albo uchodźcy, od niedawna przebywający w Polsce. Starsi, o ustabilizowanym statusie prawnym i zawodowych wypowiadają się na ten temat o wiele bardziej umiarkowanie, z tendencją do wytłumaczenia jakoś tych zachowań i podkreślania raczej dobrych strony pobytu w Polsce niż odwrotnie.

W odróżnieniu od większości krajów zachodnich istniejące także w Polsce skrajne organizacje polityczne nie próbują w zasadzie jeszcze mobilizować społeczeństwa przeciwko czarnym imigrantom. Nie ma też jeszcze takich sytuacji, w których młodzi ludzie podejmowaliby rasistowskie i ksenofobiczne działania niejako w imieniu własnej wspólnoty, która spostrzega imigrantów jako swoiste zagrożenie dla dotychczasowego porządku panującego w ich okolicy.

Problematyki rasizmu czy postaw wobec grup spostrzeganych jako inne „rasy” nie można jednak ograniczać do wspomnianych incydentów, wyrażania otwartej agresji, krzywdzenia i wyrządzania szkód. W Polsce podobnie jak i we współczesnej kulturze Zachodu rasizm częściej przyjmuje subtelniejsze formy. Można go dostrzec u ludzi o zdecydowanie egalitarnych przekonaniach, którzy albo są nieświadomi swoich negatywnych uczuć i przekonań do Czarnych, albo próbują je oddzielić od wizerunku własnej osoby. Objawiają się one najczęściej w tendencji do unikania bezpośrednich kontaktów, niekiedy mających charakter zaleceń higienicznych, przebywania w tych samych pomieszczeniach, siedzenia obok siebie np. w autobusie, wspólnego spożywania posiłków czy unikania kontaktów z płcią przeciwną. W krajach zachodnich o dużej liczbie Afrykanów gdzie proste unikanie kontaktów jest często niemożliwe np. w pracy, szkole, rasizm przejawia się także w tzw. separacji emocjonalnej, słabo widocznej z oczywistych względów w Polsce, ale którego w miarę wzrostu liczby Afrykanów nie należałoby wykluczać. Polega on na tym, że nikt, co prawda nie demonstruje swojej wyższości, czy unika podawania rąk, ale wystrzega się jak ognia głębszych więzi, większej otwartości, zaprzyjaźniania się czy dopuszczania Czarnych do instytucji, w których faktycznie realizują się więzi społeczne, jak rodzina, kluby towarzyskie czy różne stowarzyszenia.

Ponadto zwrócić trzeba także uwagę, że nie zawsze tzw. ksenofobia łączy się z rasizmem. Rasizm wobec Czarnych przejawia się, bowiem również w dość powszechnych postawach paternalistycznych powiązanych ze stereotypem „Murzyna dużego dziecka”, niekiedy cierpiącego i wykorzystywanego. Wizerunku, który nie budzi lęku czy wrogości, ale raczej spontaniczne manifestowane współczucie zwłaszcza u białych chrześcijan i rozmaitych humanitariuszy. Związane jest z założeniem o niezdolności Afrykanów do samodzielnego rozwoju, za którym idzie przeświadczenie o własnej wyższości kulturowej, umysłowej i moralnej. Obecne dawniej szczególnie w postawach kolonizatorów, a współcześnie u wielu zachodnich pomocodawców przekonanych, że to oni wiedzą najlepiej jak Czarni powinni się rządzić i rozwijać czy akcentowania przekonania, że „oni sobie bez nas nie poradzą”.

Integracja do kultury nowego kraju nie jest łatwym doświadczeniem dla żadnego z imigrantów bez względu na jego narodowość. Afrykanom ze względu na kolor skóry jest jednak szczególnie trudno. Czarny prawie zawsze bywa spostrzegany jako „obcy” nawet, jeśli w Polsce mieszka od 30 lat albo wręcz się tutaj urodził. Dodatkowo w sytuacji, gdy Afrykanów w Polsce jest mało, ci, którzy tu mieszkają są jeszcze bardziej zauważalni, czując się cały czas wystawieni na widok publiczny, wskazywani palcami, skupiający na sobie wzrok przechodniów nawet w dużych miastach. Niezadowolenie ich potęguje także fakt, że stale są zmuszeni odpowiadać na pytania, które wydają im się głupie i co najmniej nietaktowne. Najmłodsi z nich nie odbierają tego jako naturalnej ciekawości egzotyką, lecz zachowania również rasistowskie. I choć Polacy takie oceny uważają zwykle za przesadzone to należy pamiętać, że dokonywane są one według innych kryteriów niż nasze.

Biorąc to wszystko pod uwagę a także fakt, że wielu przybyszy z Afryki nie jest w stanie zalegalizować w Polsce swojego pobytu ani znaleźć satysfakcjonującej pracy i wsparcia w szerszej diasporze, należałoby przypuszczać, że większość z nich znajdzie się w sytuacji trwałego wykluczenia i marginalizacji. W przypadku Afrykanów przebywających w Polsce zdarza się to jednak wyjątkowo, gdyż większość z nich szybko się orientuje, że nie odniesie tu łatwego sukcesu i opuszcza nasz kraj.

Tylko tych można uznać za względnie zintegrowanych, którzy znaleźli satysfakcjonującą pracę, nie mają poważnych kłopotów finansowych i oczywiście zalegalizowali swój pobyt. To ostatnie należy uznać za warunek wstępny, choć dla równowagi psychicznej imigranta i jego integracji sukces finansowy bywa nieraz ważniejszy niż zalegalizowanie samego pobytu.

Swoistym symbolem integracji różnych grup cudzoziemców w tym Afrykanów stał się na pewien czas bazar na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Panujący tam prawdziwie wolny handel sprawił, że niektórzy z nich mogli w stosunkowo krótkim czasie przekształcić się w prawdziwych biznesmenów. Pomoc kolegów, którzy zaczęli wcześniej, byli dłużej w Polsce i mogli udzielić potrzebnych informacji była jednak niezbędna: „Mój kolega pracował tu (na stadionie) i mówił mi, że można zarobić, że tu są możliwości”. „Pomógł mi kolega z kraju, który już jakiś czas tu handlował. Znajomi pracowali na stadionie i mówili, że mogę się tu załapać. Później pomogli — powiedzieli, co kupić i za ile, żeby wyjść na swoje” [Somalijczyk].

Miejsce to odegrało ważną rolę w życiu wielu polskich Afrykanów, gdyż niektórzy z nich tylko dzięki „stadionowi” mogli „stanąć na nogi” i odnieść upragniony sukces, często zanim jeszcze zdołali zalegalizować swój pobyt. Na początku zatrudniali się u kolegi albo nawet u polskiego właściciela stoiska i sprzedawali jego towar. Później odłożone zarobione pieniądze inwestowali we własny stragan: „Myślałem, że jak każdego dnia zarobię pięćdziesiąt złotych, to wystarczy, że w takiej sytuacji pięćdziesiąt zł wystarczy. Czterdzieści nie wystarczy. Pięćdziesiąt muszę wygrać, muszę być najlepszy. Pierwszego dnia zarobiłem dwieście złotych (…). Po trzech tygodniach kupiłem jedno miejsce, 1 na 2 metry (…). Potem kolejne miejsce, kolejne miejsce, kolejne miejsce. To jest OK, można się rozwijać” [Somalijczyk].

W ten sposób z drobnych kramarzy stawali się powoli przedsiębiorcami. Z czasem mogli opuścić stadion i zacząć handlować na poważniejszą skalę, wykorzystując kontakty z członkami swojej diaspory w różnych krajach. Po siedmiu latach pobytu w Polsce niektórzy z Somalijczyków prowadzą różne tzw. interesy, wykorzystując kontakty z członkami swej diaspory w całej Europie, nie opuszczając jednak Polski na stałe. Stać ich na samodzielne wynajęcie mieszkania i kupienie samochodu: „Jestem zadowolony (…) stać mnie na wynajęcie mieszkania i na życie”. „Pieniądze z handlu są całkiem niezłe, zarabiam tyle, że starcza mi, żeby trochę sobie odłożyć” [Nigeryjczyk].

Bazar na stadionie stał się w gruncie rzeczy dla setek imigrantów i uchodźców największą i w zasadzie jedyną instytucją integrującą w Polsce, umożliwiającą skuteczną adaptację, właśnie, dlatego, że umożliwiał zarówno znalezienie „grupy wsparcia”, jak i odniesienie sukcesu finansowego. Podobne do mojego zdanie miał także zawsze znany duszpasterz imigrantów w Polsce, werbista, ks. Edward Osiecki, najlepiej ze wszystkich znający to miejsce, traktujący “stadion” także jako swoją parafię. Jak twierdzi „Warszawa powinna być dumna z tego miejsca, które jest najbardziej autentycznym laboratorium integracji”. Niestety urzędnicy tego nie rozumieją, irracjonalnie zarówno z punktu widzenia ekonomicznego, jak i kulturowego chcą go zniszczyć a powinni go tylko w całości przenieść w inne, odpowiednie dla niego miejsce, gdzie mógłby się dalej rozwijać.

Najłatwiej integrują się Afrykanie, którzy skończyli w Polsce studia. Niektórzy z nich przebywają już u nas od 10-30 lat, znaleźli względnie dobrą pracę, weszli w związki małżeńskie z obywatelami polskimi, mają rodzinę, mieszkanie i polskich przyjaciół. Znają dobrze język polski, przestrzegają zwyczajów, które uchodzą w Polsce za podstawowe elementy dobrego wychowania, uczestniczą w pewnym stopniu w kulturze polskiej. Do Polski mają stosunek zabarwiony emocjonalnie, do pewnego stopnia utożsamiają się z polskością: „Ja tu siedzę od 1982 r. i to już jest sporo czasu. Jak tak myślę o powrocie, to jest to już dla mnie kłopot. W Mali to ja już prawie ludzi nie znam. Moja mentalność może być już także inna niż ludzi, którzy tam żyją. Jak jestem gdzie indziej, to tęsknię za Polską. Zazwyczaj też bronię Polski wszędzie gdzie jestem. Ja mogę powiedzieć, że czuję się normalnie Polakiem. Potrafię czuć się bardziej Polakiem niż normalny, zwykły Polak. Moje otoczenie może się jednak z tym nie zgodzić. Muszę się z tym pogodzić, że ja jestem czarny, a Polacy biali. Gdybym miał białą skórę, to byłbym Polakiem, może nawet większą karierę bym zrobił” [Malijczyk]. „Polska to jest moja druga ojczyzna. Nieważne, że spotykasz się z nieakceptowaniem, czy nietolerancją, taka jest ludzka natura. Nawet gdybym wyjechał, nie chciałbym utracić kontaktu” [Sudańczyk].

Dużą rolę odgrywa samozatrudnienie, najczęściej handel na bazarach i rozmaite nie całkiem jasne „interesy”. Najlepiej mają się ci, którzy prowadzą własne firmy. Im większy sukces, im lepsza praca, tym lepsze szanse na integrację. W przypadku Afrykanów, którzy silnie odczuwają wobec siebie postawy rasistowskie, jest to szczególnie istotne: „Obcokrajowiec może tu zostać, jeśli ma naprawdę dobrą pracę, na wysokim stanowisku. Inaczej nie opłaca się. Na niskim stanowisku poniżają cię” [Senegalczyk]. „Na pewno zachęciłbym do przyjazdu, bo łatwy jest kontakt z Polakami i to jest pozytywny kontakt. Tu widzimy pewne zbliżenie z naszymi. Tak samo jak u nas ludzie są gościnni i przyjmują cudzoziemców z otwartymi rękami. Natomiast ostrzegłbym, że będzie miał bardzo trudno, jeśli chce pracować tutaj. Nie ma szans pracować w żadnym urzędzie państwowym, w prywatnej firmie też niełatwo, chyba że ma nadzwyczajne kwalifikacje, ale wtedy jadą do Anglii czy do Stanów, bo tam zarobek jest większy” [Sudańczyk].

Oficjalny program integracyjny w Polsce dla uznanych uchodźców ograniczał się przez długi czas tylko do niewielkiej pomocy finansowej z opieki społecznej i Polskiej Akcji Humanitarnej w wynajęciu mieszkania, w którym można byłoby się zameldować, rejestracji w urzędzie pracy i ewentualnego ułatwienia w znalezieniu pierwszej pracy. Dopiero ustawa o pomocy społecznej z 2004 roku przyniosła bardziej kompleksowe rozwiązania, dając również możliwość udzielenia pomocy integracyjnej innym grupom cudzoziemców. Na razie ogranicza się on jednak do uznanych uchodźców, ich nieletnich dzieci oraz małżonków. Nie dotyczy osób na statusie tolerowanym, nie mówiąc już o innych imigrantach, (choć ma się to wkrótce zmienić). W przypadku Afrykanów od 2004 roku wzięło w nim udział tylko kilkunastu obywateli z Somalii, Kamerunu, Sudanu i Konga. Obejmuje świadczenia pieniężne, specjalistyczne poradnictwo, kurs nauki języka polskiego, pomoc w znalezieniu mieszkania, zameldowaniu, rejestracji w urzędzie pracy oraz tzw. pracę socjalną z realizatorem programu. W przypadku braku grupy wsparcia ze strony samych imigrantów taka „pierwsza pomoc” wydaje się niezbędna, gdyż załatwienie tych formalności wcale nie jest łatwe. Później uchodźcy muszą już sami zadbać o siebie, co w gruncie rzeczy nie byłoby takie złe, gdyby tylko wspierały ich grupy rodaków, a znalezienie satysfakcjonującej pracy było łatwiejsze. Ponieważ jednak nie ma ani jednego, ani drugiego, rezultaty tak rozumianych programów integracyjnych mogą być problematyczne. Większość biorących w nich udział nadal z Polski wyjeżdża, nawet wtedy, gdy wcześniej tego nie planowali.

W państwach zachodnioeuropejskich są pewne charakterystyczne różnice, jeśli chodzi o zatrudnienie Afrykanów. W Polsce poza jednostkami nie ma w zasadzie takich Afrykanów, których można by nazwać Afro–Polakami, którzy by wyrośli w Polsce jako drugie, czy trzecie pokolenie, jak np. we Francji czy Wielkiej Brytanii. Stąd też na zachodzie Europy, w przeciwieństwie do Polski, jest sporo Afrykanów zatrudnionych np. jako urzędnicy państwowi (na te stanowiska w Polsce nie zatrudnia się cudzoziemców albo osób, które od niedawna posiadają polskie obywatelstwo). Dużo jest tam również Afrykanów, którzy pracują jako działacze w organizacjach pozarządowych. Bardzo wielu Afrykanów zatrudnia się jako pracownicy fizyczni, wykonują pracę pielęgniarek, taksówkarzy, sprzątaczy biur, ochroniarzy, kierowców w autobusach, sprzedawców w supermarketach i pracowników na budowach. W Polsce natomiast tylko wyjątkowo można spotkać Afrykanów wykonujących tego typu prace (znam tylko pojedyncze przykłady Afrykanów, którzy podjęli pracę np. w piekarni lub w firmie budowlanej).

Najłatwiej Afrykanie znajdują pracę w Polsce w charakterze nauczycieli języków obcych (głównie angielskiego). W wyuczonym zawodzie pracują zazwyczaj tylko lekarze, i to pod warunkiem, że kończyli studia w Polsce. Niektórzy z nich dzięki dobrej znajomości kilku języków obcych znaleźli zatrudnienie w firmach zagranicznych. Ci, którzy dysponowali jakimś kapitałem, z reguły pochodzącym od rodziny w kraju lub na emigracji, podjęli działalność gospodarczą na własny rachunek. Firmy przez nich prowadzone zatrudniają zazwyczaj także innych Afrykanów. Reszcie pozostawał handel bazarowy, który dawał też w ostateczności możliwości nielegalnego zatrudnienia się, a przy odrobinie szczęścia możliwość samodzielności finansowej. Nielicznym Afrykanom udało się odnieść w Polsce pewne sukcesy, zwłaszcza w biznesie, sporcie, rozrywce. Są też Afrykanie, których powodzenie nie było może spektakularne, ale relatywnie odnieśli je również, i to w takich dziedzinach życia, jak np. nauka (wielu pracuje na wyższych uczelniach), a nawet polityka na szczeblu lokalnym.

Afrykanie są nieraz spostrzegani jako „dalecy egzotyczni goście” w stosunku, do których, mimo stereotypów istnieje jednak daleko posunięta tolerancja i relatywnie duże zainteresowanie. Ta ciekawość, jak już wspomniałem, dla wielu może być uciążliwa, ale jest wiele sytuacji, w których okazuje się bardzo korzystna. Dzięki niej niektórzy Afrykanie, nawiązują często szereg kontaktów z osobami ze świata kultury, nauki, biznesu i polityki. Otwierają się przed nimi drzwi, które w ich kraju pochodzenia pozostałyby zamknięte. Dzięki temu czasami mogą znaleźć satysfakcjonującą pracę i robić kariery. Oczywiście wszystko zależy ostatecznie od tego jak sami się prezentują i czy rzeczywiście chcą się z integrować. W miejscach, w których Polacy mogą obserwować i porównywać przedstawicieli różnych narodowości jak na „stadionie” w Warszawie, czy w ośrodkach dla uchodźców, Afrykanie na tle innych cudzoziemców, szczególnie ze Wschodu są spostrzegani bardzo pozytywnie, uchodząc za aktywnych, przedsiębiorczych a jednocześnie grzecznych i niesprawiających problemów.

Są jednostki, którym udało się zrobić medialne kariery. Przede wszystkim w sporcie i rozrywce, ale także w literaturze i publicystyce ekonomicznej, jak np. Zambijczyk Richard Mbewe z Piaseczna, główny ekonomista z Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej. Na radnych w Polsce zostali wybrani Anaclet Kalondji–Kabengele z Demokratycznej Republiki Konga (d. Zair) i Kilion Munyama z Zambii, pierwszy w powiecie staszowskim, drugi w Grodzisku Wielkopolskim. Nigeryjczyk Larry Okey Ugwu został dyrektorem w 2005 r. Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego, a Henry Ubaka znalazł zatrudnienie w stołecznej policji, w Komisariacie Praga Północ.

Podsumowując, mimo niewielkiej jak dotąd liczby Afrykanów, którzy osiedlili się w Polsce, stali się już oni stałym elementem w polskiej rzeczywistości. W dużych miastach zasadniczo Afrykanin przestał być sensacją, choć sami Afrykanie często się jeszcze na to skarżą. Można ich spotkać nawet w małych miejscowościach i wtedy często są znani w całej okolicy. Ich liczba nie jest ustabilizowana, ale ze względu na duży potencjał migracyjny krajów afrykańskich, będzie się prawdopodobnie powoli zwiększać, choć obecnie z powodu restrykcyjnej polityki migracyjnej zarówno Polski, jak i w całej Unii Europejskiej, nie należy się spodziewać w tym względzie radykalnych zmian. Niemniej Polacy coraz częściej będą stykać się z Afrykanami, jeśli nie u siebie w kraju, to przy okazji coraz częstszych wyjazdów do krajów zachodnich lub samej Afryki. Stąd przyjrzenie się bliżej relacjom polsko-afrykańskim zasługuje na pewno na uwagę.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata