70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

13 grudnia wieczorem, na rogu Alei Niepodległości i Domaniewskiej, minęła mnie kolumna pędzących na sygnale wozów opancerzonych, migających niebieskim światłem. Sam kształt tych antyludzkich łodzi na kołach budzi grozę.

Nie chcę ich oglądać.

Niech młodzi zwolennicy odgrywania na ulicach scen z historii poczekają jeszcze trochę, aż my wszyscy, pamiętający bez tego, poumieramy, aż zostaną po nas może jakieś notatki czy nagrania. I niezrozumiałe pamiątki, coś z epoki, czego nie pozbyliśmy się aż dotąd. Może dlatego, że, jak mój zielony płaszcz-kufajka, zdało taki egzamin, że jeszcze się przyda?

Jeszcze jedna myśl: w Afganistanie takie pojazdy teraz penetrują wąskie uliczki starych miasteczek. Poruszają się niestosownie szybko, bo nie chcą tkwić w osaczeniu. Niebezpiecznie znaleźć się na ich trasie. Mój wskrzeszony lęk, a jeszcze wyraźny wstręt, solidarny z ludźmi gdzieś tam, niedaleko ostrzelanego Nangar Khel.

Pochodzę z rąk Boga

30 grudnia 2007. Sama ze sobą, tylko w obecności oszadziałego lasu, bez książek i bez internetu. Nie przestaję jednak myśleć, szukać odpowiedzi, zdana na to, co pamiętam. To też właściwie samorekolekcje, nie publicystyka.

Pod spodem, na dnie wielu dzisiejszych konfliktów religijnych, czuję obecność dwóch sporów, tylko pozornie zażegnanych – z fundamentalizmem i z modernizmem. Bojąc się interpretacji (błędnie kojarzonej z modernizmem), ze strachu przed relatywizmem – w rezultacie jesteśmy bezbronni wobec fundamentalizmu. Myślę, że w istocie bezbronni wobec rzeczywistości, wobec pytań, które ludzkość teraz przerabia.

To przerabianie nie powinno się odbywać bez kontaktu z myślą chrześcijańską. Ale ona musi być do tego zdolna. Zarażenie fundamentalizmem odbiera jej możliwość wejścia w zwarcie.

Pamiętam czas jednej z konfrontacji teologii biblijnej z myśleniem naukowym. Chodzi o obowiązujący w biologii paradygmat ewolucji. Paradygmat to wielkie założenie, przenikające i organizujące całość myślenia. A więc coś o wiele istotniejszego niż konkretne, zmieniające postać hipotezy – bez których można się obyć, jeśliby zostały obalone, wymienione na inną wizję.

W konfrontacji z paradygmatem ewolucji, w myśli religijnej pojawił się tak zwany konkordyzm. Biblijny opis stworzenia świata miał odzwierciedlać to, co o ewolucji mówi paleontologia. Sztuczność tej naciąganej interpretacji była uderzająca. „Konkordyzm” wkrótce został zarzucony, a wraz z nim, w tej przynajmniej kwestii, pokonana pokusa fundamentalizmu. Czytając poemat biblijny o Stworzeniu, obcujemy z prawdą o Stwórcy, który widzi, że to, co stworzył, jest dobre. Opis świadczy też o szczególnym miejscu człowieka wśród Stworzenia, o przedziwnym partnerstwie wspólnego człowieczeństwa mężczyzny i kobiety z Tym, kto ich stworzył i obdarzył.

Odrzucenie „konkordyzmu” oznaczało uznanie bezpłodności mieszania filozofii religijnej z danymi nauki. Wynikiem takiego mieszania są kalekie twory myślowe, kiczowate jak naciągana zgodność między opisem biblijnym a odkryciami paleontologicznymi. Uparcie podejrzewam, że w myśleniu religijnym o pochodzeniu człowieka kryje się jakiś wątpliwy „konkordyzm”. Myślę tu o pochodzeniu konkretnego człowieka, na przykład moim.

Wiara i filozofia religijna mówi mi, że jak pierwsi rodzice – wraz z nimi – jestem z rąk Boga, z Jego wszechogarniającej woli udzielania istnienia, które jest dobre. Bóg wyposaża mnie w dar partnerstwa ze sobą. Jak, kiedy uczłowieczył mnie? To nie jest objawione, rozum może snuć swoje teorie; różne w miarę prowadzonej refleksji i zdobywania wiedzy o rozrodzie stworzeń, w tym o rozrodzie ludzkim. Ta wiedza osiągnęła nowy etap, rangi kopernikańskiej, wraz z poznaniem systemu informacji sterującego rozwojem od zygoty przez zarodek po płód coraz bardziej zdolny do samodzielnego życia.

Przypuszczam, że te zdobycze biologii XX wieku skusiły teologów i filozofów do nowej próby „konkordyzmu”, podsuwając pokusę uznania, że wiemy, jak i kiedy Bóg włącza kolejnego potomka pierwszych rodziców w łańcuch człowieczeństwa. Świętą „pierwszą chwilą” jest moment, gdy dwie haploidalne komórki połączą się, tworząc diploidalną zygotę wyposażoną w unikalny zestaw informacji genetycznej wylosowany w konkursie plemników i dojrzewających komórek jajowych.

Biologowie też są kuszeni, by ze swej strony poprzeć „konkordyzm”. Nie wiem, w jakiej mierze ulegną. Patrząc od strony metodologicznej – nie powinni. Jako fachowcy z innej dziedziny, o uczłowieczaniu przez Boga nie mogą nic powiedzieć. O stwierdzalności, że coś jest człowiekiem – także nie. Wiedzą jedynie, że prawidłowy rozwój ludzkiej zygoty prowadzi do narodzin ludzkiego dziecka. Więcej jednak teraz wiemy, jak często, w naturalny sposób, zygota nie rozwija się lub jej rozwój przerywa się. Czy człowiek zginął czy też raczej – nie powstał? To nie jest pytanie dla biologa. Embriologia teologiczna jest kiepską hybrydą. Uznana, ciekawie funkcjonująca antropologia teologiczna wiąże dane wiary nie z biologią człowieka, lecz z filozofią.

*

W moim odczuciu metoda „in vitro” jako taka nie narusza praw Boga i ludzie religijni mogą jej używać w duchu wiary i ufności do Boga, który dał im to narzędzie przezwyciężania usterki w działaniu organizmu. Potrzebującym pomocy medycznej – może właśnie metody „in vitro” – aby stać się rodzicami, chciałabym wyjść naprzeciw z moją wiarą, że każdy człowiek pochodzi z rąk Boga i to najwyższe, tajemnicze pochodzenie nie jest, nie może być niczym uwarunkowane, żadnymi okolicznościami poczęcia. Powtarzam, bo może ktoś zatroskany na ten tekst trafi: nie mogę się dopatrzeć żadnej sztuczności ani niegodziwości w samej metodzie „in vitro”, w pozaustrojowym zapłodnieniu.

Myśląc tak, jak myślę, nie widzę powodu do bronienia człowieka przed powstawaniem w procesie rozpoczynającym się w laboratorium. W procesie dokonującym się poza organizmem zachowana jest ciągłość pochodzenia ludzkiego, działa ludzka wola rośnięcia i mnożenia się.

Odsunięcie pokusy „konkordyzmu” nie do końca rozwiązuje wszystkie problemy związane z „in vitro”, ale na pewno łagodzi ich dramatyczną ostrość.

Na płaszczyźnie psychologicznej i teologicznej w tej perspektywie nie obcujemy z zarodkiem-człowiekiem, lecz z procesem, w którym człowieczeństwo się aktualizuje. Arbitralne, zamierzone niedopuszczenie do dalszego ciągu tego procesu to czyn zły, przeciw życiu. Zawieszenie (przez zamrożenie) dalszego ciągu rozwoju nie wydaje się czymś nieodpowiednim.

Los niewszczepionych zarodków nie jest postrzegany tak bardzo antropomorficznie. Ta zmiana spojrzenia to sprawa poważna, trudna, może dramatyczna. Myślę, że nie na jedną z „różnych godzin”. Proces kolejnej zmiany wyobrażeń został otwarty. Myślę, że nie posunie się on zbyt daleko. Zarodek taki jak te wszczepiane to genetyczny koncentrat – ale potem dzięki USG obcuje się już z „kimś”, istotą coraz bardziej aktualną, coraz wyraźniej dzieckiem.

Ten rok

Nowy rok już się rozpoczął. Trzeba pisać „2008”. Dla mnie nowa faza zaczęła się, odkąd przybywa dnia. Jestem wrażliwa na długość dnia jak roślina. Teraz – jak myślę – najlepszy moment, by spisać, co szczególne z 2007 do zapamiętania i przemyślenia. Tu trzeba to tak przedstawić, by już w całkiem długich dniach przedwiośnia jeszcze zasługiwało na pewną uwagę.

Jeśliby patrzeć na czas jak na strumień, dział wodny w 2007 to wybory. Odtąd kierunek wydarzeń się zmienia. To wydarzenia po wyborach będą miały najwyraźniejszy ciąg dalszy w 2008. Dla mnie wynik wyborów był zasadniczym, doniosłym i radosnym potwierdzeniem, że wybierając – naprawdę wybieramy. Trwałym skutkiem może być zmiana nastawienia, silniejsze przekonanie, że udział w wyborach może okazać się ważny. Cała ta gadanina o obowiązku obywatelskim ma jednak sens. Pięknie by było, gdyby ta lepsza świadomość, bliższa demokracji uczestniczącej, mogła wpłynąć na następne wybory: na postawę wyborców, ale i na kampanie wyborcze, ich przygotowanie, decyzje dotyczące kandydowania, styl kontaktów z wyborcami. Stan obywatelskiego forum nie jest dobry. Ale mógłby się poprawić, gdyby tak na przykład przewietrzyć koncepcje podziału władzy, roli prezydenta, funkcji konstytucji i jej Trybunału. Czy nie byłoby dobrze, gdyby prezydenturę zacząć powierzać byłym członkom Trybunału, gdyby takie doświadczenie i służbę uznać za lepszy prolog niż kariera partyjna? Powtórzę: wybory to wydarzenie przyszłościowe 2007.

Aby dostrzec i docenić wagę drugiego wydarzenia, muszę nieco wysilić pamięć, przywołać – z niechęcią – nastrój dni przedwiosennych i wiosennych, które upłynęły w cieniu ustawy lustracyjnej, różnic losów, jakie wytyczała, i różnic zdań na ten temat. Trybunał Konstytucyjny uchronił Polskę przed falą naruszeń praw człowieka. Przypieczętował to wynik wyborów. O lustracji ucichło, choć wielu ludzi PO także silnie ją lansowało. Jednakże do przemyślenia została cała kwestia polityki historycznej – w jej też ramach koncepcja działania pionów IPN i całej tej instytucji. Przypuszczam, że na dłuższą metę to jest jeszcze ważniejsze od przeorientowania roli CBA.

2007 w węższej skali: dla mnie to rok myślenia nad przekształceniami zachodzącymi w moim życiu zawodowym – jeśli to tak można nazwać. Co jest i co będzie z informacją? Jak się komunikujemy, jak będziemy się komunikować, nie tylko dowiadywać się czegoś, ale też formować opinie?

Umowna okrągła data, ale na pewno w 2007 minęło 15 lat działania Warsztatów Dziennikarskich Młodych POLIS, ze mną jako animatorem. Uroczystość wielopokoleniowa przy kominku w klubie „Apartament”, baraku przypominającym dawny Barak Praw Człowieka, gdzie się to wszystko zaczęło. Jest ciągłość: jest Klub Czwartkowy, kontynuujący Warsztaty.

Dzięki młodym ludziom z Warsztatów zakładam mój blog. Stopniowo rośnie moja fascynacja tą formą obecności w noosferze.

Ciągłość i zmiany: „Tygodnik Powszechny” zmienia format – czy znika tylko tradycyjna wielka płachta papieru? Czy to też adaptacja formatu misji do możliwości? Do potrzeb? Do przyzwyczajeń, jakich nabyli potencjalni czytelnicy, różni od tych z lat czterdziestych ubiegłego wieku? Czy „Tygodnik” będzie „Tygodnikiem”? Okaże się w 2008.

Jeszcze jedno wspomnienie z 2007: 10 października, Dzień Przeciwko Karze Śmierci, dzień wolności Europy od kary śmierci. Skromna akcja publiczna: zbieranie podpisów popierających to święto, wbrew decyzji PiS-owskiego rządu, iż jest niepotrzebne. W 2008 będziemy je oficjalnie i prywatnie obchodzić.

Tyle kroniki. Jutro dzień o mgnienie dłuższy. Trzeba doczekać nowiu i energicznie zacząć 2008.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata