Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LUTY 2008, NUMER 633

Strona główna


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 


TEMAT MIESIĄCA:

Sami wśród obcych. Dramat uchodźców



Gimo – czarny zaścianek Szwecji?
(fragment)

MACIEJ ZAREMBA


Przy ulicy Sågargatan 13 w Gimo mieszka mniej więcej setka uchodźców oraz Karlsson. Karlsson prowadzi bujne życie towarzyskie, głównie ze skinami z Uppsali. Kiedy się razem zabawiają, bywa gorąco: czasem wrzucą Somalijce i jej dzieciom przez okno kamień albo zaśpiewają z balkonu pieśń na cześć białej rasy z rękami podniesionymi w hitlerowskim pozdrowieniu. O ile w ogóle pozdrawiają swoich sąsiadów, czynią to słowami: „Spadaj do domu, czarnuchu!”.

W dniu Święta Lata w kościele w Skepthammar obecny był Turczyn prawdziwy, pod mianem Mohammed znany, w Szwedów zwycięskiej bitwie przy Swensksund do niewoli wzięty, teraz zaś paź Jego Wysokości najmiłościwiej nam panującego króla, co przez niecodzienność swoją na odnotowanie zasługuje.
(Z księgi parafialnej Skäfthammar-Gimo, 1791)

Zaraz po Święcie Lata w 1993 roku mieszkańcy Gimo zebrali się na sejmik, gdzie słowa nieprzychylne, a i zajadłe nawet padały o pięciuset obcych do Gimo sprowadzonych przez Urząd Imigracyjny. Co tam powiedziano, dnia onego jeszcze za pośrednictwem telewizji wiadomym się stało mieszkańcom całego królestwa, o czym – z powodu pożałowania godnych dla Gimo konsekwencji – wspomnieć należy.

Kolebka Gimo leży przy Herrgården, pod mostkiem, dokładnie tam, gdzie Wielki Staw otwiera swój wodospad i gdzie po dziś dzień podziwiać można resztki kuźni. Ale to Gimo, które królewski namiestnik Hans Sigvardsson założył w 1615 roku, już nie istnieje. Nowego, wzniesionego kilometr dalej na łące, nic ze starym nie łączy. Żeby z centrum i kwartałów mieszkalnych dostać się do historycznej osady, trzeba wydostać się na szosę lub przejść przez las.

Między osadą a starym osiedlem fabrycznym stoją ogromne hale nowego przemysłu. Na północ od nich, w starym Gimo, gdzie już prawie nikt nie mieszka, wiekowe lipy ocieniają wille zarządców i starszych majstrów z ubiegłego wieku. A na południu – niewymagające pielęgnacji kolczaste krzewy i mieszkalne klocki z lat sześćdziesiątych są przeplatane amerykańskimi kwartałami willowymi. Nie ma tu żadnych starych drzew. Nowe Gimo sterczy na polu.

O siódmej wieczorem na rynku, po którym hula wiatr, rzadko pojawiają się Szwedzi. Garstka tych spośród trzech tysięcy mieszkańców, którzy wyszli na ulice, nie wystarcza, by je zaludnić. Życiu towarzyskiemu miejscowi oddają się głównie przez telefon, a gdy chcą popatrzeć na hokeja, korzystają z samochodu. Ale na rynku stoją dwie budki telefoniczne, a że pięciuset uchodźców nie posiada ani samochodów, ani telefonów, wieczorem rynek w Gimo zdominowany jest przez Bośniaków, Irańczyków, Albańczyków, Somalijczyków, Ugandyjczyków czy którąkolwiek z trzydziestu pięciu nacji, jakie Urząd Imigracyjny ulokował na skraju osady. Gdyby nie było tak zimno, gdyby szyldy sklepów nie zdradzały, gdzie jesteśmy, gdyby czarni, brązowi i biali nie mówili do siebie per hombre („chodź, człowiek, grać w bilard”), wieczorami można by myśleć, że to przedmieście Neapolu czy Amsterdamu.

Sandvik Coromant w Gimo jest jasną, przestronną i nowoczesną fabryką. Prawie cała produkcja ostrzy skrawających idzie na eksport. Jeśli klient z Brazylii czy Kanady złoży zamówienie przed godziną szesnastą, może liczyć, że już następnego dnia będzie skrawał wyrobami Sandvik. Szwedzka jakość, niezawodność i przede wszystkim – szwedzka stal. O ile rynek w Gimo wieczorami bywa neapolitański, o tyle Sandvik jest niemal wyłącznie nordycki. Odeszli prawie wszyscy zatrudnieni w latach sześćdziesiątych Jugosłowianie, a także Libańczycy, którzy pojawili się po 1982 roku. W czerwcu 1989 wśród tysiąca pięciuset pracowników Sandvik było pięciu pozanordyckich imigrantów. Jednego z nich nazwijmy Józefem.

Policja przyjechała o 21.45 pod koniec drugiej zmiany. Było zgłoszenie, że jeden z zatrudnionych miał wypadek przy maszynie: „Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, powiedziano nam, że chodzi o pobicie”.

Józef leżał na noszach na brzuchu, zeznał, że „został skopany i pobity”.

Z protokołu obdukcji: „krew w moczu, przypuszczalnie w wyniku uderzenia w okolicy lewej nerki”, „uszkodzenia potylicy… oraz… na wysokości trzech dolnych żeber”. „Obrażenia ciała nie zagrażają życiu i nie spowodują trwałego kalectwa, ale uraz psychiczny będzie prawdopodobnie trudniejszy do wyleczenia”.

Tylko dwa fakty dają się ustalić:

Józef wielokrotnie skarżył się przełożonym, ale brygadziści informowali go, że epitety typu „cholerny czarnuch” czy „won z obcym”, jak też obrzucanie kawałkami żelaza czy namoczoną szmatą „mogą wystąpić w miejscu pracy jako przejaw koleżeńskich żartów”. I że Józef nie powinien brać sobie tego do serca.

Jeden z szefów – na krótko zanim została wezwana karetka – próbował namówić kolegów Józefa, by „dali spokój głupotom”.

Poza tym wersje różnią się diametralnie. Józef twierdzi, że został napadnięty przez kilkanaście osób i w obronie własnej chwycił metalową rurkę. Pozostałe zeznania są w większości sprzeczne, ale zgodne co do tego, że Józef niczym niesprowokowany zaatakował kolegów metalowym przedmiotem. Nikt nie widział, aby ktokolwiek zadał mu choć jeden cios. Większość zdaje się nie wiedzieć, jak mu na imię, w trakcie przesłuchań konsekwentnie nazywany jest „imigrantem” lub „obcokrajowcem”.

Po wypisaniu ze szpitala Józef został zwolniony z pracy. Teraz kierownictwo żałuje decyzji: „Nie trzeba było go zwalniać, sam by to zrobił”.

Obecnie Sandvik w Gimo zatrudnia jedynie dwóch śniadych mężczyzn. Cztery miesiące temu jeden z nich znalazł na swoim stanowisku pracy wywieszkę: „Laserman1 jest światełkiem w Szwecji”. Najbardziej go ubodło, dowiaduję się, nie to, że jakiś burak wywiesił napis, tylko to, że koledzy, których poza tym bardzo lubi, nie zdobyli się na to, by go zdjąć. Kartka wisiała przez kilka godzin, aż zdjęła ją jakaś kobieta. Zdarzenie nie zostało zgłoszone ani do związków, ani do kierownictwa zakładu.

Więcej na łamach lutowego „Znaku”

Zamów numer

MACIEJ ZAREMBA, ur. 1951 w Poznaniu, publicysta dziennika „Dagens Nyheter”, tłumacz m.in. poezji Zbigniewa Herberta. W 1969 r. wyemigrował do Szwecji, gdzie aktywnie współpracował z polską opozycją. Jako dziennikarz opisał w 1997 r. sprawę przymusowych sterylizacji, które rząd szwedzki przeprowadzał przez kilkadziesiat lat na tysiącach „niepożądanych” obywateli. W 2005 r. otrzymał medal 25-lecia „Solidarności”.

Drukowany w „Znaku” reportaż pochodzi z książki Macieja Zaremby Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, która wkrótce ukaże się nakładem wydawnictwa Czarne.

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK

 

 

 


E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.