|

TEMAT MIESIĄCA:
Sami wśród obcych. Dramat uchodźców
Gimo – czarny zaścianek Szwecji? (fragment)
MACIEJ ZAREMBA
Przy ulicy Sågargatan 13 w Gimo mieszka mniej
więcej setka uchodźców oraz Karlsson. Karlsson
prowadzi bujne życie towarzyskie, głównie ze
skinami z Uppsali. Kiedy się razem zabawiają,
bywa gorąco: czasem wrzucą Somalijce i jej
dzieciom przez okno kamień albo zaśpiewają
z balkonu pieśń na cześć białej rasy z rękami
podniesionymi w hitlerowskim pozdrowieniu.
O ile w ogóle pozdrawiają swoich sąsiadów, czynią
to słowami: „Spadaj do domu, czarnuchu!”.
W dniu Święta Lata w kościele w Skepthammar obecny był Turczyn
prawdziwy, pod mianem Mohammed znany, w Szwedów zwycięskiej bitwie
przy Swensksund do niewoli wzięty, teraz zaś paź Jego Wysokości
najmiłościwiej nam panującego króla, co przez niecodzienność swoją na
odnotowanie zasługuje.
(Z księgi parafialnej Skäfthammar-Gimo, 1791)
Zaraz po Święcie Lata w 1993 roku mieszkańcy Gimo zebrali się
na sejmik, gdzie słowa nieprzychylne, a i zajadłe nawet padały
o pięciuset obcych do Gimo sprowadzonych przez Urząd Imigracyjny. Co tam powiedziano, dnia onego jeszcze za pośrednictwem telewizji
wiadomym się stało mieszkańcom całego królestwa, o czym –
z powodu pożałowania godnych dla Gimo konsekwencji – wspomnieć
należy.
Kolebka Gimo leży przy Herrgården, pod mostkiem, dokładnie
tam, gdzie Wielki Staw otwiera swój wodospad i gdzie po dziś dzień
podziwiać można resztki kuźni. Ale to Gimo, które królewski namiestnik
Hans Sigvardsson założył w 1615 roku, już nie istnieje. Nowego,
wzniesionego kilometr dalej na łące, nic ze starym nie łączy.
Żeby z centrum i kwartałów mieszkalnych dostać się do historycznej
osady, trzeba wydostać się na szosę lub przejść przez las.
Między osadą a starym osiedlem fabrycznym stoją ogromne hale
nowego przemysłu. Na północ od nich, w starym Gimo, gdzie już
prawie nikt nie mieszka, wiekowe lipy ocieniają wille zarządców
i starszych majstrów z ubiegłego wieku. A na południu – niewymagające
pielęgnacji kolczaste krzewy i mieszkalne klocki z lat sześćdziesiątych
są przeplatane amerykańskimi kwartałami willowymi. Nie
ma tu żadnych starych drzew. Nowe Gimo sterczy na polu.
O siódmej wieczorem na rynku, po którym hula wiatr, rzadko
pojawiają się Szwedzi. Garstka tych spośród trzech tysięcy mieszkańców,
którzy wyszli na ulice, nie wystarcza, by je zaludnić. Życiu
towarzyskiemu miejscowi oddają się głównie przez telefon, a gdy
chcą popatrzeć na hokeja, korzystają z samochodu. Ale na rynku
stoją dwie budki telefoniczne, a że pięciuset uchodźców nie posiada
ani samochodów, ani telefonów, wieczorem rynek w Gimo zdominowany
jest przez Bośniaków, Irańczyków, Albańczyków, Somalijczyków,
Ugandyjczyków czy którąkolwiek z trzydziestu pięciu nacji,
jakie Urząd Imigracyjny ulokował na skraju osady. Gdyby nie było
tak zimno, gdyby szyldy sklepów nie zdradzały, gdzie jesteśmy, gdyby
czarni, brązowi i biali nie mówili do siebie per hombre („chodź,
człowiek, grać w bilard”), wieczorami można by myśleć, że to przedmieście
Neapolu czy Amsterdamu.
Sandvik Coromant w Gimo jest jasną, przestronną i nowoczesną
fabryką. Prawie cała produkcja ostrzy skrawających idzie na eksport.
Jeśli klient z Brazylii czy Kanady złoży zamówienie przed godziną szesnastą, może liczyć, że już następnego dnia będzie skrawał wyrobami
Sandvik. Szwedzka jakość, niezawodność i przede wszystkim –
szwedzka stal. O ile rynek w Gimo wieczorami bywa neapolitański,
o tyle Sandvik jest niemal wyłącznie nordycki. Odeszli prawie wszyscy
zatrudnieni w latach sześćdziesiątych Jugosłowianie, a także Libańczycy,
którzy pojawili się po 1982 roku. W czerwcu 1989 wśród
tysiąca pięciuset pracowników Sandvik było pięciu pozanordyckich
imigrantów. Jednego z nich nazwijmy Józefem.
Policja przyjechała o 21.45 pod koniec drugiej zmiany. Było zgłoszenie,
że jeden z zatrudnionych miał wypadek przy maszynie: „Kiedy
przyjechaliśmy na miejsce, powiedziano nam, że chodzi o pobicie”.
Józef leżał na noszach na brzuchu, zeznał, że „został skopany
i pobity”.
Z protokołu obdukcji: „krew w moczu, przypuszczalnie w wyniku
uderzenia w okolicy lewej nerki”, „uszkodzenia potylicy… oraz…
na wysokości trzech dolnych żeber”. „Obrażenia ciała nie zagrażają
życiu i nie spowodują trwałego kalectwa, ale uraz psychiczny będzie
prawdopodobnie trudniejszy do wyleczenia”.
Tylko dwa fakty dają się ustalić:
Józef wielokrotnie skarżył się przełożonym, ale brygadziści informowali
go, że epitety typu „cholerny czarnuch” czy „won z obcym”,
jak też obrzucanie kawałkami żelaza czy namoczoną szmatą
„mogą wystąpić w miejscu pracy jako przejaw koleżeńskich żartów”.
I że Józef nie powinien brać sobie tego do serca.
Jeden z szefów – na krótko zanim została wezwana karetka –
próbował namówić kolegów Józefa, by „dali spokój głupotom”.
Poza tym wersje różnią się diametralnie. Józef twierdzi, że został
napadnięty przez kilkanaście osób i w obronie własnej chwycił metalową
rurkę. Pozostałe zeznania są w większości sprzeczne, ale zgodne
co do tego, że Józef niczym niesprowokowany zaatakował kolegów
metalowym przedmiotem. Nikt nie widział, aby ktokolwiek zadał
mu choć jeden cios. Większość zdaje się nie wiedzieć, jak mu na
imię, w trakcie przesłuchań konsekwentnie nazywany jest „imigrantem”
lub „obcokrajowcem”.
Po wypisaniu ze szpitala Józef został zwolniony z pracy. Teraz
kierownictwo żałuje decyzji: „Nie trzeba było go zwalniać, sam by
to zrobił”.
Obecnie Sandvik w Gimo zatrudnia jedynie dwóch śniadych
mężczyzn. Cztery miesiące temu jeden z nich znalazł na swoim stanowisku
pracy wywieszkę: „Laserman1 jest światełkiem w Szwecji”.
Najbardziej go ubodło, dowiaduję się, nie to, że jakiś burak wywiesił
napis, tylko to, że koledzy, których poza tym bardzo lubi, nie zdobyli
się na to, by go zdjąć. Kartka wisiała przez kilka godzin, aż zdjęła ją
jakaś kobieta. Zdarzenie nie zostało zgłoszone ani do związków, ani
do kierownictwa zakładu.
Więcej na łamach lutowego „Znaku”
Zamów numer
MACIEJ ZAREMBA, ur. 1951 w Poznaniu, publicysta dziennika „Dagens
Nyheter”, tłumacz m.in. poezji Zbigniewa Herberta. W 1969 r.
wyemigrował do Szwecji, gdzie aktywnie współpracował z polską opozycją.
Jako dziennikarz opisał w 1997 r. sprawę przymusowych sterylizacji,
które rząd szwedzki przeprowadzał przez kilkadziesiat lat na tysiącach
„niepożądanych” obywateli. W 2005 r. otrzymał medal 25-lecia
„Solidarności”.
Drukowany w „Znaku” reportaż pochodzi z książki Macieja Zaremby Polski hydraulik i inne opowieści
ze Szwecji, która wkrótce ukaże się nakładem wydawnictwa Czarne.
POCZĄTEK STRONY |