|

ZDARZENIA – KSIĄŻKI – LUDZIE
O zbawieniu „niewiernych” i pomyłkach Kościoła
(fragment)
PIOTR SIKORA
Bernard Sesboüé,
Poza Kościołem nie ma zbawienia.
Historia formuły i problemy
interpretacyjne,
tłum. Agnieszka Kuryś,
W drodze, Poznań 2007
Czy ludzie nienależący do Kościoła mogą dostąpić zbawienia?
Sądząc z badań socjologicznych, dla większości katolików i w Polsce,
i na świecie odpowiedź jest oczywista: tak. Tę zdecydowaną pozytywną
odpowiedź można uzasadnić, odwołując się do wielu wypowiedzi
ostatniego soboru oraz papieży epoki soborowej i posoborowej. Formułą
„poza Kościołem nie ma zbawienia” posługują się już chyba tylko
skrajni konserwatyści, stanowiący margines Kościoła katolickiego. Po
co zatem czytać dość grubą książkę podejmującą przebrzmiały, zdawałoby
się, problem?
Historia formuły „extra Ecclesiam nulla salus” jest jednak nie tylko
historią niezwykle ważnego problemu teologicznego – może ona także
wywrócić do góry nogami nasz powszedni stosunek do urzędu nauczycielskiego
Kościoła. Oto bowiem francuski teolog i historyk dogmatu
Bernard Sesboüé SJ jasno i precyzyjnie pokazuje, że dzisiejsza pozytywna
odpowiedź na pytanie o zbawienie niechrześcijan (a nawet niekatolików)
jawi się jako sprzeczna z nauczaniem wielu Ojców Kościoła, orzeczeniami
średniowiecznych soborów czy papieży. Augustyn, gigant myśli
chrześcijańskiej, nie wzdragał się przed stwierdzeniem, że nawet ci,
którzy nie znają Ewangelii bez swojej winy, idą na zatracenie. A cóż
powiedzieć o uroczystych orzeczeniach papieża Bonifacego lub Soboru
Florenckiego, które stwierdzają, że posłuszeństwo biskupowi rzymskiemu
konieczne jest do zbawienia (Bonifacy) i że „nikt – jakichkolwiek by
jałmużn nie udzielał, nawet gdyby dla imienia Chrystusa przelał swą
krew – nie może być zbawiony, jeśli nie pozostaje w łonie Kościoła katolickiego
i w jedności z nim” (Sobór Florencki).
A zagadnienie zbawienia poza Kościołem bynajmniej nie jest błahe –
należy do samego centrum wiary chrześcijańskiej, zbiegają się w nim bowiem zasadnicze tematy: natury Bożego dzieła zbawienia, relacji Chrystusa
i Kościoła, istoty samego aktu wiary; każde z rozstrzygnięć w rozważanej
kwestii niesie ze sobą inny obraz Boga i inne spojrzenie na fundamenty
ludzkiej kondycji. Jak jest zatem możliwe, że w tak ważkiej
kwestii wypowiedzi urzędu nauczycielskiego zdają się sobie przeczyć (lub
po prostu – przeczą)? Czy – jak twierdzą niektórzy tradycjonaliści –
Kościół w czasie Vaticanum II i po nim odszedł od prawdziwej wiary
ojców? A może trzeba postawić pytanie: jak to możliwe, że przez wiele
wieków najznamienitsi myśliciele chrześcijańscy, papieże i sobory ośmielali
się tak zdecydowanie posyłać w imieniu Boga w otchłań piekła miliony
dobrych ludzi tylko za to, że nie uwierzyli w przesłanie Kościoła
i nie wstąpili do niego – czasami w ogóle nie wiedząc o istnieniu chrześcijaństwa,
czasami spotykając je w osobach krwawych konkwistadorów,
a z reguły będąc wychowanymi w jakiejś innej tradycji religijnej
jako najlepszej lub jedynie prawdziwej? Jak to możliwe, że przez tak
długi czas Kościół oficjalnie głosił tak potworny obraz Boga? Jak to
możliwe, że dopiero w XX wieku dotarło do chrześcijan przesłanie o Bogu,
który kocha wszystkie swoje dzieci?
Upraszczam oczywiście, ale ten uproszczony obraz staje przed oczami
każdemu, kto pobieżnie przeczyta odpowiednie, przywoływane wyżej,
kościelne dokumenty. Aby uniknąć uproszczeń, potrzebna jest praca
dobrego historyka – jakim jest na przykład Bernard Sesboüé – który
by poddał teksty analizie, naświetlił kontekst ich powstania: mentalność
epoki, ukryte założenia czy konkretne problemy, z którymi borykali
się autorzy, wyjaśnił rzeczywisty sens wypowiedzi, który może odbiegać
od znaczenia, jakie nam dziś narzuca się niemal naturalnie przy
lekturze.
Więcej na łamach lutowego „Znaku”
Zamów numer
PIOTR SIKORA, dr, teolog i filozof, adiunkt w Katedrze Chrystologii
Wydziału Teologicznego PAT.
POCZĄTEK STRONY |