70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nadzieja

Największa i najbardziej sensotwórcza z nadziei jest możliwa tylko dzięki wierze. Bez niej nadziei zawsze grozi stoczenie się do poziomu złudy, zachcianki albo ostatecznie gorzkie pogodzenie się z nieuchronnością. Ale wiara też nie jest możliwa bez nadziei, choćby dlatego, że nigdy nie daje całkowitej pewności. Jest zakładem, choć niekoniecznie Pascala.

Nowy Rok oznacza nową nadzieję. Tak jak niedawno nowy rząd, a zawsze nowa praca, nowe mieszkanie, nowa miłość, nowe Cokolwiek. Jakże mogłoby być inaczej? Skończyło się właśnie to, co stare, zużyte i pełne uciążliwych wad, które znamy aż nadto dotkliwie. Nowe ledwie się zapowiedziało, jest jeszcze kuszącą obietnicą, księgą otwartą dopiero na pierwszej stronie, ufnością poranka. Cóż z tego, że doświadczenie i wiedza ostrzegają nas, że to nowe i jeszcze niespełnione wad będzie miało mniej więcej tyle samo, co stare i dobrze poznane? Wad nowych i nowych zagrożeń nie znamy, tylko te dawne znużyły nas aż nadto. Stąd nadzieja. Jak bez niej żyć? „Porankiem świata” – nazwał ją Seneka. Przecież gdyby nie ona, to z każdym brzaskiem witałyby nas wczorajsze upiory, a nie świeżość niezapisanej jeszcze karty. Może nadzieja bywa matką głupich, ale nade wszystko jest natchnieniem żyjących; niechaj więc żywi nie tracą nadziei!

Gwiazda betlejemska wszystkich czasów

Życie człowieka jest wędrówką. Tak przedstawiali je już Grecy. Chrześcijaństwo nazwało je raczej pielgrzymką, bo pielgrzym nie jest włóczykijem, lecz ma cel nadprzyrodzony i do niego zmierza. Ale wtedy niezbędna jest nadzieja. A może jeszcze więcej… Włóczykij wędruje z musu, a częściej dla zachcianki; może go przepędzono, a może tylko za horyzontem spodziewa się legowiska i dobrej kolacji, a przynajmniej zajmującego widoku. Pielgrzym ma swój cel o wiele dalej, wyżej, czasem poza zasięgiem życia. Temu celowi jest wierny, podporządkowuje mu swoją wędrówkę, w jego imię orientuje przestrzeń i wykorzystuje otaczającą go teraźniejszość. Tylko nadzieja sytuuje przyszłość w naszym życiu i nadaje jej sens. Jeśli zaprzeczymy nadziei, pozostaną nam tylko zachcianki, zniknie cel, a tym samym sens. Nie musi być on postawiony przez Boga; można w Niego nie wierzyć i żyć godziwie. Celem bywa też odkrycie, wielka idea albo wielka miłość. Zawsze jednak cel przyciągający naszą nadzieję przerasta otaczającą nas codzienność. Świat pielgrzyma jest trójwymiarowy, świat włóczykija – płaski. Kij pielgrzyma zawsze sięga nieba.

Nadzieja nadaje sens nie tylko wędrówce. U podstaw nadziei powinna leżeć świadomość cierpienia. Temu, kto tkwi w błogostanie, niepotrzebna jest nadzieja inna niż domniemanie, że raj nie zostanie utracony. Wieprz jest pewien, że rano znowu zastanie pełne koryto, a niczego innego nie potrzebuje. O istnieniu rzeźnika nie wie, choć ten już szlifuje swoje niezawodne ostrze. Nadzieja więc nie tylko odróżnia człowieka od zwierzęcia, ale jest świadomością rozdarcia między spodziewanym dobrem a czającym się zewsząd zagrożeniem. A może nawet rozdarcia między dobrem a złem, również we własnej duszy. Nie ma nadziei bez obawy; strach jest bratem nadziei, cóż z tego, że przyrodnim? Nadzieja świadoma swoich źródeł nie jest więc tylko miłą złudą, owym „opium dla ludu” łagodzącym ból istnienia, użyteczną laską, którą może podpierać się przebywający wykroty wędrowiec. Jest nie tylko przyświecającą nam gwiazdą, ale stanem zrozumienia jego ludzkiej kondycji, pogodzenia się z małością, ograniczeniem i sąsiedztwem nieszczęścia. Tylko ona pozwala wyjść ponad strach i ból, stanąć powyżej.

Nadzieja nadaje sens zarówno cierpieniu – kiedy je przeżywamy – jak i darowi, kiedy go składamy komukolwiek. Bez nadziei pokładanej w kimś innym dar byłby albo nierozumnym uszczupleniem stanu posiadania, albo zapłatą wynikającą ze sprytnego rachunku wzajemnych korzyści. Także ta szczególna i dramatyczna postać daru, jaką jest ofiara. „Nadzieja przychodzi do człowieka wraz z drugim człowiekiem” – pisze  Dante.

Nadzieja jest siłą twórczą nie tylko dlatego, że każe odbudowywać domy na gruzach kolejnych wojen, uczyć się, dokonywać wynalazków, tworzyć teorie naukowe. Także, a może nade wszystko dlatego, że uskrzydla kalekę, by przezwyciężył rozpacz i odnalazł swoje miejsce w życiu. Cierpiącemu pomaga odnaleźć się wśród zdrowych, a uwięzionemu powiada, że wyjdzie z lochów i rozpocznie lepsze życie.

Nasze istnienie jest losem Syzyfa, nieraz Hioba, a czasem nawet Prometeusza bezsilnie miotającego się na swojej skale, ale żaden z nich nie popadł w rozpacz, choć każdy z nich przeklinał. Nieraz gniewnie odrzucamy nadzieję, nieraz bluźnimy, często rozpaczamy, nawet Chrystus na krzyżu w chwili najgorszego bólu zwątpił w Ojca, który jakoby miał go opuścić. Nadzieja jest jednak znacznie cierpliwsza od kogokolwiek ze śmiertelnych. Jeśli płodzimy dzieci, sadzimy drzewa, oliwimy maszyny, piszemy książki – znaczy, że mamy jeszcze nadzieję.

„Jeśli chcesz, by pomógł tobie Pan Bóg, najpierw pomóż sam sobie” – powiadają zaradni Amerykanie. To właśnie odróżnia nadzieję od złudy. Ten, kto ma nadzieję – działa i to tak, aby być pewnym, że uczynił wszystko, co było w jego mocy. Ten kto się łudzi – czeka, najwyżej z rosnącą frustracją pokrzykuje „należy mi się!”. Złuda jest nadzieją głupców, dlatego tak kochają ją populiści wszelkiej maści.

Nadzieja jest bowiem zbratana z odwagą. Trudno powiedzieć co jest pierwsze, co jest ważniejsze? Jedno bez drugiego nie istnieje. Odwaga pielgrzyma przeciwstawiającego się przeciwnościom odgradzającym go od celu, którego jeszcze nie widzi, ale w który wierzy. Włóczykij dawno by zawrócił, wybrał drogę gdzie indziej. Odwaga cierpiącego, który nie poddaje się bólowi. Odwaga Hioba, który nie zapiera się wiary. Odwaga Prometeusza, który wie, co go czeka, a pomimo wszystko niesie ludziom wymarzony dar ognia. Do podtrzymania złudy lub zachcianki nie potrzeba odwagi, ale nadzieja jednak żywi się nią na pewno. Może lepiej powiedzieć: męstwo. Jest ono dzieckiem Nadziei i od niej pochodzi. Męstwo pozbawione matki staje się zaledwie szaleństwem lub ślepotą. Nie ma męstwa bez nadziei: ani męstwa żołnierza, ani męstwa więźnia, ani męstwa badacza dążącego do wyniku mimo tylu daremnych prób.

Ale jest też nadzieja ostateczna, zakorzeniona tylko w Absolucie, dla której śmierć nie jest kresem świata, lecz przejściem do lepszego. Tu wierzący ma przewagę. Śmierć może być źródłem zarówno nadziei, jak i rozpaczy – zależnie od tego, w co wierzymy. Tak więc największa i najbardziej sensotwórcza z nadziei jest możliwa tylko dzięki wierze. Bez niej nadziei zawsze grozi stoczenie się do poziomu złudy, zachcianki albo ostatecznie gorzkie pogodzenie się z nieuchronnością. Ale wiara też nie jest możliwa bez nadziei, choćby dlatego, że nigdy nie daje całkowitej pewności. Jest zakładem, choć niekoniecznie Pascala.

Ale ten, kto do nadziei nie może dojść przez wiarę, może jej zaznać przez miłość. Ta droga jest otwarta także dla niedowiarków, choć jakże bliska wierze. Miłość jest przecież także zakładem. Apostoł Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian poucza, że trzy moce są najważniejsze w życiu chrześcijanina: wiara, nadzieja i miłość.

Ktoś inny pięknie napisał, że miłość jest kobieca, wiara męska, ale nadzieja – zawsze dziecięca.

Przyszłość jako piękne złudzenie

Człowiek w ciągu wieków był konserwatystą. W przyszłość patrzył nieufnie, raczej się jej obawiał, jak wszystkiego, czego nie poznał i nie rozumie. Najwyżej modlitwa lub zabiegi magiczne mogły odwrócić ukryte w dniu jutrzejszym – jak w ciemnym pokoju – lęki i zagrożenia. Ludzie przez wieki i tysiąclecia żyli raczej teraźniejszością i przeszłością, a nadprzyrodzona nagroda za dobre sprawowanie obiecana była przecież poza czasem i Historią, gdzieś w raju – obojętnie jak go opisywała panująca w danym miejscu globu religia – i na to tylko mogli mieć nadzieję. Dopiero przekonanie, że istnieje postęp, nakłoniło człowieka do nadziei na ziemską przyszłość, postęp bowiem z samej swej istoty zakłada, że przyszłość musi być lepsza niż teraźniejszość. Przykładem takiej wiary w przyszłość są Stany Zjednoczone, które ta „świecka religia” zaradnego, pewnego swoich sił i natchnionego wiarą w postęp, indywidualistycznego, wolnego pioniera, kowboja, osadnika czy biznesmena uczyniła mocarstwem. I dziś widać nawet w Stanach, jak ta wiara z wolna się kruszy, jak ludzie tracą przekonanie, że będą żyć lepiej i zamożniej niż ich ojcowie, że pod dostatkiem dla każdego jest wszelkich dóbr, szans i wolności. Nie wspominając już o starej Europie, która marzy tylko o świętym spokoju w swoim unijnym, odgrodzonym od niespokojnej reszty świata „kryształowym pałacu”. Tymczasem Azjaci, którzy przymierzają się do pozycji lidera jeśli nie XXI, to już na pewno XXII wieku, nie znają naszej oświeceniowej koncepcji postępu, który można zobrazować wznoszącą się coraz wyżej krzywą. Dla nich bieg dziejów jest cykliczny, po obwodzie wielkiego koła: wszystko już było i wszystko jeszcze kiedyś będzie ponownie. Historia się powtarza i to po wielekroć; nie inaczej patrzeli na nią nasi europejscy starożytni.

Czy więc dzieje zmierzają w jakimś sensownym kierunku i znając go, można byłoby mówić o postępie? Czy są tylko bezkształtną opowieścią idioty? Teza o postępie stosunków społecznych nie jest tylko marksistowska, wyznają ją liberałowie, wskazując na stopniowy rozwój demokracji, poszerzenie zakresu wolności i praw człowieka. Może więc ma jakiś sens i budzi jakąś nadzieję ta nasza Historia? Ale jeśli usiłujemy być konsekwentni w poszukiwaniu jej sensu i kierunku, to zawsze dojdziemy do którejś z ideologicznych doktryn wypróbowanych z najbardziej fatalnymi skutkami w minionym niedawno XX stuleciu, najkrwawszym i najbardziej fanatycznym w dziejach. Komunizm, faszyzm, państwowy solidaryzm, wszelkie nacjonalizmy i co tam jeszcze poznaliśmy na własnej skórze. Cóż pozostaje? Zwątpienie? Rozpacz? Może rzeczywiście Historia jest tylko daremną szamotaniną nieokiełznanych dusz gotowych żyć i ginąć dla coraz to nowej i coraz to bardziej fałszywej złudy, która zawsze w końcu – jak diabeł kusiciel – wyprowadzi nas na manowce, gdzie nie usłyszymy nawet słowa „przepraszam”, tylko najwyżej jazgot karabinów maszynowych, albo huk eksplodującej bomby? „Nasze dusze są niespokojne, Panie” – skarżył się już przed wiekami św. Augustyn. Nie istnieje więc metafizyka Historii, istnieje tylko metafizyka duszy. Na pewno ten świat nie jest miejscem, gdzie realizuje się prawda i sprawiedliwość, i jedyne, co możemy zrobić – my, miotani tymi wichrami żeglarze – to starać się, aby choć w naszym najbliższym otoczeniu było trochę mniej nieszczęścia, bólu i jawnej niesprawiedliwości. To wszystko. Wszystko inne przekracza siły, jakie zostały nam dane, i zawsze sprowadzi się do wypatrywania już za najbliższym bałwanem, albo ostatecznie tym drugim, zbawczej wyspy Utopii, która nieuchronnie okazuje się bagnem.

Jeśli tak, to istnieje tylko jakiś mały sens Historii, jakiś mały i lokalny – choć z jakże wielkim trudem osiągany – postęp. Tak mały i lokalny jak małe i lokalne są nasze siły, choć starania wymagają nieraz heroizmu. W końcu demokracja – jeśli da się ją gdzieś zaprowadzić – jest lepsza od tyranii, a jako tako normalny prezydent od zadufanego durnia. Więc trzeba próbować i angażować się w możliwe do podjęcia działania z pełną i gorzką wiedzą o tym, że większość mieszkańców naszej planety i tak będzie żyła pod rządami różnych głupków, doktrynerów lub fanatyków, którzy zresztą chętnie nazywają swe reżimy „demokratycznymi”. I nic nie można zrobić, aby ich zbawić masowo. Można tylko próbować uczynić cokolwiek aby dać komuś dobry przykład, aby mniej Irańczyków, Hutu i Tutsi albo Izraelitów i Palestyńczyków wyrżnęło się nawzajem, choć i tak nikt nie uchroni ich przed namiętnością mordu. Tak jak kiedyś najszlachetniejsi z minionego pokolenia próbowali sprawić, aby zbrodniarze wymordowali jednak choć trochę mniej Żydów, chociaż nie w ich mocy było wygaszenie pieców. Tak jak potem ten i ów próbował sprawić, by narzucony komunizm był trochę mniej dotkliwy, choć nie w jego mocy było odwrócenie Jałty; teraz niewyżyci i gniewni odsądzają takich od czci i wiary. Trzeba próbować choć trochę posprzątać dookoła siebie z pełną wiedzą o tym, że nie tylko nikt ci nie powie „dziękuję”, ale jeszcze będziesz opluty i obsobaczony. To o wiele za mało, by pokładać nadzieję w postępie, ale tak wielu wciąż weń święcie wierzy.

W popularnej wersji modlitwy Reinholda Niebuhra padają słowa: „Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to, co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego”.

Wisława Szymborska z kolei napisała:

Już zbyt wiele się stało,

co się stać nie miało,

a to, co miało nadejść,

nie nadeszło. (…)

Kto chciał cieszyć się światem,

ten staje przed zadaniem

nie do wykonania…

 

Nadzieja, matka nieszczęścia

Co gorsza świat postępu zabija sam siebie, bo powinien być światem równości. Skoro jutro może być lepsze do dnia dzisiejszego, nic nie stoi na przeszkodzie, aby było lepsze dla wszystkich. Przecież mnie samemu „należy się” tak samo jak innym – szczęśliwszym lub lepiej ustawionym. Pucybut z amerykańskiej bajeczki wierzy, że będzie milionerem. Uszczęśliwiony ciura dowiaduje się, że ma w plecaku przynależną mu buławę. Jeśli chłop nie zostanie panem – a przynajmniej półpankiem – to na pewno awansuje jego syn albo wnuk.

W dawnym świecie – w którym „jako było na początku, tak i zawsze na wieki wieków, amen” – sama myśl o tym, że jutro może być lepsze od dnia dzisiejszego była bluźniercza. W takim świecie, zamiast buntowniczej nadziei, dominowało zrezygnowane pogodzenie. W takim świecie nie było innych wzorców jak cierpliwość w znoszeniu dnia dzisiejszego, bo jutro nie jest niczym innym jak powielaną aż do śmierci dzisiejszością.

Globalizacja przyniosła nieodwracalne pęknięcie świata przez to, że nastąpiło upowszechnienie wzorców z bogatszych i szczęśliwszych jego części mimo niemożliwości ich globalnej realizacji. Tylko nieliczni z pucybutów zostaną milionerami, a w miarę upływu czasu będzie to coraz trudniejsze. Buława noszona w plecaku nie czyni generałem. Wzorce i wynikające z nich nadzieje są już globalne, ale los wciąż pozostał lokalny. Wzorce z USA, los z Bangladeszu, Afganistanu, Palestyny. Dlatego na wyrost rozbudzona nadzieja nie może spotkać się z rzeczywistością. Tej luki nie udaje się niczym wypełnić, bo Bangladesz, Afganistan, Palestyna nigdy nie będą miały zasobów materialnych i kulturowych, by spełnić swoją wersję bajeczki o pucybucie. Nie mówiąc nawet o gigantach takich jak Chiny, Indie, Rosja czy świat arabski. Nie islam pcha do zła, ale podeptana nadzieja. Spełnić rozbudzone nadzieje wszystkich narodów i wszystkich ras mógłby tylko świat idealny i nieograniczony, a ten jest utopią. Nieograniczone są jedynie marzenia sponiewieranego pucybuta.

11 września 2001 i wszystkie późniejsze ataki nie wyniknęły z fundamentalizmu ani z wszechobecnej w świecie biednych niechęci do Ameryki, z jej arogancji jako międzynarodowego szeryfa, ani nawet z zawiści żywionej od prawieków przez biedaka łakomie zaglądającego za cudzy płot. To najwyżej tworzy korzystną atmosferę, ułatwia rekrutację gwardzistów. Międzynarodowy terroryzm wziął się z tego samego, co zrodziło faszyzm i komunizm, co przyświecało hunwejbinom „wielkiego przewodniczącego”, siepaczom Pol Pota i „Świetlistego Szlaku” wyrzynającym współobywateli w imię sobie tylko wiadomych ideałów: wzięło się z prób ustanowienia Królestwa Bożego na ziemi. Wtedy nie ma już zupełnie znaczenia, czy założycielski mit jest rodem z fundamentalistycznej religii czy ze świeckiego kłamstwa. Skoro świat jest tak skandalicznie ułomny wobec bezmiaru naszej nadziei, to pozostaje tylko wiara w jego rewolucyjne przekształcenie, ustanowienie przemocą naszej utopii na gruzach „ich” zmurszałego porządku.

Oto na naszych oczach znowu powtarza się schemat Lenina „wnoszenia świadomości rewolucyjnej” w sfrustrowane masy przez garstkę wszystkowiedzących intelektualistów dysponujących nie tylko ideologiczną wizją raju, ale i sprawnymi bojówkami. Samolotów uderzających w wieże World Trade Center nie pilotowali palestyńscy uchodźcy ani jemeńscy wieśniacy i nie oni dostarczają swym islamskim braciom samobójczych bomb, choć to oni zwykle giną w daremnych zamachach. Czołówka Al-Kaidy, tak jak tych wszystkich równie zbrodniczych co szalonych ruchów, to ludzie wykształceni, mówiący po angielsku, obeznani z Zachodem, nieźle się tam nawet czujący, choć każdy z nich cierpiał na poczucie odrzucenia. Nic to nowego i dziwnego: z takim poczuciem żyją i pracują w swych nowych ojczyznach miliony emigrantów polskich, rosyjskich, arabskich czy jakichkolwiek innych. Wiedzą, że nigdy nie zostaną zaakceptowani jako Amerykanie, Niemcy czy Francuzi –chociaż ich dzieci mają szansę. Wiedzą, że piękne wzorce są nie dla wszystkich, a co lepsze miejsca w przedziałach wyższych klas już dawno zajęte. Pewnie ich to frustruje, ale nie przychodzi im do głowy zemsta ani droga na skróty. Wystarczy jednak, żeby umysły choć niektórych z nich uwiodła zwodnicza nadzieja, która zapala jeszcze bardziej zwodnicze gwiazdy. Wtedy kij pielgrzyma sięga aż do piekła.

Dopiero co wyzwoliliśmy się z jednej morderczej utopii. Okazuje się, że nadciągają następne. Nic nie zrozumieliśmy, niczego się nie nauczyliśmy, nic nie chcemy pamiętać.

„Istnieje radykalne zło, ale nie istnieje radykalne dobro” – napisała zwięźle Hannah Arendt. I dodała: „Radykalne zło powstaje zawsze wtedy,  gdy się chce radykalnego dobra”.

 

Kochanka odważnych

Nadzieja jest prymuską cnót.

Nadzieja uskrzydla, nadzieja dodaje sił, nadzieja prowadzi. Ale jednocześnie ta sama nadzieja bywa kuzynką kłamstwa, matką nieszczęścia. Gdy zdradza swoją starszą siostrę, Miłość – owszem, prowadzi, ale do piekła. Być może właśnie dlatego starożytni Grecy nieufnie odnosili się do nadziei, nie uważali jej za cnotę. Spinoza miał ją za zbędną emocję mącącą jasność umysłu. Dla Nietzschego jest ona po prostu złem – „ponieważ mękę ludzi przedłuża”. Nie pytam o pochodzenie zła. Co innego powie teolog, co innego psychiatra, co innego historyk. Widzę tylko miejsce, gdzie zło się bezustannie odradza i pomnaża: miejsce, gdzie w świecie niesolidarnym niespełniona ludzka nadzieja przeradza się w rozpacz, a ta znajduje fałszywą odpowiedź podsuwaną przez fałszywych proroków, którzy zapalają fałszywe gwiazdy. Dlatego nie wystarczy zabić terrorystów. Nie wystarczy nawet unieszkodliwić ich proroków i zestrzelić gwiazdy. Utopia odrodzi się jak ziele na kraterze wypalonym przez jej poprzednie wcielenia.

Całe szamotanie się człowieka na tym padole, wszystkie nasze dylematy z postępem i nadzieją dają się sprowadzić do wciąż powtarzającej się sceny wygnania z raju. Ewa z Adamem, spożywszy zakazany owoc, zyskali wolność, ale utracili pewność. Wydawało im się, że uzyskają wiedzę i moc, ale popadli w rozdarcie, którego i my doświadczamy. Wystraszeni pragną powrócić, a tymczasem droga do utraconej utopii prowadzi przez ogień, zniszczenie, a w najlepszym wypadku przez obóz koncentracyjny. Ci, którzy powiadają, że wystarczy unieważnić Oświecenie, przywrócić dawny posłuch i niezachwianą wiarę, kłamią, proponując kolejną utopię, choć – być może – i oni będą wysłuchani w chórze fałszywych proroków, siewców zła i zniszczenia.

Dzisiaj także nie mamy innej drogi jak Pierwsi Rodzice. Zjedliśmy jabłko i musimy z tym żyć. Musimy iść, cierpiąc, ale nie tracąc tej odrobiny nadziei, jaka jest jeszcze uzasadniona, i starając się być solidarni z innymi ludźmi cierpiącymi zapewne jeszcze boleśniej. Można stosować różne mniej lub bardziej chwalebne środki zaradcze: wojskowe, policyjne, polityczne, społeczne, charytatywne. Walczyć z tyranami i chroniczną biedą. Umoralniać. Zakazywać. Ale nie da się tego fundamentalnego problemu cywilizacji po prostu rozwiązać. Trzeba z tym żyć, także na „Bożym igrzysku” jutra obejmującym cały zglobalizowany świat. Mądry aforysta Stanisław Jerzy Lec napisał, że „wprawdzie nadzieja bywa matką głupich, ale może być też kochanką odważnych”. Oby miał choć w części rację.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata