70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O różnych godzinach

Dość dawno temu, podczas “wirydarzowej” akcji ku upamiętnieniu Powstania w Getcie, przypadkowy przechodzień spytał nas – z wyraźną pretensją – dlaczego zajmujemy się rocznicą żydowską, a nie naszą, polską, na przykład Powstania Warszawskiego.

– Dlaczego Pan sądzi, że tamto pomijamy? – spytałam, ale odpowiedź nie padła.

Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonana, że nie wszystko w życiu trzeba nazwać.

Potrzebę czy raczej powinność starania się, by pamiętać o ofiarach zagłady – najpierw Żydów – poczułam wcześniej, zanim zdałam sobie sprawę, że trzeba to zobowiązanie tłumaczyć innym.

Jednak wkrótce okazało się, że to konieczne. Napisałam, że w inicjatywach upamiętniania wyraża się sprzeciw wobec intencji sprawców, organizatorów śmierci, dążących do tego, by ich ofiary znikły. Wszelkie ślady ich życia chcą zatrzeć, ukryć, zafałszować.

Szczególnym aspektem zbrodni jest kłamstwo na temat ofiar, okoliczności ich śmierci, w tym jej sprawców. Takie kłamstwo czyni wiele zła, tym więcej, im dłużej trwa. Jedną z postaci tego zła jest krzywda dodatkowo dotykająca bliskich, rodziny ofiar, nawet późnych potomków. Przez kłamstwo i milczenie ich przodkowie na nowo giną.

Dwa dramatyczne przykłady: Katyń i inne zbrodnie na Polakach na wschodzie. Tu poznanie prawdy już zaczyna przynosić dobre skutki, jakąś ulgę, odblokowanie żałoby i przeżycia sieroctwa. Rodziny Katyńskie otacza współczucie.

A teraz Jedwabne. Wciąż nie do końca przyjęta i wyznana tragiczna prawda o bezpośredniej winie Polaków wobec Żydów z tego miasteczka i okolic. Upamiętnienie zaistniało, stanął pomnik, ale napis na nim wciąż wymijający. Wciąż powtarzany jest wykręt, że inny być nie może. Skoro tak, to rany się nie goją. To popielisko wciąż się tli pod spodem. Czuję to, ile razy tam jestem. Żadna książka nie zastąpi wyznania prawdy na tablicy pomnika.

Rosja w małym stopniu wie o tym, ale potrzebny jest jej cmentarz katyński, w pełni jawny w swej istocie, nazwany zgodnie z tym, czym jest. Jeśli zgadzasz się z tym zdaniem, czytając je uważnie, to zastanów się nad tym, co robisz, aby Polska miała potrzebny jej pomnik, upamiętnienie Żydów zamordowanych w Jedwabnem przez Polaków niegodnych być Polakami. Nie wiem, kogo i jak takie spóźnione wyznanie prawdy może wyzwolić, ale uważam je za konieczne. Jak cmentarz katyński.

Bezbronni z braku zaufania

Ofiara szantażu to ofiara do kwadratu. Człowiek poddany szantażowi wybiera między dwoma nieszczęściami. Które z tych nieszczęść uzna za bardziej nie do zniesienia?

Cios spadnie tak czy owak – gdy ulegnie szantażyście i gdy się mu sprzeciwi.

Szantażowany może ulec naciskowi, chcąc chronić kogoś, za kogo czuje się odpowiedzialny. Uważam, że nie powinniśmy dziś sądzić tych, co kiedyś ulegli. W tych sprawach odpowiedzialni i winni są szantażyści, nie ich ofiary.

Szantażystów sprzed lat należy dalej ścigać, piętnować, jeśli to możliwe – karać, a zwłaszcza odbierać im szanse uprawiania tego procederu.

Szantażyści są wciąż niebezpieczni. Mogą szkodzić w każdym ustroju, jak pedofile.

Odpowiedzialność za zło wynikające z szantażu obciąża ludzi stosujących tę technikę wymuszania – czy to zeznań, czy pieniędzy lub protekcji. Ale jednak nie tylko ich.

Istnieje druga, bardzo szeroka odpowiedzialność za sukces szantażystów, obciążająca złamaną ofiarę i jej środowisko, różne grupy odniesienia liczące się w rozrachunku ze sobą i światem.

Szantażyści są przestępcami. Ulegająca ofiara i środowisko to ci, co w trudnym momencie zawiedli siebie nawzajem. Warunkiem skuteczności szantażu jest wstyd i strach ofiary, silniejszy niż zaufanie do swoich. Ulegający wobec szantażu nie wierzy, nie ufa, że on jego bliscy czy zwierzchnicy naprawdę są ludźmi zdolnymi zrozumieć, dać kolejną szansę, okazać nieugiętą solidarność.

Pętla szantażu polega przecież na tym, że okazanie uległości daje szantażującemu nową, może czasem silniejszą, bardziej realną broń. Tę właśnie broń szantażysta pragnie posiąść, to ona daje mu coś w rodzaju wszechmocy. Zadziała z pewnością, jeśli ofiara w gruncie rzeczy bardziej boi się swoich niż przeciwników zakładających sidła.

To rozumowanie wydaje się proste i bynajmniej nie odkrywcze. Ale postępowanie z ofiarami szantażu, których uwikłania teraz wychodzą na jaw, wcale nie wskazuje na zrozumienie współodpowiedzialności szerokiego kręgu “swoich” za zło wynikłe z szantażu i za gehennę szantażowanego. Dlaczego nie znalazł – bo i nie szukał z dostateczną odwagą i śmiałością – wsparcia, osłony przyjaciół, wychowawców, zwierzchników? Dlaczego im nie zaufał? Można widzieć przyczynę w słabości ofiary szantażu. Ale może warto chociaż część winy przypisać tym, co wtedy i teraz gotowi są potępiać, wykluczać i przekreślać? Karać za dawne i obecne nie-bohaterstwa?

Klasyczni terroryści bronią się przed penetracją wrogich im wywiadów eliminują wszystkich podejrzanych. “Eliminacja” może oznaczać wyrok śmierci, podejmowany bez sądu. Szczęśliwie dawna NSZZ “S” nawet działając w warunkach konspiracji nigdy nie przekroczyła granicy terroryzmu. Terrorysta godny tego określenia musi bardziej bać się swoich niż przeciwników. Odrzucając terroryzm, nie płacąc śmiercią za śmierć swoich bohaterów, ludzie “S” czuli, że idą za wezwaniem “Zło dobrem zwyciężaj”.

Jednakże ta zasada wymaga jeszcze czegoś więcej, niż wyrzeczenie się terrorystycznych metod. Przyjęcie tej zasady wyklucza – przynajmniej na dłuższą metę – używanie broni bezbronnych, jaka jest ostracyzm, potępienie czynu połączone z wygnaniem sprawcy. A wygnanie może mieć postać wykluczenia od udziału. W sytuacjach skrajnych może to oznaczać niezasłużoną śmierć cywilną. Zadawanie śmierci cywilnej jest niedopuszczalne, jeśli mamy zwyciężać zło właśnie dobrem, a nie jakkolwiek, byle skutecznie (chociażby na pozór).

Stawianie oporu autorytarnej władzy, posługującej się szantażem, przekreśla szansę dialogu z tymi i takimi jej funkcjonariuszami. Niestety. Nawet ostracyzm może być niezbędny (choć nie powinien trwać w nieskończoność, czy poza termin swej praktycznej użyteczności). Niepokojące jest przedłużanie tego terminu na dziesiątki lat. Szeroko stosowany ostracyzm tworzy nowe zatrute obszary strachu i wstydu, pole dla szantażu.

Wierzę, że teraz możemy pozwolić sobie na zwyciężanie dobrem na wszystkich frontach.

Sen

Telefon do Babci, do Torunia. Ściskam ciężką słuchawkę. Głos z daleka, jak przez ciemną watę i tumany mgły. “Halo, kto?”. Chcę rzucić swoje imię dziecinne, ale czy je wypowiadam? Czy pozostaje w myśli? Wołam “To ja, Halinka… z Wrocławia”.

Ona pyta: “Kiedy przyjedziesz?” No więc, kiedy? W październiku? Ale już minął. W listopadzie? Obiecuję: “Na pewno przed grudniem”. A ona: “którego roku?”. Zaczynam mówić “Dwa tysiące… osiem”. Ale budzę się, wiem, że do grudnia nie zdążę, ta świadomość zrywa połączenie, chociaż dalej czuję, że gdzieś przecież jest Toruń, Mostowa 8. Ale nie ma Halinki z Wrocławia. Halinka już nie wbiegnie po wyszorowanych mydłem kamiennych schodkach do paradnej sieni. Jest tak, jakby przez szarą bramę woda świętojańskiej powodzi wspięła się ulicą aż po piętro i balkon patrycjuszowskiej kamienicy.

Nie zapomnieć Nangar Khel

Współczuć obu stronom zbrojnego konfliktu, czy też – naraz – ofiarom i sprawcom nieszczęścia.

Czy to w ogóle możliwe: objąć ich jednym aktem współczucia, tym samym ze względu na podmiot współczujący, na źródło, na charakter doznania… Współczucie – szczególny rezonans, w którym przeżywamy swoją wspólnotę z cierpiącym.

Mówiąc “współczuję Wam” stwierdzam, że odczuwam ból będący echem waszego bólu; pragnę odwrócić wasz zły los. To może być zły los odpowiedzialnego za zły czyn.

Od bólu współczucia mogę się uwalniać usiłując skutecznie działać przeciw rozrastaniu się zła, przeciw krzywdzie, zadawanej czy doznawanej. Czy to niemożliwe?

Na pewno trudne.

Łatwiejsza droga: przeciąć więź. Nie współczuć, przekreślić ludzką wspólnotę.

Decydując się współczuć, nie tłumiąc rezonansu, trzeba się pogodzić z rozdarciem. Nie będzie można – jak to się zwykle dzieje – po prostu przylgnąć do jednej ze stron. Współczucie transcendentne wobec konfliktu wymaga nie-przyjmowania w siebie nienawiści. Trzeba uznać, że to ludzie ludziom gotują taki los… Nie kiedyś, dawno, lecz i dziś.

Myślę, że tylko tego rodzaju współczucie może się ostać w sytuacji, w której ostateczną krzywdę, śmierć, zadają sobie nawzajem i naprzemian obie strony konfliktu.

Zawsze istnieje pokusa, by wybrać sobie jedną ze stron, by “tych” uznać za “swoich”, a “tamtym” odmówić pełni człowieczeństwa. Przestać widzieć ludzki ból, a więc też i nie współczuć.

Język wojen i czystek etnicznych – cały ten żargon: “oczyszczanie” terenu, stosowanie kryptonimów i kodów zamiast imion ludzkich podkreślających człowieczeństwo – to wszystko znieczula, modyfikuje, okalecza psychikę. Zanik współczucia to oznaka czegoś bardzo groźnego.

Kładąc tak wielki nacisk na współczucie muszę się zastrzec: nie chodzi mi o jakiś prymat emocji, o kierowanie się nimi w przeciwieństwie do wiedzy i rozsądku.

Współczucie bywa odbierającą niezbędną przytomność umysłu i zdolność do działania dla dobra tych, komu współczujemy. To żywioł wymagający opanowania. Modelem, na którym się opieram myśląc o współczuciu, jest postawa, do której się dąży w praktyce opieki nad umierającymi, wymagająca samokontroli, racjonalizacji postępowania, wyzwolenia od egocentryzmu. Towarzyszymy drugiemu człowiekowi w jego agonii. Czy nie tak bywa na wojnie?

*

To rozważanie powstało, gdy problem winy oskarżonych polskich żołnierzy z jednostki walczącej w Afganistanie nie został jeszcze poddany ocenie sądu. W takiej sytuacji trzeba myśleć i mówić bardzo ostrożnie. W związku z tym zalety współczucia ponad konfliktem stają się szczególnie wyraźne. Jest to współczucie gotowe niemal na wszystko. Nie zniesie tylko cynizmu, ale niechętnie przyzna, że to cynizm, a nie próba obrony własnej podjęta na przekór oczywistości.

Czytając ten tekst może wiecie już dokładniej, co się naprawdę stało we wsi Nangar Khel. Albo i nie – bo cierpienie, które tam eksplodowało, ulegnie zapomnieniu. Ja się na zapomnienie nie zgadzam.

Egzamin miernej dojrzałości

W gazecie, którą otwieram, cztery kartki tekstów – hasło “Próbna matura”. Zakładam, że ten materiał obrazuje, czym będzie matura 2008. Jeśli to już teraz, w grudniu 2007 wiedzieć można?

Na pewno nie ze szczegółami, to oczywiste. Ale jednak rysuje się pytanie – czy, i w jakiej mierze zmieni się styl. Dotyczy to zarówno zadań, doboru tekstów i jeszcze bardziej – interpretacji wyników. Spróbuję wyjaśnić, o co mi chodzi, ale najpierw powiem o samym zjawisku “matura”. Mam wrażenie, że widzę je inaczej niż autorzy sprawdzianów.

*

W moim wieku wszystko budzi wspomnienia. Dla młodych – na przykład dla maturzystów 2008 – moje wspomnienia będą czymś egzotycznym.  Mogą nas jednak zbliżyć.

Moja matura – 1949; rok “urwanego lotu”, jak to określa prof. Hanna Swida-Ziemba. Ostatnia matura w liceum wciąż jeszcze będącym kontynuacją przedwojennej koncepcji: 6 lat szkoły “powszechnej”, 4 lata gimnazjum, dwa lata liceum kierunkowego np. matematyczno-fizycznego, przyrodniczego, humanistycznego (moje było przyrodnicze). Potem – wszystko będzie inaczej. Szkołę polską już przezwano “Jedenastolatką” na wzór radziecki, ale my jeszcze uczyliśmy się całe 12 lat; nasi nauczyciele i zdarte na strzępy podręczniki, wszystko było przedwojenne, uzupełniane, komentowane notatkami. Chyba dobrze pamiętam, że były zwolnienia z matury z tych przedmiotów, z których było się konsekwentnie ocenianym na “bardzo dobrze”.

Mnie na pewno została do zdawania fizyka (w “przyrodniczym” obecna na maturze zamiast matematyki) oraz “Polska współczesna” (jakoś tak to się to nazywało).

Klasa przygotowywała się do matury wspólnie, wręcz zespołowo. Do tej “Współczesnej” nie było oczywiście podręczników, sami opracowywaliśmy podane tematy, na każdego z nas przypadało po dwa. Wyniki pracy udostępnialiśmy sobie nawzajem w postaci skryptów, dla każdego egzemplarz. Dziś nikt nie pomyśli, jak to było żmudne – że oznaczało ręczne przepisywanie przez kalkę 5-6 razy! Kultywowaliśmy więc oszczędność słowa. Ale jak tu skrócić referacik o “Akcji W” czyli zwiększaniu produkcji deficytowej wieprzowiny? Wiedzieliśmy, że ta akcja to fikcja, ale tym bardziej trzeba było to wykuć. Właśnie ja opracowywałam akcję W – ten wyczyn to mój jedyny wkład w propagandę sukcesu tuż u zarania PRL.

Na maturze egzaminatorami byli wtedy albo nauczyciele z danej szkoły, albo jeśli nie mieli pełnych kwalifikacji, czy źle byli widziani – kuratorium przysyłało specjalistów z ośrodka metodycznego (nieraz naprawdę dobrych i życzliwych). Prawdziwą plagą był natomiast wtrącający się do wszystkiego tzw. “czynnik społeczny”, jakiś gość lub dama, pilnowacze ówczesnej poprawności ideologicznej, zgodności pytań i odpowiedzi z linią partii. “Czynnik” miewał też instrukcje, by obniżać wyniki uczniów o złej politycznej opinii.

Klasa maturalna lawirowała wśród różnych frontów solidarności i konfliktów. U nas przeważała solidarność większości przedwojennych nauczycieli i równających do nich wielu całkiem młodych, zwłaszcza z Wilna. Ta sama solidarność obejmowała też bardziej świadomych uczniów. Nasza klasa była w tym mocna. Warto by więcej poopowiadać…

Tu tylko powiem, że w 1949 naprawdę kwitły zdrowe jeszcze stare kasztany w toruńskim parku przy Bydgoskim Przedmieściu. Była w nas wiosenna radość. Ale pod spodem strach. Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Świat się przed nami zamykał, a nie otwierał, jak teraz. Ostrożnie, cicho zaczynały opowiadać wilnianki. Ktoś mówił najbliższej przyjaciółce o ratowaniu się przed syberyjskim mrozem w ten sposób, że między dwoma pniami ściętych drzew dało się zasypać dziecko wiórami, jak w grobie. Znany z Wilna okupant radziecki zbliżał się teraz do nas, wcale nie jako “oswobodziciel”.

Jak będzie z dostawaniem się na studia? To była sprawa bardziej przed maturą aktualna niż to, przez co kto przeszedł “we wojnę”. Egzamin wstępny ważniejszy niż matura – trzeba będzie mówić i pisać to, czego “Oni” oczekują, różne – jak wiedzieliśmy od naszych przedwojennych nauczycieli – głupoty: że “geny, to amerykański wymysł”, że Miczurin, Łysenko i Lepieszyńska udowodnili dziedziczenie cech nabytych… Sumienie buntuje się. Gorycz podchodzi do gardła, zimno, wstręt. A i tak my, przyrodniczki, nie dorwiemy się do odkrywania struktury białka. Matematycy, astronomowie będą szczęśliwsi – jeśli rodzice, albo oni sami nie zamknęli sobie drogi do studiów przez polityczne wybory, przez wierność swemu pochodzeniu i poglądom. Skąd wiedzieliśmy – że najważniejsze: być sobą?

*

Z tej perspektywy patrzę na maturzystę 2008 pochylonego nad na razie “próbną” maturą.

Pierwsza refleksja: od moich czasów zmieniła się sama koncepcja “dojrzałości”. Chyba ten egzamin ma dowieść czego innego, niż tak samo zwany egzamin przedwojenny. W roku 1949 nasi nauczyciele myśleli o dojrzałości, tej moderowanej przez szkołę, w zasadzie podobnie, jak przed wojną, albo może marzycielsko tak, jak w wyidealizowanym wolnym świecie, gdzie trwała nietknięta Polska, niepodległa.

Jeśli ten mój tekst trafi do osób, które mogą tamten czas wspominać – to proszę, skorygujcie albo potwierdźcie moją ocenę, czy raczej hipotezę, że “dojrzałość” oznaczała wtedy umiejętność poruszania się w świecie kultury i nie tylko znajomość pewnych tropów – lecz dla wybitniejszego wyniku także umiejętność używania języka i symboli dla wyrażania pewnej własnej wizji. Przynajmniej w zasadzie chodziło o własną wizję, a nie o to, co podyktowane. Tolerowano używanie protez, czyli zastępowanie własnego myślenia opanowaniem schematami i gotowcami pochodzącymi od nauczyciela czy z podręcznika. Sensowne posługiwanie się gotowcami to też dojrzałość, ale mierna, a nie granica aspiracji. A już na pewno nie granica tego, co wolno, co się ceni. Dziś testy zwane maturą promują dojrzałość mierną.

Licząc się z faktem, że zdanie matury nie ma być sitem ograniczającym dostęp do elity, lecz osiągnięciem w miarę powszechnym, dostępnym – zgadzam się, że “dojrzałość” już nie będzie wymagała samodzielności myślenia, że wystarczy, że się tekst zrozumie… ale czy wypada nie dopuszczać, zakazywać czegoś więcej? Tak to ustawiać, że nie ma miejsca dla własnych interpretacji krytycznych, pytań? Dla używania przy tym własnych, niestandardowych informacji, byle poprawnie wniesionych, ze wskazaniem źródeł?

Ze współczuciem przyglądam się maturzyście, który na przykład realizuje ambitniejszy program rozszerzony, rozmyśla więc nad tekstem Pawła Łukowa “Niedźwiedzia przysługa”. Tekst jest naprawdę godny uważnego przeczytania. Będą tacy, których wprowadzi na zupełnie dla nich obcy teren, nienawykli do myślenia o nauce i jej procedurach. Ale w porządku. Ten tekst można zrozumieć w jego własnym świetle, jeśli się umie porządnie myśleć. Został więc dobrze wybrany do celu, jakiemu ma służyć w obrębie testu. A jednak niepokoi mnie polecenie skierowane do maturzysty na początku: “Odpowiadaj jedynie na podstawie tekstu”. Jeśli uczeń nic o “kreacjonizmie” nie wie, to może mu się udać. Ale co, jeśli już o tym zjawisku to i owo słyszał. Jeśli nie na lekcjach biologii albo religii, to w telewizji? Co ma zrobić, jeśli już przyjął jakiś pogląd, który teraz konfrontuje z wyjaśnieniami Łukowa? Czy “własnymi słowami” – jak chce test – ma wyrażać wyłącznie cudze myśli?

Trzeba koniecznie nauczyć dokładnego rozumienia, co jest w tekście i referowania tych, a nie innych informacji. Ale dojrzałość wykazuje się również przez komentowanie od siebie, tyle, że od referowania wyraźnie, czytelnie oddzielone. To też warto ćwiczyć. Jeśli badamy dojrzałość, to powinniśmy również dać szansę wyrażenia własnych myśli, choćby w osobnej części zadania (tam i tylko tam). To jest szczególnie ważne, bo schemat maturalnego testu bardzo zasadniczo wpływa na cały tok pracy w liceum, a może i wcześniej.

Ale więc współczuję maturzyście 2008, ponieważ czuję, że jego indywidualność traci sporą część bodźców do rozwoju w imię wykazania “dojrzałości” testowej, przez koncentrację na odgadywaniu z góry przewidzianego. Ale może to dla jego dobra, aby jego wysiłek był oceniony obiektywnie? Po to skonstruowano test, który teraz to, co napisze, można było ocenić przez porównanie z “modelem” poprawnego zreferowania tekstu, dokonania analizy, interpretacji itp. Kurtyzujący charakter tej procedury jeszcze bardziej uderza, gdy przystępujemy do lektury poezji, np. wiersza Broniewskiego. Wiersz napisał poeta, więc ten żywy twór musi najpierw zostać poddany narkozie i tak pokrojony zgodnie z planem. Mnie, w moich czasach, wolno byłoby zrozumieć, przeżyć tekst, dyskutować z nim albo powtórzyć po nim, co odczytałam, stać się jego echem. Gdyby to okazało się niezgodne z oficjalną linią, nauczyciel może broniłby mnie, jak kiedyś Krystyna Starczewska swoje śmiałe maturzystki, przypłacając to pozbawieniem prawa nauczania. Ale próba wykazania zaistniałaby. Dziś maturzysta przy zdrowych zmysłach nie powinien podejmować próby odejścia od gotowca – nie wolno się wychylać! Jeśli napisze coś nietypowego, to straci punktację (już znam takich). To jest smutne. Nie zazdroszczę maturzystom 2008. Przeciwnie. Rozmyślam, jak zorganizować i udostępniać terapię dla ofiar uczenia pod testy. Właściwie to wiem, na czym by polegała. Od 15 lat trwają Warsztaty Dziennikarskie Młodych. Coś podobnego do nich przydałoby się szerzej.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata