70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Opatrzność w moim życiu

W numerze poświęconym Opatrzności nie mogło zabraknąć świadectw ludzi Jej działania doświadczających. Zadaliśmy im tylko jedno pytanie: czy dostrzegają obecność Opatrzności w swoim życiu?

Krzysztof Dorosz

Kiedy dotknięty nieszczęściem człowiek cierpi i znajduje się na skraju rozpaczy, nieraz pyta z goryczą: „Dlaczego? Czym zawiniłem? Dlaczego właśnie ja?”. Wierzący kieruje te pytania do Boga, ateista – do losu i ludzi.

Kiedy człowiek doznaje ocalenia z wypadku czy choroby, na ogół nie stawia żadnych pytań. Niewierzący przyjmuje swoje ocalenie z radością, wierzący, oprócz radości, odczuwa wdzięczność do Boga. Lecz nie pyta już: „Dlaczego właśnie ja?”, a pytać przecież mógłby i powinien. Jeśli Bóg wyróżnia nas cierpieniem, wyróżnia także pomyślnym rozwojem wypadków. Lecz skąd to wyróżnienie? Dlaczego ocalałem ja, kiedy miałem wszelkie szanse zginąć,  powiedzmy, w katastrofie lotniczej, nie ocalały zaś miliony więźniów Oświęcimia czy Archipelagu Gułag?

Nie ma odpowiedzi na takie pytania. A ponieważ nie ma, ponieważ nie wiem, dlaczego Bóg wyróżnił miliony niewinnych wielkim cierpieniem i śmiercią, nakazuję sobie daleko idącą powściągliwość w nazywaniu pomyślnych i szczęśliwych wydarzeń działaniem Opatrzności. Boję się duchowej i intelektualnej łatwizny; boję się przekształcenia Opatrzności w dobrego duszka, który czuwa nade mną, bacząc, bym sobie nie zrobił krzywdy; boję się, by Opatrzność nie stała się Niebiańskim Zakładem Ubezpieczeń, w którym wykupuję polisę w postaci mojej wiary.

Do wszelkich oświadczeń na temat działania Opatrzności podchodzę zatem sceptycznie, a nawet z ironią. Bo czyż ja naprawdę wiem, co to jest Opatrzność? Jestem wprawdzie wierzący, nazywam siebie chrześcijaninem, ale – jak niemal wszyscy Europejczycy – noszę w sobie prometejskie przesilenie doby renesansu, oświeceniowy optymizm, dziewiętnastowieczny scjentyzm, rozpacz i nihilizm dwudziestego stulecia. I gdzież w tym wszystkim jest Opatrzność?  Przecież nie w renesansowym zadufaniu w możliwości człowieka, dobrodusznej wierze osiemnastowiecznych deistów, nie w sentymentalnym, nieraz landrynkowym obrazie Boga, który w erze maszyny parowej i kolei żelaznej przeciwstawiano nieubłaganym i bezlitosnym prawom nauki.

Jestem więc przekonany, że chrześcijanin XXI stulecia powinien i musi działanie Opatrzności na nowo przemyśleć. Nie zapominać, że Bóg jest miłością, lecz przecież inną niż ludzka, bo gdyby był tylko dobrym człowiekiem, nie dopuściłby do Oświęcimia, Gułagu czy  ludobójstwa w Kambodży i Rwandzie. Mnie też czeka to przemyślenie; jeśli zwlekam, to dlatego, że lękam się trudnego tematu. Czyż nie jest to zadanie na miarę Księgi Hioba?

Tymczasem wiem jedno. Wiem, że nie tylko pomyślne i szczęśliwe wydarzenia, ale całe moje życie jest w ręku Opatrzności. Życie jak wiele innych, pozbawione wielkich wzlotów i dramatycznych upadków: trochę w nim cierpienia i trochę radości, trochę światła i trochę mroku, sporo doznań zwykłych i nijakich. Mimo to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszystko, co przeżywam, jest darem Opatrzności. Darem i zarazem zadaniem, które wyznacza mi drogę. Ktoś więc mnie prowadzi, ktoś daje mi znaki. Często ich nie rozumiem i błądzę, nie znam też dobrze celu wędrówki. Wiem jednak, że na końcu drogi jest dobro; wiem, że co dzień dawane mi są „dobrodziejstwa, którym nie masz miary”. Nie jest więc moje życie ani zwykłe, ani nijakie; przeciwnie, jest dramatyczne i wielkie. Wielkie, bo nadaje mu kierunek ktoś naprawdę wielki.

KRZYSZTOF DOROSZ, pisarz i eseista, wieloletni pracownik Sekcji Polskiej BBC.

 

Józefa Hennelowa

Wspomnienie, które zachowało się jak film.  Marcowy poranek, przedwiośnie, słońce i śnieg. Z młodszą córką i synem jedziemy na narty. Córka właśnie zrobiła prawo jazdy i próbuje umiejętności za kierownicą naszego fiata 124 sport. Syn siedzi za nią, mąż z lekka kontroluje kierowcę z prawego siedzenia. Jedziemy już przez Poronin, żadnych  korków, prosty odcinek drogi, szybkość – góra pięćdziesiąt. Nagle słyszę niespokojny głos męża: „Odbijaj w prawo, w prawo odbijaj”. Potem zaraz przeraźliwy głos dartych blach.  Stajemy, po drugiej stronie drogi zatrzymała się mijająca nas przed chwilą ogromna chłodnia. Kiedy zobaczyłam lewe koło urwane, lewy błotnik zwinięty w strzępy jak bibuła, złapałam córkę w objęcia, mówiąc: „Bogu dzięki, że żyjesz, że żyjecie oboje”. Wystarczyło przecież zderzenie głębsze o głupie dziesięć centymetrów…

Ale przecież to nie jedyna historia, gdzie rękę Bożą dostrzegało się ponad wszelką wątpliwość. Dla mnie cały czas wojny i okupacji był czasem chronionym przez Opatrzność. Bo nie przypominam sobie lęku w żadnej z tylu sytuacji, w których trzeba było się bać. Nie tylko podczas przechodzenia kolejnych frontów (1941, 1944) pod gradem bombardowań i ostrzałów (nasza czynszówka też ucierpiała). Ale pamiętam na przykład pijanego żołnierza sowieckiego, dościgającego mnie i grupę koleżanek na dziedzińcu zaułka Skopówka. Wydawał się wściekłym zwierzęciem, a okazało się, że zagubił się w obcym mieście i pytał tylko, gdie Bolszaja ulica? (gdzie ulica Wielka?). I kierowców ciężarówki wojskowej pod Wilnem, którą zatrzymałyśmy, dźwigając w trójkę żywność ze wsi dla naszych rannych chłopców w szpitalu. Podwieźli nas – jak ludzie, choć mogło być inaczej zgoła… I jeszcze  ten – też oczywiście pijany – sublokator-oficer sowiecki, któremu pomyliły się w nocy drzwi i dobijał się z awanturą do naszej pojedynki. Ojciec bronił perswazją, ale jak długo można? Dzieliły nas drzwi obite krzywo tekturą zamiast szyb. Dlaczego nagle jakby wytrzeźwiał i poszedł spać do siebie, zamiast strzelać w przeszkodę?

Ale to historie o Ręce, która chroniła od lęku. A może raczej powinnam opowiadać o darach tejże Opatrzności, czyli o ludziach mądrych, przyjaciołach, mistrzach, przewodnikach. Których spotykałam na swojej drodze życia od zawsze do dzisiaj.  I jak wielu ich było!  Tylko że wtedy wspomnienie okazałoby się początkiem książki…

JÓZEFA HENNELOWA, publicystka, zastępca redaktora naczelnego ,,Tygodnika Powszechnego”, b. posłanka do Sejmu RP.

 

 

Brat Moris

Jako człowiek żywo doświadczony własnymi ograniczeniami i słabościami, szybko zacząłem pojmować Opatrzność jako oczywistość w moim życiu i często zwracam się do Niej w trudnych sytuacjach. Wzywam więc Aniołów i moich przyjaciół w niebie, mocno licząc na ich obecność i pomoc.

Przywołam tu pewną historię, która wydarzyła się dawno, ale jest ciągle żywa – to ona szczególnie skłoniła mnie do ufności w Opatrzność.

Dawno temu, jako jeden z asystentów przełożonego generalnego naszego zakonu, zostałem przez niego wysłany w długą podróż po krajach Afryki Środkowej, żeby odwiedzić tam wspólnoty małych braci Jezusa i ewentualnie wyszukać miejsca na założenie nowych. Po pobycie w Czadzie i południowym Kamerunie, gdzie tropikalny klimat zupełnie mnie wyczerpał, przyjechałem do Bukavu położonego we wschodniej części ogromnego Zairu, na granicy z Rwandą. Kraj przeżywał właśnie krótki moment wytchnienia między okresami gwałtownych i krwawych wojen domowych. Dwa lata wcześniej czterech z naszych młodszych braci (dwóch Niemców i dwóch Francuzów), którzy mieszkali razem z Pigmejami w tropikalnym lesie, zostało uprowadzonych i zabitych przez jedną z grup znajdujących się w stanie wojny. W Bukavu zostało już tylko dwóch braci, żyjących prosto i ubogo wspólnie z lokalnym plemieniem. Pracowali wraz z nimi i mówili ich językiem. Niedaleko byli również misjonarze, którzy prowadzili college dla młodych Kongijczyków i którzy mimo całkiem różnego stylu życia byli bardzo związani z małymi braćmi.

Wraz z jednym ze współbraci mieliśmy podjąć próbę dotarcia na północ, tam, gdzie zamordowano czterech naszych  zakonników. Podróż była trudna, więc superior college’u zaproponował, że zawiezie nas swoim samochodem, który miał napęd na cztery koła, sprawniej więc poruszał się w trudnym terenie.

Niestety, przed wyjazdem zacząłem odczuwać coraz silniejsze zmęczenie i czasem musiałem się kłaść do łóżka. Myśleliśmy, że to na skutek amebozy, którą byłem zakażony. Jeden z ojców z college’u zawiózł mnie do lekarza, który jasno stwierdził: Nie ma mowy o żadnej męczącej podróży. Konieczny jest jak najszybszy powrót do Francji, poważne badania i opieka lekarska, solidny wypoczynek… itp. Sytuacja nie była zabawna! Miałem jak najszybciej wrócić do Francji, i to przez Kamerun. Było mi smutno, ale co miałem robić?

Dwa dni później wsiadłem w samolot do Kinszasy. Sześć godzin lotu! Miałem czas, żeby pomyśleć. Przypomniało mi się zdanie wypowiedziane kiedyś przez Karola de Foucauld: „Jeśli wyjechałeś, żeby coś załatwić, nie wracaj, zanim tego nie zrobisz”. A ja poddałem się ze strachu! Patrzyłem przez okienko na niekończący się las tropikalny i coraz bardziej oczywiste stawało się dla mnie, że nie powinienem był wyjeżdżać.

W Kinszasie, gdzie miałem spędzić noc, a potem wyruszyć w dalszą podróż do Europy, nie mogłem spać. Wilgotny upał, moskity… i szaleńcza myśl: „Muszę wrócić do Bukavu”… Próbowałem się modlić, przywoływałem Raïssę Maritain, której Dziennik właśnie przeczytałem, i powierzałem jej tę sytuację, która mnie przerastała.

Wczesnym rankiem poszedłem na mszę, a potem spotkałem  człowieka, który był kierownikiem domu dla podróżujących zakonników, gdzie mieszkałem. Zapytał, jakie mam plany. Był naturalnie bardzo zdziwiony moją odpowiedzią: „Muszę wrócić do Bukavu, ale wykorzystałem już mój bilet i nie mam prawie pieniędzy”. Człowiek ten poradził mi, żebym zwrócił się do Ambasady Francuskiej, i dodał: „Nigdy nic nie wiadomo!”. A ponieważ pytałem go o drogę, ktoś, kto jechał w tamtym kierunku, podrzucił mnie samochodem.

Stałem przed Ambasadą i zastanawiałem się, co mam powiedzieć. W pewnym momencie obok mnie zaparkował piękny samochód. Mężczyzna, który z niego wysiadł, zapytał: „Szuka pan czegoś?”. Kiedy próbowałem się wytłumaczyć, powiedział: „Proszę iść za mną”. Zaprowadził mnie do wielkiego biura, wysłuchał, a następnie stwierdził: „Ma pan szczęście. Jestem attaché kulturalnym Ambasady. Kiedyś w Japonii poznałem małe siostry Jezusa i przyrzekłem sobie, że jeśli będę mógł któregoś dnia im pomóc, chętnie to zrobię. I oto pojawia się mały brat Jezusa…”. Ten człowiek zawiózł mnie na lotnisko i kupił mi bilet tam i z powrotem do Bukavu, z rezerwacją na pierwszy lot.

W taki to sposób w dwa dni po wyjeździe wracałem do moich kompletnie zaskoczonych braci. Powiedziałem im: „Teraz musimy przygotować się do naszej wielkiej podróży na północ”. Rzeczywiście kilka dni później wyruszyliśmy w czwórkę: dwóch ojców z college’u i dwóch małych braci.

Podróż była trudna, ale wspaniała. Na noclegi przyjmowano nas na misjach. Najpierw jechaliśmy niebezpiecznymi górskimi drogami wokół wielkiego jeziora, które trzeba było okrążyć. Potem przez plantacje, czasem przez wioski, następnie przez wielką sawannę parku Alberta, gdzie należało zachować ostrożność ze względu na dzikie zwierzęta: słonie, żyrafy, nosorożce, niekiedy nawet lwy… Potem zagłębiliśmy się w tropikalny las, gdzie poruszaliśmy się bardzo powoli. Było tu mnóstwo małp, które nieraz za bardzo się z nami spoufalały. Pigmeje, spokojni i gościnni, wskazywali nam drogę. Wreszcie dotarliśmy do wioski, w której przetrzymywano i zabito naszych braci. Zostaliśmy przyjęci po bratersku przez starego niemieckiego misjonarza i przez wszystkich ludzi z wioski, którzy wydawali się wzruszeni i uradowani, że nas widzą. Zaprowadzili nas na miejsce, gdzie nasi bracia byli więzieni, sądzeni, niekiedy bici, a potem poddani okrutnej egzekucji. Ci Afrykańczycy, w większości chrześcijanie, byli świadkami tamtych wydarzeń. Dzięki ich relacjom mogliśmy zrozumieć, co wycierpieli nasi bracia. Zaprowadzili nas potem na ich grób, gdzie postawiliśmy drewniany krzyż, który przywieźliśmy ze sobą, i modliliśmy się wszyscy razem. Była to chwila wielkich wzruszeń, która nas wszystkich połączyła.

Powrót był trudniejszy. Rektor college’u miał atak malarii, drugi ojciec odczuwał wielkie zmęczenie, mój współbrat cierpiał na bóle kręgosłupa, co było skutkiem gwałtownych wstrząsów w czasie drogi. Tylko ja dobrze to wszystko znosiłem, siedziałem obok rektora i podawałem mu regularnie tabletki chininy na malarię.

Attaché kulturalny powiedział mi, że mam szczęście. Ale czyż słowa „szczęście”, „przypadek” nie skrywają tak naprawdę Opatrzności, znaków jakiejś Obecności, która czuwa i na którą mamy się otworzyć, powierzyć Jej siebie i dziękować?

Tłum. Dorota Zańko

BRAT MORIS, mały brat Jezusa, prezbiter, z pochodzenia Francuz, obywatel RP.

 

Józef Puciłowski OP

O Opatrzności w moim życiu mogę myśleć i mówić tylko w czasie przeszłym: po wielokrotnym doświadczeniu Jej działania. Natomiast dziś – tu i teraz – trudno byłoby mi zdać relację z Jej sposobu kierowania mną. Wiem tylko – czy aż! – i to z całą pewnością, że jest. Ufam Jej głęboko. Przeszłość mnie tego uczy.

Podzielę się dwoma wielkimi (dla mnie) i jednym małym (też tylko w moim pojęciu) doświadczeniami Opatrzności.

Pierwsze, wielkie: po maturze wstąpiłem do jednego z seminariów diecezjalnych (przepraszam: archidiecezjalnych). Marzeniem bowiem lat licealnych było zostać księdzem. Po tygodniu – czyli po rekolekcjach – odszedłem, co wówczas uważałem za życiową klęskę: cztery lata marzeń wzięło licho!

Dużą rolę w podjęciu takiej decyzji odegrał rekolekcjonista, który nie potrafił mówić normalnym językiem (co znakomicie czynił mój prefekt szkolny, pod którego urokiem byliśmy wszyscy, tłumnie chodzący „na religię” do „punktu katechetycznego”). Na przykład, gdy z nim rozmawiałem, podszedł do niego jakiś współkandydat, a on – miast powiedzieć, że idzie go wyspowiadać – uroczyście obwieścił mi: „idę na głębię tego młodego człowieka”, oczywiście z ową charakterystyczną dla niektórych kaznodziejów wymową „ł”! Ufff… Po latach jeden ze światłych dominikanów nazwał go – mając na uwadze bogatą twórczość na piśmie – połączeniem kranu z maszyną do pisania.

A więc odszedłem. I to był palec Opatrzności.

Po studiach uniwersyteckich owa Opatrzność nie dała dalej za wygraną, gdy bowiem ja sam myślałem o jednym z zakonów (byłem nawet na furcie, ale akurat – na szczęście – prowincjała nie zastałem), Ona – Opatrzność – uchroniła mnie. Jednocześnie za swe narzędzie obrała Maćka Ziębę, który „namówił” mnie na dominikanów. (Jak wiadomo, on sam był potem dwukrotnie prowincjałem i należy do jednych z najbardziej „medialnych” polskich duchownych).

Opatrzność skierowała więc mnie do Zakonu Kaznodziejskiego i mimo różnych trudności (z nowicjatu sam chciałem odejść, później w Krakowie Maćka i mnie „chcieli odejść”) – uważam się za szczęśliwego w naszym zakonie. Taki stan jest dziełem Opatrzności, bo kiedy ktoś mnie niedawno spytał (w związku z głośnymi w ostatnich kilkunastu miesiącach odejściami z kapłaństwa) – dlaczego nie wystąpiłem, byłem bliski dania mu w m…

Drugie wielkie to moja „specjalizacja” historyczna: dzieje pewnej partii niemieckiej. Ot, napisałem kiedyś! (Do dziś mego Profesora noszę w sercu za jego cierpliwość i wielką prawość w czasach modnej nieprawości…).

A ja w zakonie przedzierzgnąłem się w historyka Kościoła (bez fałszywej skromności: na poziomie seminarium duchownego, ale zawsze to!), zapominając w ogóle o owej partii. Po niej – gdy to konieczne – zostały dwie litery przed nazwiskiem.

Tymczasem z woli niegdysiejszego generała zakonu znalazłem się na Węgrzech jako wikariusz generalny dominikanów. A z pieniędzmi było ciężko… I oto, dzięki świeckim przyjaciołom węgierskim, po sześciu latach wykładałem historię najnowszą Kościoła na Katolickim Uniwersytecie w Piliscsaba i… dzieje Niemiec XIX-XX wieku. Opatrzność! Partia ożyła… I ja miałem z czego żyć, mogłem mieć – jako miejscowy szef zakonny – fundusz reprezentacyjny, a także pieniądze na paliwo, bo przecież musiałem odbyć sporo podróży służbowych po Węgrzech, Europie i… jeździć w wykładami do Krakowa.

A małe? To bezpieczeństwo w górach. Bardzo lubię chodzić sam (wiem, niepedagogiczne, co piszę, ale trudno). Nawet w moim wieku. I nigdy nic mi się nie stało. A nogę złamałem na schodach hotelowych w Budapeszcie.

Oczywiście, wiele jest innych działań Opatrzności, których doświadczyłem. Ale czy godzi się o wszystkich mówić? Wszak Opatrzność jest też dyskretna!

JÓZEF PUCIŁOWSKI OP, historyk Kościoła, b. wikariusz generalny zakonu dominikanów na Węgrzech.

 

Anna Świderkówna

Dość często spotykamy się z przekonaniem, że dobra chrześcijańska rozmodlona rodzina wychowuje na ogół ludzi uczciwych i głęboko religijnych. Ja natomiast od samego początku byłam otoczona przez ludzi mądrych, dla mnie przynajmniej zawsze bardzo dobrych, natomiast zupełnie obojętnych religijnie. Mój ojciec wprawdzie mówił zawsze, że jest wierzącym i praktykującym katolikiem, ale uważał wiarę za sprawą osobistą i przez długi czas nie pojmowałam, co rozumie przez praktykowanie. Ani mój ojciec, ani moja matka nie chodzili w niedziele czy święta do kościoła, a jeśli już się tam zjawiali, to jedynie po to, aby posłuchać pięknych kolęd.

W czasie wojny ojciec spędził trzy lata w obozie Buchenwald. Gdy później zaczęto rozmawiać u nas w domu o spowiedzi, ktoś powiedział, że spowiadamy się Bogu, a nie księdzu, ale najgorzej jest, kiedy z księdza wychodzi człowiek. Wtedy mój ojciec powiedział: „A dziwna rzecz, gdy na przykład w Buchenwaldzie ktoś chciał się spowiadać, mógł co najwyżej umówić się ze znajomym księdzem, że będą obok siebie pracować w kamieniołomach, ale wtedy nigdy nie wychodził z księdza  człowiek”. Jest rzeczą oczywistą, że ojciec sam musiał doświadczyć takiej spowiedzi.

Mogę tu przytoczyć jeszcze jeden fakt. W czasie powstania warszawskiego mój ojciec został ciężko ranny i leżał w polowym szpitalu przy Mokotowskiej 55. Na drugi dzień po operacji przyszedł do niego kapelan i wtedy ojciec bardzo serdecznie mu za coś dziękował. Ksiądz wtedy powiedział: „Bo mnie się właśnie zdawało, że pan tego pragnie”. Chodziło tu niewątpliwie o rozgrzeszenie  in articulo mortis. Wygląda na to, że ojciec uważał spowiedź za niezbędną tylko w ekstremalnych sytuacjach.

Moi dziadkowie byli z metryki protestantami (Kościół ewangelicko-augsburski). Dziadek był dziewiętnastowiecznym ateistą, a babcia pozostawała pod jego wielkim wpływem. Po jego śmierci z czasem stała się bardzo pobożna, przy tym modliła się najwięcej do Matki Boskiej. Jej ukochaną książeczką do nabożeństwa był rzymski mszalik. Moją matkę ochrzczono w kościele ewangelicko-augsburskim, ale w klasie maturalnej lub rok wcześniej przeszła na katolicyzm. Miała chodzić do prefekta szkolnego na lekcje religii, zresztą z koleżanką, ale ojciec jej nie pozwolił: „bo ksiądz jest także mężczyzną”. Później według jej własnych słów „nie modliła się nigdy, bo nie wiedziała jak”, a o mnie mówiła: „A skądżeś ty się taka u nas ulęgła?”. Myślę jednak, że Bóg trafił do niej w ostatnich miesiącach i dniach życia.

W lecie 1946 roku wyjechałam na obóz akademicki (Sodalicja Mariańska)  do Zakopanego. Czas był cudowny, przez cały sierpień zdarzył się tylko jeden dzień deszczu. Zrobiłam wtedy dwa wielkie odkrycia. Zobaczyłam po raz pierwszy góry i zrozumiałam, że można żyć z Bogiem na co dzień i dlatego właśnie być bardzo szczęśliwym. Poznałam tam również  księdza Bogdana Jankowskiego, który już wówczas miał opinię nadzwyczajnego spowiednika. Miał jednak wyjechać na dwa lata do Watykanu i dlatego nie próbowałam iść do niego do spowiedzi, aby później nie było mi za trudno.  Wszystko, co się wydarzyło w sierpniu 1946 roku, było całkowicie przypadkowe. Jak powiedział ktoś mądry, przypadek to ten moment, kiedy chwytamy Boga za rękę.

Byłam później jeszcze na kilku podobnych obozach, ale żaden nie był dla mnie taki ważny, jak ten z 1946 roku.

Wielką łaską, którą mnie obdarzyła Opatrzność Boża, był mój ojciec duchowy – po powrocie z Rzymu stał się nim ksiądz Bogdan Jankowski. Kiedy w grudniu 1950 roku po raz pierwszy uklękłam w jego konfesjonale, poczułam, że jestem nareszcie w domu. W 1955 roku wstąpił on do Opactwa Benedyktyńskiego w Tyńcu pod Krakowem i otrzymał tam imię Augustyn. Moim ojcem duchowym pozostał aż do swojej śmierci w roku 2005.

Trudno byłoby wymieniać tutaj wszystkie dary i łaski Boże, jakie otrzymałam. Tak na przykład w 1959 roku wyjechałam na sześć  miesięcy do Egiptu. Byłam przerażona świadomością, że przez tak długi czas nie będę miała kontaktu z moim ojcem duchowym – on mnie pocieszał, ale ja się bałam. Nikt z nas nie mógł jednak przewidzieć tego, co nam zgotowała Opatrzność Boża. Pierwszego dnia po przyjeździe każdy stypendysta musiał zameldować się w ambasadzie polskiej. Tam też pierwszego dnia mojego pobytu w Egipcie, w ambasadzie komunistycznego państwa, wręczono mi adres i telefon dominikanina, jak się okazało jedynego kapłana, którego mogę w moich wspomnieniach postawić obok ojca Augustyna. Nazywał się on Georges Chehata Anawati i był Libańczykiem, mówiącym zresztą bezbłędnie kilkoma językami europejskimi, w Kairze zaś – dyrektorem Dominikańskiego Instytutu Badań Orientalnych.

Zwracając się do ambasady polskiej, ojciec Anawati szukał kontaktu z Polką, która przyjechała przede mną zaopatrzona w list polecający, zaadresowany właśnie do niego. Jej pierwsze spotkanie nie wypadło najlepiej, ponieważ znała tylko język niemiecki, a ojciec Anawati akurat niemieckim nie władał. Nie wiem, jakie były jej dalsze losy.

Pierwszy raz zobaczyłam ojca Anawatiego, kiedy poszłam z dwiema koleżankami po potrzebną mi książkę. Zapytał się wtedy, czy nie potrzebujemy jakieś pomocy finansowej, za co mu podziękowałyśmy i na tym się wszystko skończyło.

Minęło kilka tygodni. Tak bardzo brakowało mi ojca Augustyna, że zdecydowałam się wreszcie zadzwonić do ojca Anawatiego. Nie byłam wcale pewna, czy zechce i czy może poświęcić mi trochę swojego czasu. Dzwoniłam do  niego z telefonu na ulicy. Kiedy odebrał, powiedziałam: „Ojciec nam proponował pomoc materialną, na szczęście jej nie potrzebujemy, ale przydałaby się pomoc duchowa. Czy mogłabym przyjechać do Ojca do spowiedzi?”. Odpowiedział: „Bardzo proszę. Czy chce pani teraz?”.

I tak to się zaczęło, a najcudowniejszy był fakt, że on zawsze miał czas, chociaż nie stronił od licznych obowiązków. Kiedyś rozmawiałam z nim przez godzinę, a czekała go jeszcze jedna spowiedź. Powiedziałam więc: „Ojej, tyle czasu Ojcu zajęłam, a Ojciec musi być bardzo zajęty”. Na co on z lekka podskoczył, jakby go coś ugryzło i zapytał: „Czy to po mnie znać?”. Nigdy niczego takiego znać nie było, miał zawsze czas dla każdego, kto do niego przychodził. Raz, kiedy był mi bardzo potrzebny, pojawił się niespodziewanie właśnie w moim muzeum, chociaż pracowałam w Aleksandrii, a on mieszkał w Kairze.  Trochę był wprawdzie zdziwiony, kiedy poprosiłam go o spowiedź, ale oczywiście i czas, i miejsce na to znalazł.

Miałabym jeszcze bardzo wiele do powiedzenia, ale myślę, że ponieważ opowiedzieć wszystkiego nie zdołam, wystarczy parę słów na zakończenie.

Otóż byłam kiedyś zaproszona do Sióstr Karmelitanek w Kaliszu, gdzie miałam wygłosić kilka wykładów biblijnych. Siostry poprosiły mnie też, żebym powiedziała coś o moim własnym życiu. Tego, co mówiłam, słuchała także pewna pani, która przyjechała z Poznania, żeby pomóc siostrom w porządkowaniu ich biblioteki. I ona także chciała posłuchać, co będę mówiła o sobie. Spotkałyśmy się później na kolacji i tam powiedziała do mnie: „Miała pani mówić o  sobie, a mówiła pani o Miłosierdziu Bożym”.

ANNA ŚWIDERKÓWNA, prof. dr hab., papirolog, historyk, filolog klasyczny, autorka wielu książek o Biblii.

 

Bp Zdzisław Tranda

O pojęciu Opatrzności myślę z pewną rezerwą, między innymi dlatego, że przez wielu ludzi jest ono używane zastępczo i asekuracyjnie. Jeśli ktoś nie chce powiedzieć o roli Boga w jego życiu lub nie chce wypowiedzieć słowa ,,Bóg”, to mówi o Opatrzności. Ale dla mnie jeszcze większą rolę odgrywa uprzedzenie, które żywię od czasu wojny, gdy byłem kilkunastoletnim chłopcem. Pojęciem tym bowiem posługiwał się Hitler. Odwoływał się on do Opatrzności jako do pewnej, bliżej nieokreślonej siły. Dlatego właśnie już wtedy odnosiłem się do tego pojęcia z pewnym dystansem, co potem pogłębiło się i przerodziło w uprzedzenie. Ale to moje odczucie subiektywne.

Rozumiem jednakże wagę pojęcia Opatrzności oraz to, że jest związane przede wszystkim z Bożą opieką i ochroną. Opatrzność bliska jest „prowadzeniu przez Boga”, ale ma bardziej statyczny charakter. W gruncie rzeczy jednak oba pojęcia wzajemnie się uzupełniają. Wolę więc raczej mówić o „prowadzeniu przez Boga”, bo to pojęcie zawiera w sobie to, co najistotniejsze – Opatrzność zaś, w sensie opieki i ochrony Bożej,  się w nim mieści.

Niestety, ograniczone rozmiary wypowiedzi w ankiecie każą mi zrezygnować z cytatów biblijnych i ograniczyć się do stwierdzenia, że w Biblii jest wiele tekstów, począwszy od wypowiedzi proroków, przez sformułowania samego Jezusa Chrystusa, a skończywszy na myślach zawartych w Dziejach lub Listach Apostolskich, które mówią zarówno o potrzebie zaufania Bogu, jak  i oddania swego życia w Jego ręce. Uczą one także optymizmu chrześcijańskiego, który polega nie na tym, że wszystko widzę przez różowe okulary i mówię: jakoś to będzie, lecz na tym, że wiem, iż jestem w Bożych rękach, a to znaczy, że On mnie prowadzi pośród różnych raf życiowych, w szczęściu i nieszczęściu, w doli i niedoli. A także na tym, że jestem pod Jego opieką i ochroną, a więc że czuwa nade mną Opatrzność. Ileż pewności można mieć w życiu, jeśli się wie, że Bóg prowadzi nas, sprawuje opiekę i chroni.

Na pytanie, czy rozpoznawałem i rozpoznaję działanie Opatrzności w moim życiu, odpowiadam: oczywiście, rozpoznaję zarówno Jej działanie, jak i przeżywam ogromne znaczenie powierzenia wszystkich spraw i swego życia Bogu oraz doświadczam, że Bóg naprawdę mnie prowadzi. Przeżywałem i przeżywam to w różnych sytuacjach, na przykład:

– Kiedy przekonuję się o wysłuchaniu modlitw, czasem niemal natychmiast (doświadczyłem tego już jako sześcioletnie dziecko).

– Kiedy przeżywałem trudne chwile związane z poważnymi chorobami i operacjami, szczególnie gdy chodziło o usunięcie nerki (ze wstępną diagnozą – nowotwór, potem odwołaną) lub o nowotwór jelita grubego. Spokój uzyskałem dzięki temu, że miałem pewność, iż moje życie jest w Bożych rękach.

– W związku z przeżyciem autentycznego powołania do służby duchownego, skutkiem czego porzuciłem studia politechniczne i rozpocząłem studia teologiczne.

– Gdy w końcu roku 1948 zostałem aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa. Mimo że już następnego dnia stwierdzono pomyłkę, przetrzymano mnie dwa tygodnie w piwnicach UB w Radomiu. Ale okazało się, że to było mi bardzo potrzebne, bo miałem właśnie okres wahań dotyczących moich decyzji i tam uspokoiłem się i, co najważniejsze, przeżyłem potwierdzenie, że wybrałem właściwą drogę życiową.

– Kiedykolwiek przeżywałem chwile trudne, na przykład wahania, wątpliwości, także dotyczące wiary, zawsze Bóg mnie wyprowadzał z tego stanu, najczęściej dzięki przeczytanemu lub usłyszanemu Słowu Bożemu.

– Kiedy musiałem podejmować trudne decyzje, związane z moim życiem lub pracą.

– Gdy mogłem zachować godną postawę, w chwilach kiedy byłem nagabywany przez SB.

Mógłbym opowiedzieć o wielu innych sytuacjach i dokładniej zrelacjonować niektóre doświadczenia, ale zalecone rozmiary wypowiedzi nakazują kończyć. Spuentować chcę moją wypowiedź słowami Psalmu: „Powierz Panu drogę swoją, zaufaj Mu, a On wszystko dobrze uczyni” (Ps 37, 5).

BP ZDZISŁAW TRANDA, em. biskup Kościoła ewangelicko-reformowanego, teolog, b. prezes Polskiej Rady Ekumenicznej.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata