Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

STYCZEŃ 2008, NUMER 632

Strona główna


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 


ZDARZENIA – KSIĄŻKI – LUDZIE





McSława – narkotyk dla mas?
(fragment)

JOANNA PETRY MROCZKOWSKA

Amerykanie, którym trzeba oddać sprawiedliwość za ich dynamizm i ciekawość badawczą, podejmują wielką liczbę badań w każdym zakresie. Nie bez znaczenia jest też oczywiście fakt, że dysponują funduszami i widzą znaczenie naukowych dociekań nie tylko w aspekcie teoretycznym. Jake Halpern w swojej ciekawej książce o nieprzetłumaczalnym tytule Fame Junkies (Houghton Mifflin Company, Boston, New York 2007) postanowił dać przegląd badań mogących rzucić więcej światła na typowo amerykańską, jego zdaniem, fascynację sławą.

Ale nie od dziś i nie tylko w Stanach Zjednoczonych sława jest wartością pożądaną. Fama, czyli wieść, rozgłos, czasem jednak nawet plotka, już w łacinie nieco myliła się ze sławą. W pierwszym znaczeniu sławę rozumiemy jako „wielki rozgłos zdobyty talentem, wielkimi czynami, zasługami”. Dawniej sławę się zyskiwało, sławą można było zasłynąć, bywała wiekopomna. Istniała też niesława, zła sława. W zasadzie sławę odróżniano od chwały, glorii. To chwała podążała za cnotą, gdyż gloria virtus umbra. Dziś wraz z „chwałą” do lamusa wydają się odchodzić „bohaterowie i ich wielkie czyny”. Zmieniły się czasy – wspomnimy może przy okazji pogrzebu o jakimś „wielkim człowieku”, ale na co dzień otaczają nas celebrities, czyli osoby znane głównie z przemysłu rozrywkowego. Szkoda, że nie oddajemy tego określenia polskim zwrotem „osoby sławetne”. Znaczyłoby to, że nie oczekujemy od sławy, aby była pojęciem nacechowanym pozytywnie, wystarczy rozgłos, popularność, mówiące tylko o tym, że ktoś jest znany dużej liczbie ludzi. Bardzo często w tekstach pisanych spotyka się nierozłączny tandem „sława–popularność”. Może to potwierdzać hipotezę o rozdwojeniu tego pojęcia. Czyżbyśmy podświadomie podejrzewali, że istnieje możliwość, iż sława z jej chwalebnością nie doczekała się albo nie ma szans doczekać się popularności? Pojawiło się też przy tej okazji pojęcie „rozpoznawalności”, od której zaczyna się nie tak całkiem łatwa do zmierzenia popularność. Ona właśnie opiera się na doznaniach wzrokowych.

Ponieważ wartość kobiet tradycyjnie określano, opierając się (choć nie wyłącznie), na walorach wizualnych, nie może dziwić, że popularność w przemyśle rozrywkowym interesuje w większej mierze kobiety.

Pojawienie się telewizji kablowej w latach 80. (niepotrzebne już stały się wieże transmisyjne) przyniosło gwałtowny rozwój amerykańskiego przemysłu telewizyjnego. Ogromna liczba programów do zrealizowania wiąże się z potrzebą fotogenicznych (telegenicznych) aktorów, prezenterów, prowadzących. Wszystko to składa się na poczucie, że sława jest dostępna niemal dla każdego. W tendencję tę świetnie wpisuje się gatunek reality show, który zdaje się sugerować, że wystarczy być sobą, aby stać się popularnym. Właśnie reality shows wypierają dotychczasowe ambitniejsze pozycje programowe. Przewiduje się, że w przyszłości ich liczba będzie rosła, bo programy takie są znacznie tańsze niż inne, są łatwe w produkcji, powielaniu i eksporcie. Uczestnikom płaci się stosunkowo niewiele, więc zyski są pokaźne.

Narcyzm

Osoby zabiegające o sławę wyróżniają się trzema cechami. Są to: wrażliwość na własnym punkcie (osławiona troska o self-esteem, łącząca w sobie cechy pozytywne, negatywną przesadę i egocentryzm), narcyzm oraz ekstrawertyzm. Badanie Cassandry Newson objęło porównanie testów osobowości nastolatków z początków lat 1950. i końca 1980. Przy pozycji: „Jestem ważną osobą” w latach 50. tylko 12% młodzieży odpowiedziało twierdząco, w latach 80. około 80%, czyli blisko siedmiokrotnie więcej. Badania wykazały dobitnie, że troska o osławiony self-esteem, o którym się tyle dyskutuje, wzrósł w ostatnim pokoleniu dramatycznie.

W książce Generation Me (Free Press, New York 2006) Jean Twenge dochodzi do wniosku, że stało się tak za sprawą programów szkolnych, które stawiały sobie za zadanie wyrobienie w dzieciach owego self-esteem, „dobrego samopoczucia”, mającego być koniecznym warunkiem rozwinięcia ich potencjału. Sprawa ta znalazła się w centrum zainteresowania amerykańskiej pedagogiki w latach 80. i 90. Dzieci miały sobie powtarzać, że są wspaniałe i wyjątkowe. Owego wysokiego mniemania o sobie nie wiązano z osiągnięciami wynikającymi z rzetelnego wysiłku młodych ludzi. Dobre intencje zwolenników intensywnego „wyrabiania” self-esteem przeszły same siebie. Problem polega jednak na tym, że w którymś momencie nie można już utrzymać stałego poziomu nic nieznaczących pochlebstw. Jeśli nie serwuje się ich ciągle więcej, przestają być skuteczne. Zjawisko to porównałabym do problemów z antybiotykami, których przedawkowanie zauważamy. Zapanowała (nieuleczalna?) epidemia zadufania w sobie i narcyzmu.

Więcej na łamach styczniowego „Znaku”

Zamów numer

JOANNA PETRY MROCZKOWSKA, dr filologii romańskiej, krytyk literacki, tłumaczka i eseistka. Wydała m.in.: Siedem grzechów głównych dzisiaj (2004), Niepokorne święte (2007).

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK

 

 

 


E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.