70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gość w domu

Są takie miejsca, gdzie podróżnego od progu wciąż witają słowa „gość w dom, Bóg w dom”. Ulice, na których kamienie mówią w innym języku niż mieszkańcy kamienic stojących przy tych ulicach. Miasta, które przechodziły z rąk do rąk i dziś pokazują kilka twarzy. Ludzie gotowi spotkać Obcego i pokazać mu kawałek swojego świata. A ponieważ żyjemy w globalnej wiosce, do domów, gdzie chętnie przyjmuje się gości, możemy trafić dzięki Internetowi.

Drogobicz

Agrablan vojaĝon” – tak w języku esperanto życzy się szczęśliwej podróży. Śpiwór to „dormosako” a „dorsosaco” – plecak. „Tendoplaco” znaczy pole namiotowe, „teo” – herbata, „poto” – garnek. Ciekawe, jak powiedzieć „drewniana łyżka”? Lekka, lipowa, starannie wyprofilowana. Podstawowa zaleta – nigdy się nie nagrzewa, dlatego od razu można sięgać do miski. Leon zawsze zabiera w drogę dwie, żeby w razie potrzeby komuś pożyczyć. Ludzie czasem zapominają o podstawowych rzeczach. Na przykład o tym, by spełniać swoje marzenia. Po esperancku: „plenumi la revon”. Na stronie internetowej Beaty Pawlikowskiej Leon znalazł „złotą myśl” na ten temat. Nie pamięta jak dokładnie brzmiała, ale chodziło mniej więcej o to, że nieważne, ile ma się lat, należy szukać siebie i iść za głosem serca. Dlatego z przekonaniem mówi: „Wiesz, my jeszcze pojedziemy tam, gdzie nam się marzy”. Jako Ukrainiec Leon do prawie każdego państwa potrzebuje wizy, po którą musi udać się do Kijowa, pokonując około 600 kilometrów w jedną stronę i płacąc. Ale i tak mu wierzę. Przecież już zdołał nauczyć się esperanto.

Przed domem Leona rosną kwiaty – smolinosy. Okna są duże, parapet wysoko. Popękaną ścianę od lat zdobi regularny, naniesiony wałkiem wzorek. W niewielkiej łazience jest już ubikacja. Zimą trzeba palić w kaflowym piecu. Tapczan przykrywa koc z wizerunkiem tygrysa. W pokoju jego osiemdziesięcioletniej mamy – ma na imię Lida, a pomieszczenie jest zarazem czymś na kształt salonu – wiszą święte obrazki z mnóstwem złoceń. W wazonie na stole pachnie jaśmin. Leon robi herbatę po turecku. Potem pokazuje zdjęcia z Kapadocji. Ostro zakończone skały, monastery, groty. Radziecki aparat LOMO sprawdza się doskonale. Leon ma go od zawsze. Zaś do Hospitality Club należy od roku i trzech miesięcy, nieco dłużej do Pasporta Servo. Jego pierwszym gościem był Japończyk (nick: laktavojo), któremu przypadło honorowe miejsce w pamiątkowym zeszycie. W końcu tyle trudu, czasu i zachodu kosztowało go, żeby dotrzeć do Drohobycza na ulicę Sahajdacznego.

Leon zdaje się wiedzieć wszystko o mieście Brunona Schultza. Wie, gdzie pisarz zginął, kim była pani Frosia z sąsiedniego sklepu… Wie, który fragment brukowej kostki ułożono przed przyjazdem cesarza Franciszka Józefa, a który przeniesiono z dalszej ulicy i załatano nim dziury na Rynku z okazji wizyty prezydenta Kuczmy. Wskazuje na postać Swabody na budynku liceum i mówi, że to zupełnie jak w Nowym Jorku – Statue of Liberty. Wyjaśnia, jakim cudem Matka Boska na bramie obok kościoła przetrwała do dziś i dlaczego w herbie Drohobycza jest dziewięć beczek z solą. Prowadzi na ulicę Żupną, gdzie niestety panuje głucha cisza, bo dzwonek oznajmiający koniec zmiany zamilkł lata temu. Wyciąga stare zdjęcia, na których widać orły, jakie dawniej stały na dachu ratusza, i opowiada o sieci tuneli ciągnących się pod chodnikiem.      Historię Drohobycza można poznawać na wiele sposobów. Na przykład za pomocą ogrodzeń. Mija się żeliwne bramy, zardzewiałe siatki, poskręcane, spiczaste pręty i drewniane płoty, gdzie częściowo brakuje sztachet. Gdzieniegdzie dostrzega się secesyjny kwiatek, pofalowaną łodygę, ukręcony liść i w zasadzie wie się już wszystko. Ale można iść dalej – szlakiem studzienek kanalizacyjnych, oryginalnych, z napisami: „Sam. Katowice”, „Rudolf Schmidt. Biała”, „A. Kunz. Lwów”, „J. Michalik w Drohobyczu”. Albo szlachetniejszą trasą dla bardziej wybrednych. Ogląda się wtedy płytkę na posadce w kamienicy numer 11, z napisem: „Joachim Sternbach. Drohobycz”, i tablicę pamiątkową na postumencie pomnika Mickiewicza (tylko dla wtajemniczonych, bo jest z tyłu), z dedykacją: „Adamowi Mickiewiczowi mieszkańcy miasta i okolicy Drohobycza”. I jeszcze jedną, też ku czci wieszcza – na ścianie kościoła: „Pamięci Adama Mickiewicza w setną rocznicę urodzin wdzięczni rodacy 1798–1898”. Można również zobaczyć odpadający napis na ścianie jednego z domów: „Restauracja”, i zupełnie nowy szyld na szklanych drzwiach jednego z budynków: „Państwowy Uniwersytet Pedagogiczny imienia Iwana Franki w Drohobyczu”. Wszystko po polsku.

W Sieci Leon występuje jako piligrimo – „pielgrzym” po esperancku. Pseudonim powinien pasować do człowieka, dlatego koleżance Margaricie, która również należy do Hospitality Club, Leon wymyślił nicka Floreto – kwiat. Nad swoim łóżkiem zawiesił mapę. Mówi, że kiedy wstaje, ma u nóg cały świat.

Vilnius

Kiauras Kibiras to po litewsku „dziurawe wiadro”. Nazwa wcale nie gorsza od Pearl Jam, The Cranberries czy Iron Maiden. Zaczynają pewnie tak samo jak tamci. Etap pierwszy – piwnica. Zatęchła, potwornie zadymiona, z atmosferą. Świetne miejsce, nikt się nie czepia. Keyboard, perkusja, dwie gitary. Chłopaki z rąk do rąk podają sobie butelkę niedrogiego wina. Ten z długimi, ciemnymi włosami to Paulus. Jest kilka lat młodszy od swojej siostry Justyny. Nie są podobni. Mieszkają z matką w bloku nie tak daleko od centrum. Duże M4. Ostatnio ich gościem z Hospitality Club była natashka90. Napisała potem o Justynie, że jest jak śnieg, jak wiatr, jak wszystko, co ma pozytywną energię i co dobrego można sobie wyobrazić. Findingoz, też z HC, Australijczyk, stwierdził, że nie da się jej opisać słowami, że kiedy raz się ją pozna, człowiek od razu poddaje się czarowi jej osobowości. Może to kwestia imienia. Według serwisu internetowego www.znaczenie-imion.het.pl: „Justyny niemal od urodzenia czują się kimś wyjątkowym, nie mają ochoty podporządkowywać się regułom, żyć tak jak wszyscy. Poszukują tego, co rzadkie, egzotyczne i dziwne. Życie widzą jak jedną wielką przygodę”. Być może Justyna przyjedzie do Polski na Przystanek Woodstock, planuje również wycieczkę do Turcji. Tymczasem siedzimy na podłodze i słuchamy mocno udergroundowego, wileńskiego jam session.

Wielka Sobota. Przed kościołem św. Franciszka pali się ognisko. Ludzie zbliżają się do niego i odpalają świeczki. Potem wchodzą do świątyni. Wewnątrz ściany są nagie, chłód nie do zniesienia. Przy lichych płomieniach świec nic się nie ukryje. Goły tynk, miejscami porozpruwany, odsłaniający czerwone, gotyckie cegły. Gdzieniegdzie łaty dawniej świetnych malowideł, wynędzniałe rocaillowe ornamenty, poczerniałe gzymsy i główki aniołków z utrąconymi nosami. Ołtarz najprostszy, jaki mógł się tu znaleźć, z ułożonych w stos cegieł. Nad nim krzyż, charakterystyczny, taki jak ten w kościele św. Damiana w Asyżu. Rozlegają się słowa pasyjnych pieśni – po litewsku. Chrystus ma otwarte oczy.

Babcia Justyny należy do polskiej mniejszości narodowej na Litwie. Według spisu powszechnego z 2000 roku grupa ta stanowi 6,9% ludności tego kraju. Babcia miała trzech mężów i urodziła dwie córki. Jedna jest Polką, druga Litwinką. Polka – ciocia Justi – ma męża Rosjanina. Według tego samego spisu Rosjanie stanowią 6,2% obywateli Litwy. Wielu z nich po 1991 roku wróciło do swojego państwa. Polacy nie mają dokąd wyjeżdżać, bo są przecież u siebie. Babcia Justyny codziennie wypija kieliszeczek koniaku i zdrowie jej dopisuje. Podczas wielkanocnego śniadania zawzięcie gra z rodziną w „zbitki”, które należą do wileńskiej tradycji. Przed wojną uprawiało się wręcz „zbitkowy” hazard na placach obok kościołów. Cała rzecz rozbija się o wytrzymałość wielkanocnych jajek. Przeciwnicy biorą po pisance, kraszance lub mazance do ręki, ustawiają ją węższym końcem ku rywalowi i zderzają ze sobą. Czyje jajko okaże się mocniejsze i nie pęknie – ten wygrywa.

Wielkanoc w Wilnie była i jest szczególna. Obok siebie żyli tu – i żyją nadal – Polacy, Litwini, Żydzi, Karaimi (lud pochodzenia tureckiego, osiedlony na tych ziemiach przez księcia Witolda, uznający jedynie autorytet Starego Testamentu, odrzucający Talmud i tradycję ustną), ewangelicy i prawosławni. Po wiosennej pełni księżyca, gdy nastawał żydowski miesiąc Nisan i karaimski miesiąc Artarych, zaczynały się wielkie przygotowania. Katolicy obchodzili Wielki Tydzień. Żydzi obchodzili Pesach, czyli święto Przaśników na pamiątkę wyjścia z niewoli egipskiej. Karaimi to samo wydarzenie przypominali świętem Chydży tymbyłłarnyn. Prawosławni na swoje uroczystości musieli zaczekać jeszcze kilka dni. W całym mieście trzepało się dywany, myło okna, ścierało kurze, wyciągało z szaf co lepsze ubrania, robiło się większe zakupy. Jak dziś. Przepis na wielkanocny mazurek przechodził z matki na córkę. A mace i tymbyły – inaczej zwane przaśnikami – robi się z twarogu i śmietany, masła, żółtek, cukru, wanilii, rodzynków, migdałów i specjalnej mąki, bez zakwasu. Bo najważniejszym przykazaniem obowiązującym w święto Pesach jest to zakazujące spożywania, a nawet posiadania w domu chleba na zakwasie.

W kinesie, czyli karaimskiej świątyni w podwileńskich Trokach jest szafa. Karaimi w zasadzie do niczego jej nie potrzebują, stoi im tylko na drodze i zawadza. Pomyśleli, że może lepiej jej będzie gdzie indziej i próbowali podarować mebel muzeum na zamku w Trokach. Szafa jest bowiem niebylejaka. Zawieszona na niej tabliczka głosi, że to prezent od prezydenta Ignacego Mościckiego. Muzeum na zamku podarku nie chciało. Po co im jeszcze jeden obiekt z domieszką polskiej historii? Babcia Justyny wcale się nie dziwi. To tutaj normalne. W 1978 roku, jeszcze za czasów sowieckich, kiedy obchodzono rocznicę założenia Uniwersytetu im. Stefana Batorego (w tamtym czasie noszącego imię działacza partyjnego Vincasa Kapsukasa), władze postanowiły odnowić tablice pamiątkowe na uniwersyteckim dziedzińcu. W nowej wersji pojawił się tam Adomas Mickievicius i Joachimas Lelevelis. Ale pisownia polskich nazwisk na Litwie to tak naprawdę najmniejszy problem. Kamienie i tak mówić będą. A ludzie, wbrew wszystkiemu, życzą sobie: „Smacznego jajka!”, „Chamiedź kutłu!” (szczęśliwych przaśników), „Następnego roku w Jerozolimie!”.

İstanbul

Hüzün” to po turecku melancholia. Słowo ma korzenie arabskie i pojawia się w Koranie, kiedy Prorok opisuje rok, w którym stracił żonę Hatice oraz wuja Ebu Talipa. Okres żałoby nazwał rokiem melancholii – wyraz „hüzün” ledwo się narodził, a już powiązany został ze stratą i duchową agonią. Na tym jego historia się nie skończyła. Ludzie myśleli, aż wreszcie znaleźli odmienne wytłumaczenia. W końcu melancholii może być wiele: czarna, gorzka, przeżywana w samotności, chorobliwa, z miłości. Z upływem lat rozszczepiały się znaczenia i odcieni hüzün przybywało, jego losy stawały się coraz bardziej pokrętne, ostatecznie odcisnęło się na całej tureckiej sztuce, muzyce i literaturze. Miliony ludzi zaczęły odczuwać hüzün i w końcu stało się hüzün całego miasta – Stambułu. A co to konkretnie oznacza?

Talent malarza pejzażysty można rozpoznać po tym, że potrafi tak namalować obraz, by w oglądającym obudził identyczne uczucia, jakie wcześniej przedstawiony widok wywołał w samym artyście. Kemal co prawda nie potrafi posługiwać się pędzlem i farbami, ale umie tak skadrować to, co ma przed oczami, że obcy ogląda to potem i czuje może: jak utalentowany pejzażysta. Kemal jest fotografem i pracuje w tureckiej redakcji „National Geographic”. To on opracował pięć ilustrowanych map turystycznych Stambułu, na których zaznaczono wszystkie zabytki. Oczywiście, map najlepszych, jakie można dostać w sklepie. Dotarcie do jego mieszkania to jak gra w podchody. Najpierw trzeba dostać się na nadbrzeże Eminönü i poprzyglądać ludziom czekającym na prom (w ogromnych pasiastych torbach mają pewnie resztki towaru, którym za dnia handlowali), podziwiać kobiety w chustach i płaszczach okrywających ciało (jakież te chusty wzorzyste, kolorowe, jak dopasowane!, jak kobiety wytrzymują ten upał tak poubierane?), ominąć sprzedawców okularów, kukurydzy, budzików i butów („cheap, very good, buy!, very beautiful”) i kupić smażoną rybę prosto z rusztu (tylko 3 liry ). Potem przejść przez most Galata rozpięty nad zatoką Złotego Rogu. Po drodze obowiązkowo spojrzeć w dół na wodę, obejrzeć się za siebie na rozmyte w słońcu sylwetki meczetów i spróbować policzyć mężczyzn łowiących ryby. Następnie usiąść na przystanku i czekać. Czekać i czekać, a wreszcie zapytać kogoś, czy autobus dziś na pewno przyjedzie. Usiąść ponownie, bo odpowiedź na pewno będzie twierdząca. Po upływie kolejnych 30 minut jednak wstać i pójść dalej. Przejść obok fragmentu starej bramy, nowych bloków, między którymi kuli się drewniany dom, zajrzeć na dziedziniec jeszcze jednego meczetu, zauważyć portret Atatürka na jakiejś ścianie oraz podjeść ziarenek słonecznika zawiniętych w starą gazetę. Skręcić za supermarketem w lewo i zadzwonić domofonem. Wdrapać się na ostatnie piętro i już. W domu czeka zielona lemoniada prosto z Gruzji, bo Kemal był tam przed tygodniem. Można sączyć ją na jednym z dwóch tarasów, kontemplując blaszane dachy coraz bardziej ścieśnione pośród ogromnych apartamentowców, które wyrastają jak grzyby po deszczu.

Najprościej wyobrazić sobie, co to znaczy hüzün miasta, które kiedyś nosiło nazwę Konstantynopol, właśnie wtedy. Ale tylko wyobrazić, bo aby je poczuć trzeba, by się tu urodzić albo spędzić mnóstwo czasu. Kemal ma na półce w sypialni książkę Orhana Pamuka Istambuł. Rozdział dziesiąty jest w całości poświęcony temu wieloznacznemu słowu. Pamuk najpiękniej opisuje widoki – dobrego pisarza, tak jak malarza i fotografa, poznać po tym, że w kilku zdaniach potrafi zarysować to, czego doświadczył, patrząc na swoje otoczenie. Słowa, jakich używa, są jak maźnięcia pędzlem, rysowane przez niego obrazy przesuwają się przed oczami niczym fotograficzne migawki. Każdy przecinek to jedno cyknięcie aparatu: ojcowie wracający do domu z plastikowymi torbami, golibroda ostrzący brzytwę, dzieci grające w piłkę między zaparkowanymi samochodami, milczące kobiety na przystanku autobusowym, puste przystanie przed willami nad Bosforem, pelargonie w oknach drewnianych domów, starzy mężczyźni sprzedający dewocjonalia, zakurzone fasady kamienic, mury miejskie pozostające w ruinie od czasów Imperium Bizantyjskiego, mewy skaczące po falochronie, cmentarze, które wyglądają jak bramy do innego świata, mozaiki w Hagia Sophia odsłonięte spod warstwy wapna, jakim pokryli je Muzułmanie, resztki owoców i warzyw, pudełka, reklamówki walające się po pustym bazarze, sprzedawcy obwarzanków i właściciele knajpek ożywiający się na widok każdego klienta, kościół Chora – perła zagubiona na biednych przedmieściach, dywany wystawione na sprzedaż na chodniku, niebieskoczerwone płytki ceramiczne zdobiące ściany meczetów, pranie rozwieszone przy murze, zwietrzały cesarz Konstantyn ze świtą na hipodromie, stoiska z błyszczącymi tkaninami i największy na świecie wybór kebabów. Hüzün Stambułu to uczucie, które podziela całe miasto, bo na każdym kroku dostrzega się tu ślady minionej, wspaniałej przeszłości: obłupane, zardzewiałe, omszałe, brudne, wypłowiałe, zbutwiałe, niemodne, zburzone, zadeptane przez turystów, zamknięte, zamienione na meczet lub muzeum, opustoszałe, zaśmiecone, przebrzmiałe, choć często nadal w użyciu. To hüzün ruin odciśnięte może: odbijające się niczym w zwierciadle?w ludziach, którzy pośród nich żyją, w milionach osób chodzących ulicami, które kiedyś wyglądały inaczej.

Kemal ma piękne mieszkanie. Na ścianach wiszą fotografie jego autorstwa, na półkach stoi pełno albumów i starych wydań „National Geographic”, za szafą upchnięte są stare plecaki, walizki i torby, przy biurku –krzesło z drewna tekowego, ręczna robota. Cały czas przez jego pokoje przewijają się goście z Hospitality Club. Wcale się dostrzegają w Kemalu smutku, melancholii ani tego, że jest samotny. Kbi, Tupko i inni podkreślają jedynie, że świetnie tańczy. Swoją drogą, jakie to dziwne, że w szkole Kemal uczył się o Zdobyciu Konstantynopola w 1453 roku, a my – o jego Upadku.

***

Hospitality Club (www.hospitalityclub.org), czyli Klub Gościnności, istnieje od 2000 roku. Ma już ponad 300 000 członków pochodzących z 207 krajów z całego świata. Zasada jest prosta – zapisujesz się i możesz korzystać z gościnności klubowiczów na każdym kontynencie. Ich uczciwość i wiarygodność mają gwarantować komentarze, które wystawiają sobie nawzajem.

Misja: zwiększenie liczby „hacerów” do miliona. Pomysłodawcą przedsięwzięcia był Niemiec, Veit Kühne. Zainspirowała go podobna sieć prowadzona przez organizację Mensa. Prawie trzydzieści lat starszy jest Pasporta Servo, czyli Serwis Paszportowy, podlegający TEJO – Światowej Organizacji Młodych Esperantystów (www.tego.org/eo/ps). Oferuje nocleg osobom mówiącym językiem esperanto. Według informacji z 2005 roku, w serwisie było 1364 „pokoi gościnnych”, zarejestrowanych w 89 krajach. W Internecie można znaleźć także inne organizacje działające na podobnych zasadach, oferujące podróżnym gościnę, jak na przykład Coach Surfing, czyli w wolnym tłumaczeniu: „Surfing po kanapach”, który zrzesza osoby z prawie 320 000 miejscowości na całym świecie.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata