70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Urzędnik i artysta

Rozwój rynku sztuki i przemysłu kulturalnego w Polsce w ciągu ostatnich siedmiu lat wprawił środowisko artystyczne w stan euforii. A jest się z czego cieszyć: powstają nowe muzea i instytucje kulturalne, zachodni rynek zbytu otworzył się przed naszymi artystami i kupcami, gazety piszą, mecenat państwowy nie skąpi grosza, rozwija się kolekcjonerstwo i nowy styl życia, w którym sztuka zajmuje ważne miejsce w hierarchii potrzeb konsumpcyjnych. Nie przypomina to już w niczym bryndzy lat 90. I nikt, kto zaradny, nie narzeka.

Odrąbane ręce krytyka

Jeden z polskich galerzystów powiedział mi niedawno, że odrąbie ręce każdemu, kto powie coś złego o wystawie kolekcji Grażyny Kulczyk. – Ta wystawa zrobi tyle dla rozkręcenia rynku i będzie takim wzorem dla wszystkich potencjalnych kolekcjonerów w tym kraju – argumentował z pasją – że nikomu nie wolno o niej pisać źle. Niech tylko jakiś k… powie, że mu się coś nie podoba, to odrąbię mu obie ręce!

Przyjrzałem mu się – był lekko wczorajszy, ale mówił całkiem poważnie. Nie wzbudzał strachu, raczej rozweselał, ale gdyby miał za sobą milicję i wojsko, jak premier Cyrankiewicz, to kto wie, w jaki sposób uciszyłby krytyków? Może ich odrąbane członki ofiarowałby Wielkiej Polskiej Kolekcjonerce? I czy będzie rąbał za każdym razem?

Przez moment chciałem mu odpowiedzieć pryncypialnie, że jeśli idzie o wystawę w poznańskim browarze, to powieszenie XVII-wiecznego obrazu Matki Boskiej Śnieżnej obok Matki z zabitym synem Wróblewskiego i obok obrazu Malczewskiego uważam za pretensjonalną pozę, a podobne zestawienia prac są regułą na wystawie, ponieważ właścicielka dzieł zanadto dba o marketing w lewicowo-liberalnych środowiskach opiniotwórczych, ale zawahałem się. Po co robić z siebie jelenia? Mój rozmówca, człowiek inteligentny, doskonale to przecież wiedział i wiedział, że ja wiem.

Wszyscy wiemy, że to szmira, lecz ciiii… Cicho bądźmy i chwalmy, chwalmy i siedźmy cicho, bo forsy nie dostaniemy.

Zmiana kryteriów wartości

Rozwój rynku sztuki i przemysłu kulturalnego w Polsce w ciągu ostatnich siedmiu lat wprawił środowisko artystyczne w stan euforii. A jest się z czego cieszyć: powstają nowe muzea i instytucje kulturalne, zachodni rynek zbytu otworzył się przed naszymi artystami i kupcami, gazety piszą, mecenat państwowy nie skąpi grosza, rozwija się kolekcjonerstwo i nowy styl życia, w którym sztuka zajmuje ważne miejsce w hierarchii potrzeb konsumpcyjnych. Nie przypomina to już w niczym bryndzy lat 90. I nikt, kto zaradny, nie narzeka.

Zadowolenie środowiska słychać było w dyskusji, jaka odbyła się ostatnio na łamach „Tygodnika Powszechnego” pod bojowym hasłem Czy Polacy potrzebują sztuki nowoczesnej?. Niektórzy z dyskutantów okazali się entuzjastami. Zdaniem Adama Mazura z CSW i prof. Marii Poprzęckiej sztuka w naszym kraju nigdy nie miała się tak dobrze. Żyjemy w czasach rozkwitu. Według wszystkich autorów „Tygodnika…” Polacy potrzebują sztuki nowoczesnej, trzeba ich tylko wyedukować, bo naród nie wie, czego potrzebuje. Poprzęcka najbardziej sugestywnie ukazała dysproporcję pomiędzy nieoświeconym, obojętnym na obrazy Sasnala ludem, a apetytami środowiska.

Zapał modernizacyjny przedstawicieli establishmentu kulturalnego, którzy dyskutowali w „Tygodniku…”, nie jest jednak przedmiotem moich rozważań. Ja też się cieszę, że polscy plastycy są już medialnymi celebrities, że mamy (jak na razie) koniunkturę na rynku, cieszę się w głębi serca z różnorodności. Też uważam, że trzeba naród edukować, żeby polskie dzieci nie zachowywały się w europejskich muzeach tak, jak dzieci mojej znajomej z Danii, które ryczą „mamo, a ta kupa śmieci w kącie, to też sztuka?!”.

Znacznie bardziej interesuje mnie jednak temat, którego nie poruszyli uczestnicy dyskusji w „Tygodniku Powszechnym”, choć mimowolnie dali mu świadectwo. W wypowiedziach przedstawicieli polskiego świata sztuki słychać bowiem od dawna sygnały zmiany kryteriów wartości. Jakie zmiany kryteriów wartości przyniosła koniunktura?

Instytucjonalizacja świata sztuki

Jednym z efektów koniunktury i rozbudowy infrastruktury kulturalnej w latach 2000 jest szybko postępująca instytucjonalizacja sztuki. Wzrost instytucjonalizacji jest uderzający, zwłaszcza w porównaniu do anarchii lat 80. Dotyka on przede wszystkim młodych artystów, których instytucje publiczne szybko promują, eksploatują i wychowują. Nieraz zbyt szybko.

Artyści, którzy rozwijają się w cieniu instytucji publicznych, przeważnie dostosowują swoją produkcję do wymagań – do ducha – tychże instytucji. Przykładem tego były filmy Grupy Azorro, które przez kilka lat kokietowały środowisko kuratorów i artystów związanych z instytucjami publicznymi, zaspokajając rosnącą potrzebę rozrywki kulturalnej.

Krytycy związani z instytucjami publicznymi również kierują się interesem – i duchem – swoich instytucji. W tym sensie są nadal urzędnikami instytucji, które reprezentują, gdyż powoduje nimi hierarchia wartości ich środowisk, hierarchia, która nobilituje artystów mówiących ich językiem. Przybiera to czasami formy komiczne. Muzeum Narodowe w Krakowie postanowiło niedawno odmłodzić swój wizeruneknarodowo-pompatycznej instytucji i w tym celu zatrudniło jednego krytyka i kilkoro artystów. Akcja Joanny Rajkowskiej polegała na kupieniu tony bigosu i wygnaniu na Błonia całego personelu MNK w celu powszechnego zbratania się przy konsumpcji z kotła. Akcja Elżbiety Jabłońskiej polegała na zaproszeniu do muzeum samotnych matek z dziećmi. Dzieci miały się bawić piłeczkami, a młode mamy flanerować po salach i opiniować dzieła młodych artystów. Ani jedna samotna matka nie przyszła, dlatego do muzeum zwołano koleżanki organizatorów. Nakręcono film (dzieci skaczą w plastikowym basenie, znudzone matki flanerują), po obejrzeniu którego ktoś z młodych widzów spytał, czym właściwie różni się praca artysty od pracy kaowca.

MNK jest dumne ze swoich potiomkinowskich „akcji artystycznych”. Informacje o nich napisano drętwym urzędniczym żargonem. Podobna nowomowa jest także pospolicie używana przez artystów korzystających z dotacji budżetowych na swoje projekty lub wykonujących te czy inne prace usługowe pod szyldem sztuki. Ludzki głos, głos społecznej troski, którym zapewne chciałaby mówić Jabłońska, staje się w tej sztucznej sytuacji mową urzędnika.

Artysta chce władzy

Przybywa nam urzędników sztuki – urzędnikami stają się krytycy i kuratorzy, urzędnikami chcą być także artyści. Głośny manifest sztuki zaangażowanej opublikowany w „Krytyce Politycznej” przez Artura Żmijewskiego ukazuje, do jakiej zachłanności może dojść u artysty pragnienie sterowania ludźmi. Dokąd można dojść, gdy przez wiele lat było się bohaterem oświeconego establishmentu. Ten kto prace Żmijewskiego krytykował, był przecież faszystą. Żmijewski jako sumienie obozu postępu, mógł więc przez lata robić, co chciał, instrumentalnie traktując ludzi, bo krytykowali go wyłącznie faszyści… Aż do czasu, gdy okazało się, że film przygotowany przez niego na Biennale w Wenecji w 2005 jest cienki, co przyznał z pewnym zażenowaniem nawet ówczesny minister kultury; Waldemara Dąbrowskiego nie wypadało już nazwać faszystą.

Tę artystyczną klapę próbuje Żmijewski rekompensować pisząc manifesty i wyznaczając sztuce cele polityczne, wcześniej nieobecne w jego działalności (którą jednak, co trzeba przyznać, zawsze cechowała intuicja społeczna). Artyści mają się zająć propagandą nowej lewicy. Autor manifestu zachęca ich do zamachu stanu – należy odebrać władzę krytykom! Sądy estetyczne to przecież rodzaj wyjątkowo bezczelnego despotyzmu. Artyści sami powinni je uskuteczniać. Innymi słowy, Żmijewski chce zatkać gęby polskim krytykom i ukarać ich za lanie po weneckim Biennale.

Żmijewski uchodzi za najzdolniejszego socjotechnika w środowisku artystycznym. Kamera służy mu do nieustannej, wręcz obsesyjnej kontroli zachowań innych ludzi; być może, niczym nowy Bucharin, uważa, że wzajemna kontrola nas uszlachetni? Przerażające, że właściwie odpowiada to obecnym oczekiwaniom. Ludzie chcą coraz ściślejszej kontroli przestrzeni publicznej, chcą monitoringu w domach i w klozetach, dla poczucia bezpieczeństwa gotowi zrzec się wolności osobistej.

Życzę urzędnikowi Żmijewskiemu, żeby jego trauma minęła i jego marzenia się spełniły. Żeby został ministrem edukacji w przyszłym rządzie Sławomira Sierakowskiego (ministerstwo kultury, mam nadzieję, ktoś do tego czasu wreszcie zlikwiduje). Wtedy każdy uczeń będzie musiał przymusowo obejrzeć Berka, który niechybnie trafi do kanonu lektur szkolnych.

Manifest Żmijewskiego został natychmiast przedstawiony środowisku artystycznemu jako poważna propozycja intelektualna na stronach internetowego „Obiegu”, żywej trybuny CSW. Redaktorzy „Obiegu”, Adam Mazur i Magda Pustoła, są także członkami redakcji „Krytyki Politycznej”. Publiczna instytucja kulturalna stała się więc tubą propagandową sympatyków nowej lewicy. Sądzę, że redaktorzy „Obiegu” powinni przemyśleć, czy chcą być otwartą trybuną – parlamentem polskiego świata sztuki, czy raczej miejscem wieców sympatyków tylko jednej frakcji.

Wielki biznes i niszczycielski modernizm 

Jaka jest głębsza przyczyna tego, że tradycyjną dotąd taktykę neutralizowania krytyków niechętnych kręgom Żmijewskiego, tj. piętnowania moralnego i wytupywania, zastąpiono obecnie żądaniem unicestwienia krytyki? Po raz pierwszy od przełomu politycznego w 1989 roku jedno środowisko artystyczne – związane najogólniej rzecz biorąc z „Krytyką Polityczną” i Fundacją Galerii Foksal – wystąpiło z publicznym roszczeniem do wyłączności na rzecz jednego języka, jednej postawy.

Żądanie to nie jest aż tak groteskowe jak się na pozór wydaje. Nie jest też bynajmniej prostą pochodną leninowskiego rozumienia krytyki jako wojny. Wynika ono w równym stopniu z rozwoju i nowego charakteru biznesu artystycznego. Próby niszczenia krytyki artystycznej wystąpiły w kręgu anglosaskiej „kultury korporacyjnej” w czasie wielkiej i kosztownej kampanii lansowania tzw. Young British Artists (YBA) pod koniec lat 90. Był to medialny humbug. Związek pomiędzy nakręcaniem koniunktury na YBA a polityką lewicy, polegał na gwałtownie zwiększonych – jak nigdy dotąd w historii – dotacjach z budżetu państwa dla sztuk wizualnych. Do władzy w Wielkiej Brytanii doszli wówczas reformistycznie nastawieni labourzyści. Wielkie korporacje włączyły się w pompowanie pieniądza w biznes artystyczny, widząc w tym pewny i szybki interes. W związku z tym krytyków nastawionych niechętnie do dzieł Hirsta, braci Chapmanów, albo do budowy Millenium Tower, po prostu nie dopuszczano do głosu, ośmieszano, marginalizowano. W tym punkcie zeszły się interesy lewicowych modernistów, finansjery i części środowiska artystycznego.

Podobny humbug próbuje się teraz lansować w Polsce. Nagłaśnia się slogan „Młoda Sztuka z Polski”, a w dyskusji „Tygodnikowej” słychać ogromne nadzieje na rozkręcenie biznesu. Nowe muzea mają być domami kultury dla mas, ośrodkami rozrywki kulturalnej. Masami będzie kierować reklama. Więc po co krytyka? Po co psuć kwitnący interes?

Dwuznaczny język polityki obecny w wypowiedziach Żmijewskiego oraz związanego z nim kręgu menedżerów, nie wziął się znikąd. Wielki biznes artystyczny i polityka od dłuższego czasu tworzą w Polsce klimat tolerancji dla kłamstwa. Dowiodła tego recepcja twórczości Oskara Hansena, modernistycznego architekta i komunisty, przypomnianego i przyjętego na sztandary przez środowisko Fundacji Galerii Foksal.

Nie słyszałem ani jednego głosu któryby wskazywał na długotrwałe szkody wynikłe z działalności biura projektowego tego architekta, jak również na niebezpieczeństwa jego idei architektury totalnej. Młodzi historycy sztuki, którzy pisząc o Hansenie, wśród zachwytów nad jego wizjami zdobywali łaski menedżerów Fundacji, nie wyrazili nigdy żadnych wątpliwości. W ten sposób rynek i władza kształtują charaktery oportunistów i pieczeniarzy. Sukces finansowy i marketingowy Fundacji to silny magnes. Wszystko to przecież gra – brzmi artystyczna dewiza tego środowiska – tylko gra, w której raz po raz zdarzają się serie katastrof. Sporo w tym cynizmu. Chwilami nader pociągającego.

Krytyk w psiej budzie 

Krytyka ma się więc w Polsce nieświetnie, tak uważam, w przeciwieństwie do wykazującego się dobrym samopoczuciem środowiskowego establishmentu dyskutującego w „Tygodniku Powszechnym”. Dziwnym trafem mimo rozkwitu ekonomicznego ciągle jest wiele kłamstwa, koniunkturalizmu, oportunizmu. Dowiodły tego jasno zachwyty krytyki nad rozwojem artystycznym Doroty Nieznalskiej przy okazji jej wystawy w browarze Grażyny Kulczyk. Nie można się było połapać – chwalą, bo tak wypada, czy naprawdę im się to podoba? Czy chwalą, bo wszedł w to z rozmachem wielki kapitał? Czy chwalą, bo pejcze i druty oraz inne akcesoria sado-maso są najzwyczajniej fajne? Agnieszka Sabor, recenzentka „Tygodnika Powszechnego”, popadła w euforię na widok całej seksualno-sakralnej tandety Nieznalskiej, uznawszy widać, że wreszcie można o tym pisać bez obciachu i być w zgodzie z poprawnością. Co za frajda!

Dlaczego polityzacja skutkuje takim zakłamaniem? Czy wynika ono ze strachu, czy z wyrachowania? Głupstwa, które wypisuje, nie kompromitują dziś krytyka, kompromitują za to niewłaściwe poglądy. Świat stał się po prostu o coś uboższy, choć może na oko tego nie widać.

Prof. Maria Poprzęcka dała, jak zwykle, wzorcowy przykład tego, co wypada, a co nie wypada, pisząc o wystawie trzech małopolskich kolekcji sztuki nowoczesnej, chwaląc i podszczypując. Więc czego w żadnym wypadku robić nie należy? Jakie są środowiskowe tabu?

Nie wypada pisać o niechlujnej aranżacji wystawy tychże kolekcji w Sukiennicach, za którą ktoś (kto to taki?) wziął zapłatę.

Nie wypada pisać o tym, co widać na pierwszy rzut oka – że wiele prac jest bardzo słabych lub bardzo błahych.

Nie wypada w ogóle rzeczowo oceniać kolekcji gromadzonych przez Towarzystwa Zachęty, bo są dopiero na dorobku, a byt ich jest zagrożony.

Nie wypada pisać źle o (okropnych!) pracach Nieznalskiej, bo to ofiara prawicowych prześladowań i jest pod ochroną środowiska.

Nie wypada pisać źle o obrazach Sasnala, bo artysta ten ma największe dochody, ładnie się uśmiecha i jest żywą ikoną sukcesu polskiej sztuki.

Nie wypada pisać źle o kolekcji pani Kulczykowej, bo jest to pionierskie i jedyne w swoim rodzaju przedsięwzięcie.

Nie wypada pisać źle o estetyce dzieł Artura Żmijewskiego, bo jest to wielki i szanowany urzędnik oraz działacz społeczny.

I tak dalej… zapraszam Czytelników do uzupełnienia listy.

Nic dziwnego, że przy tylu ograniczeniach, które można by jeszcze znacznie pomnożyć (zawsze znajdzie się jakaś „racja wyższa”), krytyka artystyczna w Polsce znajduje się dziś tam, gdzie się znajduje – na łańcuchu w psiej budzie.

Więc może trzeba przyznać rację liberałom? – Tak, krytyków powinno się trzymać na łańcuchu, bo dobrze wychowany piesek zawsze się przyda! Niech szczekają głośno, ile zarabia Sansal. A może trzeba przyznać rację nowej lewicy? – Tak, najwyższy czas zastąpić krytyków artystami! Psa trzeba zastrzelić, bo do niczego się już nie nadaje.

Likwidacja niezależnej krytyki artystycznej, do której dochodzi w obu tych przypadkach, otwiera prostą i wygodną drogę do kolektywizmu. Już teraz trudno jest dostrzec w twórczości niektórych pań i panów, korzystających z zapomóg socjalnych lub funduszy korporacyjnych, znamiona indywidualizmu. Zjedzenie tony bigosu to dzieło bez wątpienia kolektywne. Trudno je ocenić – można najwyżej zapytać, czy bigos był smaczny. 

Mała prośba do urzędnika

W trakcie dyskusji w „Tygodniku” Adam Mazur, pracownik CSW w Warszawie, stanowczo odrzucił wątpliwość, czy należy aż do tego stopnia polityzować sztukę, jak chce tego np. Żmijewski. – Wszystko jest polityką! – woła Mazur, powtarzając slogan prezesa Fundacji Foksal Andrzeja Przywary, który podobno biega teraz po Warszawie i wygłasza go każdemu na „dzień dobry”.

Otóż Panie Adamie… Szanowny Panie Adamie…

Nie wszystko jest polityką. Wielu wybitnych artystów, którzy robią rzeczy cudowne, stroni od polityki i polityczności. Pan wyrządza im krzywdę swoją jednostronnością. Pana retoryka spycha ich na margines. Jest to retoryka siły, w której czuje się brutalność i słyszy fanatyzm.

Są na świecie rzeczy bardzo delikatne i serdeczne, które wymagają ochrony, opieki. Rzeczy bardzo cenne, które łatwo przeoczyć i łatwo zniszczyć. Zatupać i zakrzyczeć. Takie rzeczy istnieją. Naprawdę.

Bądźmy ostrożni.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata