70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Żeby opowiedzieć, musisz odczuć i uwierzyć, że jesteś wysłuchana. Że ten, kto cię słucha, jest całym sercem i duszą temu słuchaniu oddany.

Są opowiadania, których nie wolno przerywać. To tak, jakbyś poszła z kimś do łóżka i wiedziała, że obok jest jego mama, która może wejść w każdej chwili.

Prawdziwe wysłuchanie kogoś to jest też oddanie się, poświęcenie.

Czasem unika się czyjegoś opowiadania, bo wysłuchanie zobowiązuje.

A więc nikt nie okazał mi tyle zainteresowania, bym mogła opowiedzieć…

mówi Alona Frankel w rozmowie z Katarzyną Bielas („Wysokie obcasy”, 23 czerwca 2007).

Czytam książkę Alony Frankel z dziwnym poczuciem, że spotykam w niej istotę bliską mi – siostrzaną w jakiś niezwykły, niepojęty sposób. Muszę się do tego przyznać, bo z tej racji nie potrafię napisać zwyczajnej, chłodnej, a nawet ciepłej czy entuzjastycznej recenzji. Dla mnie ta lektura była najpierw bodźcem do odkrywania – przez analogię – samej siebie. Chodzi o substancję wspomnień – z czego są, jak są we mnie. To oczywiście ważne dla mnie, że wspomnienia Dziewczynki są wspomnieniami dziecka z tych samych czasów, kiedy ja byłam dzieckiem, choć trochę starszym. To echo koszmaru wojny wracające gdzieś od dna, przez nasze długie życie. Ale nie tylko dlatego czytam, czytam i czytam ten tekst, potem powtarzam sobie w myśli film, jaki z niego powstaje.

Dziewczynka[1] nie jest jeszcze jedną opowieścią o losie dziecka żydowskiego w czasach Zagłady. Tak, dowiadujemy się, jak to było z małą Iloną z Bochni i jej rodziną. Ale – podobnie jak z pamiętnika Anny Frank – dowiadujemy się przede wszystkim czegoś istotnego o byciu człowiekiem – konkretnie: dzieckiem, partnerem, obserwatorem, a nade wszystko ofiarą dorosłych, całego ich świata. Także mikrokosmosu, jaki wokół dziecka tworzą bliscy. Dorośli kochają dziecko, walczą o jego ocalenie, starają się zatrzymać na sobie – co właściwie? Nieubłagany los, niebezpieczeństwo, śmierć? To się udaje i nie udaje. Dorośli, także kochający, rzadko widzą, rzadko odgadują, co sami robią dziecku, idąc z nim przez to, przez co sami muszą iść.

O swoim byciu dziewczynką pisze teraz starsza już kobieta, bardzo dojrzały człowiek. Ta kobieta może nie tyle do końca rozumie, ile pamięta siebie-dziewczynkę i potrafi tamtą świadomość przywołać. (I konsekwentnie idąc za nią, ja też własne dawne doświadczenia jakby znów przechodzę). Dlatego pisząc o tej wyjątkowej książce, czuję się wobec innych, wobec młodych czytelników, jak szczególny świadek zobowiązany do potwierdzania: tak, wierzcie Alonie, tak jest być dzieckiem, tak się to pamięta, dziwnie żywo i dokładnie pamięta się to, co wcale się nie powtarza, życie zupełnie inne. Dziś niewiarygodne, wtedy oczywiste, taki właśnie mające porządek. Rzeczy do pamiętania miałyśmy różne, ale sposób pamiętania zastanawiająco podobny.

Nie tylko o kryminałach należy pisać tak, by pozostawić wzmożony apetyt na lekturę własną. Nie chcę zbytnio ujawniać, co się kryje pod czerwoną okładką Dziewczynki. Jak to określić? Może powiem tak: ta dziewczynka urodziła się, by być reporterem życia, reporterem w takim sensie, jaki nam pozostawił Ryszard Kapuściński. Dzięki temu, że ludzie bywają reporterami, a niektórzy są nimi nieustannie, świat istnieje na ten drugi, istotny sposób – przełamany w świadomości. Dziewczynka Ilonka, kobieta nazwana Aloną – choć wolałaby imię Rachel – nie odmówiła światu istnienia w swojej świadomości. Cieszę się, że ją spotkałam w książce, a potem na żywo podczas jej ostatniej wizyty w Polsce. Trudno mi wierzyć, że tej książki nie napisała po polsku, tak pięknie wciąż mówi językiem Dziewczynki. Wyobrażam sobie, jak dokładnie musiała autoryzować świetny przekład Leszka Kwiatkowskiego. 

Skrzydło

Rozmowa  o tym, po co brać się do pisania. Uczestnicy – dorośli w różnym wieku, współpracownicy gazetki redagowanej przez więźniów. Mówię o tym, że dla mnie osobiście pisanie bywa ucieczką przed niemożnością czytania. Czasem pomaga w tym uciekaniu obraz czy fotografia, pełna przestrzeni. W wyobraźni ucieka się tam, między te drzewa, drogą pod górę… Już się nie jest pacjentem skazanym na tę salę, ten koc, tę poduszkę…

Wiem! –  mówi jeden z uczestników. – Ja uciekam nie w żaden obraz, tylko do mojego skrzydła, czuję na sobie uprząż, która mnie ze skrzydłem połączy, wiatr, te prądy ciepłe i chłodniejsze, które uniosą mnie w górę i będzie widać świat malejący, im bardziej z wysoka, to ładniejszy.

Opowiada o tym jeszcze dokładniej, ja też chcę poczuć, jak to jest.

– Napisz.

– A nie będą się śmiać, że ktoś taki, niby ja, o czymś takim myśli?

– To nie pisz, że to ty, tylko że ktoś tobie to opowiada. Przecież ważne jest skrzydło, a nie ty.

Nad sprawą „byłych betanek”

Eksmisja może być zgodna z prawem, może też być konieczna – ale niemal zawsze jest procedurą brutalną, bolesną, jak wyrwanie ślimaka z jego skorupy. Ślimak tego nie przeżyje, skorupy nie odtworzy; człowiek więcej potrafi, ale bezdomny staje się bezbronny, może być łatwym łupem.

Słyszałam, że niektóre dawne mieszkanki usiłowały wrócić do kazimierskiego klasztoru, kręciły się wokół dotychczasowej siedziby jak mrówki wokół rozkopanego mrowiska.

Prawdopodobnie większość sióstr – byłych betanek – chce odtworzyć to,  z czego zostały wyłuskane. Z punktu widzenia prawa nie ma podstaw, by władze świeckie miały w tym przeszkadzać. Zgromadzenie betanek odzyskało swoją własność, może jeszcze – jeśli się na to zdecyduje – dochodzić swoich strat i szkód. Pomoc ze strony diecezji została przez eksmitowane odrzucona, bo oczywiście nie była pomyślana jako pomoc w kontynuacji tego, co było.

Ale dla Kościoła to przecież nie wszystko, nie cała sprawa.

Nie wiem i chyba nadal nie wiadomo dostatecznie jasno, co się działo – od lat – w kazimierskim domu betanek. Zgromadzenie ma prawo chronić się przed publicity, to samo prawo mają uczestniczki sporu obecnie wykluczone ze zgromadzenia.

Jednak od pewnego krytycznego momentu sporu, może wyprzedzającego formalne wykluczenie, rzecz stała się sprawą już nie zgromadzenia, lecz Kościoła. Biskup stał się stroną. Spory tego typu są stare jak świat, a co najmniej tak jak Kościół. Na przykład św. Paweł pisał: „Ewodię proszę, Syntychę zaklinam, aby były jednomyślne”… Kto wie, może jedna z tych ważnych dla Kościoła kobiet przechylała się na stronę “judaizantes”? Albo może gnozy, obecnej w środowisku nawróconych? Tak sobie tylko zgaduję. Ale nie bez podstaw przypuszczam, że w kazimierskim domu betanek musiało dziać się coś, czego kierownictwo zgromadzenia nie chciało brać na swoje konto, i do tej decyzji przyłączył się biskup (albo może było odwrotnie?). Akurat to raczej nieważne. Z tego, co ujawniono, wynika, że chodzić miało o kierowanie się prywatnymi objawieniami, których sens budził zastrzeżenia.

Jeszcze do niedawna mieszkanki kazimierskiego klasztoru żyły w podwójnej sieci przyjętych zobowiązań do posłuszeństwa: jako zakonnice miały być posłuszne przełożonym swego zgromadzenia. Ta więź została przerwana przez pójście za “zbuntowaną” – czyli wypowiadającą posłuszeństwo – bezpośrednią przełożoną. Konsekwencją jest wykluczenie ze zgromadzenia i, długo odkładana, eksmisja z posesji należącej do betanek. Pozostała więź tych osób z Kościołem rzymskokatolickim. Czy nastąpiła już lub ma nastąpić także “duchowa eksmisja”? Czy może jest w dzisiejszym Kościele jakieś miejsce również dla takiej duchowości i takiego układu stosunków między liderką grupy a jej zwolenniczkami? To się z czasem okaże. Będzie wtedy szansa poznania odpowiedzi hierarchy lubelskiego Kościoła na pytanie: czy w Kazimierzu, wśród zakonnic, potem – “byłych zakonnic” – rzeczywiście rozwinęła się “sekta”.

Jeśli tak – to w jakim znaczeniu nadużywanego słowa “sekta”?

W dzisiejszym języku potocznym słowo “sekta” funkcjonuje  na oznaczenie takiej grupy religijnej, w której praktykowana jest “psychomanipulacja”, jakieś szczególne i świadomie stosowane zabiegi prowadzące do utraty czy ograniczenia własnej woli adeptów. Sekta dąży do rekrutacji osób, które podporządkują się silnie dominującym liderom otoczonym czcią. Inne elementy “bycia sektą”, jeśli są zauważane, to na dalszym planie, niezbyt dokładnie. Sektę tworzą wierzący oderwani od swego macierzystego Kościoła (czy też Kościołów – o pluralizmie pochodzenia członków sekt rzadko się wspomina). Sekty odrywają ludzi od ich religijnej tradycji, proponując nowinki. Tu już całkiem lekceważy się  to, że sekty mogą powstawać w imię powrotu do tradycji starszej – przez odrzucenie rozwoju, na przykład reform soborowych, nie tylko Soboru Watykańskiego II, lecz na przykład Watykańskiego I. Natomiast – tego jestem dość pewna – religijne zniewolenie i dominację można uprawiać, pozostając w granicach ortodoksji na przykład rzymskokatolickiej. Wystarczy narzucanie pewnej dyscypliny i praktyki w zasadzie standardowej, ale z siłą obsesji. Taka grupa może raczej nie wyglądać na “sektę” i nie być tak określana – choć działa podobnie.

Poruszam zagadnienie, które ma obszerną literaturę, z którą spotkałam się już dawno temu, w ramach działalności ekumenicznej. Tu dzielę się tym, co pozostało w moim myśleniu jako pożyteczne narzędzie “rozeznania duchów” i podstawa dla pojmowania wolności religijnej gwarantowanej przez Konstytucję i wchodzącej w skład praw człowieka.

Dla mnie istotą mentalności sektowej jest przekonanie, nieraz milcząco zakładane, że tu, “w naszym ruchu” czy “wspólnocie”, jesteśmy zbawieni inaczej, lepiej, z większą pewnością niż ci inni wierzący; jesteśmy zbawieni podwójnie. Przez wybór tej właśnie drogi, tej naszej, nam odsłoniętej dostępujemy łaski niedanej innym…

Tak, może tak być, że jest się “prawowiernym katolikiem” na sposób sekciarski.

Są jeszcze dodatkowe oznaki “sektowacenia”: powstawanie odrębnej, tylko dla nas zrozumiałej terminologii religijnej, obrzędów i ich przewodników, tylko u nas do znalezienia. Wreszcie, jako jeszcze jeden rys: dokładanie czegoś własnego do ogólnie dostępnego skarbca nauki wiary, a zwłaszcza do ksiąg świętych macierzystej wspólnoty. Mogą to być na przykład zapisy objawień prywatnych, których treść ma coś dodawać do Ewangelii. A więc słusznie objawienia prywatne jako źródło pobożności i autorytetu kojarzone są z genezą sekt.

Z tego, co napisałam, widać chyba wyraźnie, że do sekt nie żywię sympatii. Odcinam się jednak od popularnej, a ponurej wizji sekty jako spisku przeciw ludziom, zwłaszcza przeciw rodzicom uwodzonych, a potem wyzyskiwanych dzieci. Tak bywa, ale nie jest to przypadek najczęstszy. Nowe ruchy religijne, nieraz już zresztą nie tak nowe, tylko na danym terenie dotąd nieznane, bywają posądzane o wszystko najgorsze, z psychomanipulacją na czele. Nie musi tak być i nie zawsze tak jest. Ludzie garną się do takich ugrupowań, ponieważ pragną i szukają entuzjazmu religijnego, inspiracji do gorliwości, do przeżywania kontaktu z Bogiem. Niejednokrotnie mogą to znaleźć właśnie wśród “inaczej wierzących”. Może w tym nie być żadnej “psychomanipulacji”, raczej brak odporności na udzielające się emocje. A także brak krytycyzmu. Ale czy dość krytyczną formację otrzymują wierni w Kościele, w którym duchowni z zapałem propagują Pasję Mela Gibsona, mieszającą Ewangelie z obrazami z prywatnych objawień niesankcjonowanych przez Kościół?

Martwi mnie to, że przeciwdziałanie wpływom grup o charakterze sekt opiera się u nas głównie na insynuowaniu, że są one “narzędziami Demona”. Takie podejście przekreśla możliwość zachowania kontaktu, naraża na agresję. O ile wiem, w ośrodkach antysektowych diagnoza “demoniczności” to wyrok orzekany bez dawania szans na obronę. Obawiam się, że coś takiego może spotkać byłe betanki. Trudno im będzie ustrzec się niebezpieczeństw zagrażających każdej grupie od wewnątrz. Nasilają się one w związku z izolacją od szerszej wspólnoty i poczuciem krzywdy. Bez niczyjej psychomanipulacji można wtedy poddać się pokusie przypisywania sobie wyjątkowych zasług i łask. Każda grupa może stać się sektą, jeśli się tego nie strzeże.


[1] Alona Frankel, Dziewczynka, wydawnictwo  Nisza, Warszawa 2007.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata