70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

J. M. Coetzee – mapa twórczości

Wrażliwość Coetzee’ego lokuje jego twórczość w punktach zapalnych świata, ale nie tego, który znamy z mediów – Coetzee jest geografem peryferii, zapomnianych lądów, przestrzeni wyrzuconych poza obszar zainteresowania wielkiego świata i jak sejsmograf odnotowuje jego wstrząsy.

Mimo że powieści J.M. Coetzee’go do łatwych nie należą, nie podzieliły smutnych losów ambitnych dzieł dyskutowanych i żywych wyłącznie w murach uniwersytetów. Coetzee jest czytany, trudno pozostać wobec niego obojętnym. Tak o twórczości Coetzee’ego pisał dziennik „The Australian”: „Początkowo jego proza może wydawać się nazbyt powściągliwa. Jednak kumulatywny efekt detali, które dyskretnie powołuje do swojej służby, przyprawia o dreszcz; jest w nim to, co John Updike nazywa nieprawdopodobną elektrycznością[1].

Południowoafrykańczyk z urodzenia, Australijczyk z wyboru, Coetzee ciągle zaskakuje rozpiętością „siatki kartograficznej”, którą rozrysowuje swoją twórczością. Urodził się w Kapsztadzie w 1940 roku, obywatelstwo australijskie otrzymał w marcu 2006. Pierwszym językiem autora Hańby był angielski, którym posługiwali się jego rodzice, jednak z dalszymi krewnymi rozmawiał w afrikaans. Wielojęzyczność jest dla tego pisarza – wiecznie oscylującego na granicy kultur – stanem naturalnym. Myślę, że możemy mówić też o wieloetniczności jego literatury.

Mimo deklarowanej niechęci do podróżowania Coetzee uczył się i pracował łącznie na czterech kontynentach. W Afryce (RPA) studiował anglistykę i matematykę, w Europie zbierał materiały do pracy magisterskiej, w Stanach Zjednoczonych zaś pisał doktorat i wykładał na uczelni (doktorat otrzymał na Uniwersytecie w Austin w Teksasie, wykłady prowadził na nowojorskim Uniwersytecie Buffalo). Od przejścia na emeryturę mieszka w Australii, gdzie został honorowym wykładowcą Uniwersytetu w Adelajdzie.

Kiedy w 2003 roku dowiedział się o przyznaniu mu Nagrody Nobla, w pierwszym odruchu zapowiedział, że na ceremonii w Sztokholmie się nie pojawi. Niebezpieczeństwo było realne – znawcy pisarza pamiętali, że Coetzee nie odebrał wcześniej osobiście swoich dwóch Bookerów, i to wcale nie z powodów politycznych. Coetzee obsesyjnie chroni swoją prywatność, stroni od spotkań i literackich imprez, podobnie unika odpowiedzi na pytania o znaczenie swojej twórczości. Z kolei odpowiadając na pytania o korzenie, wciąż opiera się próbom przyklejenia mu etykietki pisarza reprezentującego „afrykańskość” bądź jakąś tam „afrykańską tożsamość”. Odpowiedź na to ulubione przez biografów pytanie pozostawmy w gestii samego zainteresowanego; ja osobiście chciałabym natomiast zastanowić się nad tym, jak można by rozrysować twórczość Coetzee’ego na mapie świata, jak konkretne (autentyczne i wyobrażone) punkty globu znajdują odzwierciedlenie w kolejnych powieściach Noblisty, wreszcie jak, rzutując sytuację konkretnego kraju na psychikę i ciało postaci, Coetzee często stwarza swoiste „geografie ciała”, przestrzenie mentalne i transformuje problemy polityczne w krajobrazy imaginacyjne.

Afryka

Wrażliwość Coetzee’ego lokuje jego twórczość w punktach zapalnych świata, ale nie tego, który znamy z mediów – Coetzee jest geografem peryferii, zapomnianych lądów, przestrzeni wyrzuconych poza obszar zainteresowania wielkiego świata i jak sejsmograf odnotowuje jego wstrząsy. Naturalnym pierwszym obiektem pisarskiego zainteresowania ten urodzony w Kapsztadzie potomek duńsko-angielskich imigrantów czyni Afrykę, w szczególności Republikę Południowej Afryki – trudno jednak szukać w jego życiorysie wypowiedzi o charakterze politycznym. Problemy, z jakimi zmaga się kontynent, niejako ogniskują się w przestrzeniach RPA. W werdykcie Komitetu Noblowskiego napisano, iż „twórczość Coetzee’ego biegnie niczym kabel wysokiego napięcia przez nieprzyjazne, południowoafrykańskie krajobrazy”. Bezpośrednio krajobrazy te rozrysował Coetzee w quasi-pamiętniku Lata chłopięce i w Hańbie, najlepszej według krytyków powieści noblisty. Niebezpośrednio RPA figuruje w każdej prawie z jego powieści, również w tych parabolicznych. Komunikat Komitetu Noblowskiego obwieszczał przyznanie nagrody „temu, kto w niezliczonych odsłonach portretuje przedziwne uwikłanie outsidera”. Coetzee rozrysowuje mapy mentalne swoich bohaterów, rzutując je na mapy fizyczne – i polityczne – a własne „uwikłanie outsidera” przedstawił poniekąd właśnie w Latach chłopięcych, powieści obrazującej rodzącą się w bólach, pokiereszowaną i rozbitą tożsamość bohatera.

Lata chłopięce to pierwsza część planowanej przez pisarza trylogii, a zarazem fabularyzowana kronika dzieciństwa autora. Osadzona jest w realiach niewielkiego peryferyjnego miasteczka położonego 140 kilometrów od Kapsztadu. Realia są konkretne – w nich następuje proces formowania się boleśnie wyostrzonej, niemal autystycznie wrażliwej samoświadomości, poczucia jednostkowości tak nieprawdopodobnie delikatnego, że jest niczym  „krab wyjęty ze swojego pancerza, różowy, poraniony i obsceniczny”[2].

Bohater Lat chłopięcych dorasta w świecie zatrutym nienawiścią rasową, świecie barykad i drutów kolczastych, ale sam konsekwentnie odmawia usytuowania się po określonej stronie muru. Racji wykluczonych i outsiderów J.M. Coetzee zawsze będzie wysłuchiwał z największą uwagą – a współczesna Południowa Afryka jest przecież lądem wykluczonych, kotłem, w którym wirują sprzeczne lojalności. Wobec nich bohater – a po części sam autor – musi się określić. W tym świecie walczą ze sobą języki – język dawnych kolonizatorów, angielski, ale i język osiemnastowiecznych holenderskich osiedleńców, afrikaans; skonfliktowane partie polityczne, a nawet Rosjanie i Amerykanie – za sprawą meczów piłki nożnej rozgrywanych przez młodych kolegów bohatera.

Krajobraz RPA to też sceneria wstrząsającego zapisu psychozy, jakim jest W sercu kraju (wydanie oryginalne 1977). Tutaj kobieta mieszkająca ze swoim starszym ojcem przeżywa w swojej psychice  koszmar apartheidowskiego systemu, w którym granice między rolami oprawcy i rolami cierpiącego zdają się tak samo płynne i nieokreślone jak tok myśli bohaterki przedstawiony w delirycznym, pokawałkowanym monologu. W tytułowe „serce kraju” wtajemnicza nas szalona, targana namiętnościami, dzika i fascynująca kobieta. A tym „sercem” jest kompletne odludzie, niemożliwe wręcz do pomyślenia pustkowie.

Samotna farma na afrykańskim pustkowiu, coraz bardziej natarczywe głosy afrykańskich czarnych domagających się od białych, niezależnie od ich faktycznej winy, „sprawiedliwości dziejowej” pojawiają się w Hańbie (wydanie oryginalne 1999), najdobitniej przemawiającej powieści o Afryce po apartheidzie. Żądania czarnych obywateli stają się tak natarczywe, że anektują sobie oni przestrzeń nie tylko geograficzną, ale i przestrzeń prywatną, przestrzeń ludzkiego ciała – w Hańbie jest to ciało córki głównego bohatera, zgwałconej brutalnie przez trzech czarnych wyrostków, którzy okazują się zresztą znajomymi sąsiada dziewczyny. Ból za ból – wet za wet. System polityczny i relacje społeczne, traumy apartheidu, rozgrywają się w przestrzeni najbardziej prywatnej i intymnej. Coetzee bez sentymentalizmu, z bolesną wręcz precyzją posługuje się literaturą jako „chirurgicznym narzędziem, które tnąc przez wszystkie warstwy zakłamań, dociera do pierwotnej rany i otwiera ją na nowo. To sztuka wiecznego jątrzenia – tym lepsza, im dostarczając wciąż nowych, oryginalnych środków wyrazu cierpienia, nie pozwala, byśmy na nie zobojętnieli”[3]. Bohaterka Hańby, wbrew radom ojca, nie podejmuje się ścigania winnych ani nie myśli o usunięciu ciąży będącej następstwem gwałtu – to nieoczywistości, do których ciągle przyzwyczaja swoich czytelników Coetzee. Południowa Afryka walczy o budowanie nadziei na zgliszczach, bo to chyba jedyny dostępny człowiekowi środek przezwyciężania ruiny podziałów.

Należy jednak nadmienić, że Hańba rozgrywa się w dwóch afrykańskich światach: wiejskim i wielkomiejskim, z którego wyobcowany zostaje profesor Lurie, wykładowca literatury, a zarazem koneser kobiet i wina, główny bohater powieści. Stolica RPA to miejsce, do którego docierają zniekształcone echa prądów panujących w „centralnych” obszarach uniwersyteckiego świata – polityka politycznej poprawności, czyli nowoczesna wersja społecznego ostracyzmu, „lustracja” pracowników naukowych, postmodernistyczne przekonanie o względności wszystkiego, a jednocześnie – i paradoksalnie – przeświadczenie o istnieniu jednej usankcjonowanej racji reprezentowanej oczywiście przez władze uczelni.  Bohater Hańby, aby przeżyć swoją osobistą „hańbę”, wycofuje się na głęboką prowincję i to ona staje się scenerią dramatu osobistego odkupienia, przeżywania własnego wstydu.

Problemy RPA – sceny i zarazem jednego ze źródeł osobistego dramatu – ujawniają się wyraziście w Wieku żelaza (wydanie oryginalne 1990). Wykluczony ze społeczeństwa czarny kaleka znajduje schronienie w ogrodzie bohaterki-narratorki – umierającej na raka kobiety, która  pisze list do córki. Bohaterka, jako reprezentantka białej, uprzywilejowanej części społeczeństwa, jest zmuszona dokonać przewartościowania swoich postaw wobec dawnych prześladowanych. Jerzy Jarniewicz w recenzji książki na łamach „Tygodnika Powszechnego” zauważa, że jest to powieść „o walącym się domu (…) [który] popada w ruinę, tak samo jak popada w ruinę dom mniejszy – jej [bohaterki] chore ciało, i dom większy – jej kraj, w którym z grona domowników wykluczona została cała wielka społeczność”. Coetzee nie byłby sobą, gdyby jednak napisał po prostu powieść „o Afryce”, albo „Republice Południowej Afryki” – książka stanowi „powieść o Południowej Afryce (…) w tym sensie, w jakim Afryka Południowa przedstawia sobą pejzaż wewnętrzny każdego człowieka”[4].

Europa

Południowa Afryka to ląd wyklęty, zamknięty w kręgu przemocy, obszar wykluczonych i bólu, krzywdy dotykającej równocześnie krzywdzącego i krzywdzonego. Coetzee nie poprzestaje jednak na diagnozowaniu stanu polityczno-socjologicznego RPA, ale jako znakomicie orientujący się w literaturze światowej naukowiec wyrusza dalej, w stronę Europy. Przyznaje nawet, że jego intelektualne powinowactwa są bardziej europejskie niż afrykańskie. Czytając którąkolwiek z powieści pisarza, trudno oprzeć się wrażeniu, że jest on ulepiony z tej samej gliny co wielcy mistrzowie literatury europejskiej. Korzenie twórczości Coetzee’go można znaleźć w dziełach Becketta, Kafki, Dostojewskiego, Daniela Defoe – a także Josepha Conrada. Do dzieł tego ostatniego często bywa porównywany z uwagi na styl prowadzenia narracji. Dawni mistrzowie literatury europejskiej są zresztą obecni na kartach powieści nie tylko jako „duchy-przewodnicy” – niekiedy przybierają postać pełnokrwistych bohaterów. Dość wspomnieć Dostojewskiego w Mistrzu z Petersburga (wydanie oryginalne 1994) czy Daniela Defoe z powieści, która tytułem nawiązuje wprost do jego nazwiska (Foe; wydanie oryginalne 1986). Na kartach Mistrza z Petersburga, znakomicie zrealizowanego mrocznego thrillera w duchu Conrada, sam autor Zbrodni i kary prowadzi śledztwo po śmierci swojego pasierba.

Europa Wschodnia to przestrzeń stanowiąca od samego początku ośrodek zainteresowań literackich (i krytycznoliterackich) Coetzee’ego. Opisując powinowactwa pisarza z Kafką, krytycy ze szczególnym upodobaniem wynajdują podobieństwa stylistyczne, silne w całym dorobku autora, ale wyczuwalne szczególnie w Czekając na barbarzyńców czy w finałowej scenie wydanej w 2003 roku Elizabeth Costello, do której jeszcze powrócę. Związki z Kafką sięgają jednak daleko pod stylistyczną powierzchnię. Postaci „uwikłanych outsiderów”, za których kreacje docenił Coetzee’go Komitet Noblowski, miały przecież swój literacki pierwowzór w bohaterach Kafki – Józefie K. czy geometrze z Zamku. Co ciekawe – jak zauważył Michał Paweł Markowski – wydaje się, że Coetzee zaczyna tam, gdzie skończył Kafka, z punktu zero, z sytuacji, która Kafce wydawała się tak beznadziejna, że jedyną jej kulminacją mogła być tylko śmierć, stamtąd, gdzie – wydawałoby się – nic już nie ma. Bohater Procesu ginie od ciosów nożem. Ostatnie słowa powieści brzmią: „Jak pies! – powiedział do siebie, jakby wstyd miał go przeżyć”. Bohater Coetzee’ego, pozbawiony wszystkiego, odarty z godności i zhańbiony, chce zacząć od zera: „Jak pies”… Jego przeznaczeniem – i prawdziwą miarą jego człowieczeństwa – jest przetrwanie własnego wstydu[5] .

Budzenie się inspiracji literaturą Europy widać na kartach Młodości (w podtytule, nawiązującym do dzieła Tołstoja, Sceny z prowincjonalnego życia II, wydanie oryginalne 2002) – drugiej części trylogii autobiograficznej Coetzee’ego, zarazem kontynuacji Lat chłopięcych. Coetzee poznawał literaturę Europy w wyprawach do British Library. Coetzee-pisarz zbierał w niej materiały do pracy magisterskiej o Fordzie Maddoksie Fordzie; Coetzee-bohater powieści zaczytywał się w europejskich klasykach i fascynował przesiadującą w czytelni młodą studentką z Polski, która, choć przeciętnej urody, reprezentowała przecież dla młodego wyobcowanego intelektualisty kraj pochodzenia Josepha Conrada. Można by powiedzieć, że Londyn i British Library otworzyły Coetzee’emu drogę do dziedzictwa literatury Europy.

Być może moc, z jaką podkreśla swoje europejskie korzenie Coetzee, ma źródło w odkryciu, że z tą literaturą wiążą się początki jego przygody z literaturą w ogóle, lata kształtowania się jego literackiej wyobraźni. Co czytał młody John Michael? Na przykład Robinsona Crusoe. Coetzee absolutnie nie umniejsza wagi dziecięcego zdziwienia, które towarzyszyło pierwszej lekturze klasycznej powieści Daniela Defoe – we wstępie do wykładu noblowskiego wygłoszonego w Sztokholmie, na wpół żartobliwie przywołał te początki fascynacji słowem pisanym, mające źródło we wstrząsającym odkryciu, iż autorem Robinsona Crusoe nie jest wcale, jak powiedziano przecież na pierwszej stronie, mężczyzna nazwiskiem Robinson Crusoe, lecz jakiś Nieznajomy, figurujący w dziecięcej encyklopedii jako Daniel Defoe. Odkrycie spowodowało, że świat ośmioletniego chłopca zatrząsł się w posadach. Kwestie autorstwa i fikcyjności postaci autora nadal poruszają dorosłego Johna Maxwella, autora Foe, podejmującego dyskusje z angielskim pisarzem na temat względności prawdy w narracji i niemożności zaistnienia konsensu w formie punktu widzenia zadowalającego każdą stronę.

Mroczne krainy

Fascynacja Coetzee’ego literaturą Europy znalazła odzwierciedlenie w jego alegorycznych powieściach – W sercu kraju i Czekając na barbarzyńców osadzonych w niedookreślonym czasie, odrealnionych, przesyconych sennym, choć pełnym grozy klimatem. W Czekając na barbarzyńców (wydanie oryginalne 1980) ślady kolonialnej mentalności widać wyraźnie w osobie imperialnego służbisty, strzegącego Imperium przed bliżej nieokreślonymi hordami „barbarzyńców” – system buduje się na paranoicznej obawie przed wrogiem (podobnie jak zresztą bywa w każdym totalitarnym ustroju do dziś).

Powieść w rezultacie przybiera kształt realistycznej baśni, zarazem drastycznej i wciągającej – podobnie jak Życie i czasy Michaela K. (wydanie oryginalne 1983), czwarta powieść Coetzee’ego, napisana bezpośrednio po Czekając na barbarzyńców. Ten niedookreślony kraj w Życiu i czasach Michaela K. jest polem ustawicznych wojennych rozgrywek, miejscem, w którym dla każdej grupy społecznej przygotowano obóz koncentracyjny. W jednym z nich przebywa tytułowy Michael K., poniżony, zmieniony niemal w zwierzę, początkowo uznany za niespełna rozumu. Bez końca podejmuje próby wydostania się z obozu, aż wreszcie zamienia się w specjalistę, mistrza ucieczki, podróżuje przez nieprzyjazne pustkowia ogarniętego wojną kraju, żywiąc się kiełkami roślin i larwami mrówek, wszystko po to, by pochować prochy matki w wybranym przez nią miejscu. Ale tytułowy Michael K. odmawia też  przyjęcia narzuconej mu rzeczywistości, nie godzi się na życie w absurdzie. Tak jak w innych powieściach, tak i tu Coetzee daje bardzo trudną do przyjęcia moralną naukę – Michael K., ten biedaczyna na miarę epoki obozów, staje się współczesnym świętym, udręczonym wzorem człowieczeństwa[6]. Powieść napisana jest, podobnie jak prawie każda z powieści Coetzee’ego, ascetycznym, minimalistycznym i wydestylowanym stylem godnym Becketta i wymyka się jednoznacznej interpretacji.

Ameryka

Zainteresowanie nowoczesnym supermocarstwem widać u Coetzee’ego już w chronologicznie pierwszej powieści Dusklands (wydanie oryginalne 1974). Losy swego prapradziada – wykreowanego na kartach powieści holenderskiego siedemnastowiecznego osadnika Jacobusa Coetzee – zestawia Coetzee autor z sytuacją Stanów Zjednoczonych z okresu wojny w Wietnamie.  Coetzee, znany ze swoich wypowiedzi potępiających wojnę, przebywał w Stanach Zjednoczonych w trakcie amerykańskich działań wojennych – jak głoszą plotki, jego obecność w Stanach uznano za kłopotliwą. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, przebywał w USA jako wykładowca na uniwersytecie SUNY-Buffalo w Nowym Jorku i planował nawet osiedlić się tam na stałe, ale jego podanie o stałe obywatelstwo odrzucono ze względu na udział w antywojennych protestach.

Problemy współczesnej Ameryki nurtują Coetzee’ego, autora można powiedzieć w pełni globalnego, do dziś. W dalszym ciągu wypowiada się Coetzee nieprzychylnie o interwencjach amerykańskich w różnych częściach świata. Dzisiejsza Ameryka – kolebka tego, co najlepsze, i tego, co najgorsze – odpowiada dziś na szaleńcze tempo nowoczesności ruchami obrony praw zwierząt albo tymi promującymi zdrowy styl życia i „świadomość” ludzkiego miejsca w środowisku naturalnym – do tych przejawów ludzkiej działalności odnosi się Coetzee między innymi w Elizabeth Costello (wydanie oryginalne 2003). Co szczególnie interesujące, wydźwięk poglądów wygłaszanych przez tytułową bohaterkę wzmacnia to, iż tekst poszczególnych rozdziałów książki to zapis wykładów, jakie wygłaszał Coetzee na różnych uczelniach świata.

To właśnie we wspomnianej Elizabeth Costello wprowadza Coetzee nowy dla siebie geograficznie motyw, który można by nazwać transatlantyckim. Bohaterka powieści, choć Australijka z pochodzenia, autorka Domu przy Eccles Street (nowoczesnej wersji Ulissesa napisanego z punktu widzenia Molly Bloom) – jest wykorzeniona bądź pozbawiona stałego oparcia (w tym sensie, iż fizycznie znajduje się w ciągłym ruchu, przebywając na statku wycieczkowym i wygłaszając na jego pokładzie wykłady literaturoznawcze dla grupy zblazowanych wycieczkowiczów). Coetzee portretuje całą sytuację niesłychanie ironicznie; jak niegdyś bohaterowie romantyczni – jego bohaterka odbywa podróż po świecie, jednak nie w poszukiwaniu poznania, lecz w celu zapewnienia rozrywki grupie majętnych starszych ludzi. Nie tylko Costello obija się po świecie, szukając zakotwiczenia; bohaterowie Coetzee’ego niezmiennie są wykorzenieni w świecie, który nie oferuje bezpiecznej przystani, za to stanowi kocioł, w którym miotają się i ścierają ze sobą kalekie, niestabilne tożsamości.

Australia

Coetzee wybrał Australię na miejsce swojego stałego pobytu (w przeciwieństwie do swoich bohaterów zdaje się on „wrastać” w miejsce, w którym osiada – znana jest jego niechęć do podróżowania); od pewnego czasu kraj ten również pojawia się w jego twórczości – Australijką była Elizabeth Costello, podobnie Australijczykiem – choć o dość powikłanym pochodzeniu etnicznym – jest Paul Rayment, bohater Powolnego człowieka (2005). Rayment, ze swoim wyalienowaniem z życia i poczuciem schyłkowości swojego istnienia (w wyniku wypadku rowerowego traci nogę i wymaga stałej opieki), reprezentuje do pewnego stopnia „stary świat”, starą Europę, dawne kolonialne centrum – ale Rayment to człowiek niejako zawieszony w próżni, nękany poczuciem dojmującej pustki, którego wypadek rzucił ostatecznie na margines życia. Zmuszony do szukania opiekuna, trafia na pełną życia i élan vital imigrantkę z Chorwacji, która natychmiast urzeka go swoim „dobrym umoszczeniem w życiu”, swoją siłą i optymizmem. Bohater, ze swoim staroświeckim hobby – zbieraniem starych fotografii – zdaje się kompletnym przeżytkiem w świecie fotografii cyfrowej, do której on sam nie ma dostępu. Wiedzą o niej jednak imigranci z dalekiego kraju, prosta, ale „kipiąca” miłością rodzina z dalekiej „nowej Europy”. Wydaje się, że ten środkowoeuropejski kraj, który jeszcze jedenaście lat temu rozdarty był wojną, urzeka Coetzee’ego swoją fizycznością, jako źródło witalności, a może nawet przyszłości, alternatywa dla starej, niszczejącej podobnie jak toczone chorobą ciało Raymenta Europy[7]. Australia zaś – do której stale napływają nowi imigranci (w tym sam Coetzee) – wydaje się krajem, w którym zogniskowały się pozytywne aspekty starego i nowego świata.

… i Polska

Związki Coetzee’ego ze środkową Europą są silniejsze, niżby się mogło wydawać – bo cóż jest silniejszego niż więzy krwi? Nieskory do podróżowania pisarz podczas historycznej wizyty w Polsce w czerwcu 2006 przyznał, że ma polskie korzenie. Dowiedział się o tym z odnalezionego po latach listu pradziadka, Baltazara (Balcera) Dubiela. Pradziadek urodził się Czarnymlesie niedaleko wielkopolskiego Odolanowa, tam też miał podobno kształcić się na misjonarza. W wieku kilkunastu lat Dubiel wyemigrował do południowej Afryki, gdzie następnie założył rodzinę. Zmarł w 1929 roku. Jego wnuczka Vera jest matką Johna. W trakcie swojej wizyty w Polsce Coetzee odwiedził Odolanów i rozmawiał z jego mieszkańcami mogącymi pamiętać potomków rodziny Dubielów. Warto zaznaczyć, że odwiedziny w Polsce należą do nielicznych, na jakie pozwolił sobie dotąd ten kochający odosobnienie i podróże raczej intelektualne pisarz.

Podczas pobytu w Polsce Coetzee złożył wizytę swojemu wieloletniemu przyjacielowi Ryszardowi Kapuścińskiemu, odbywając w jego towarzystwie „pogawędkę przy śniadaniu”. Pytany o twórczość Coetzee’ego Kapuściński podkreślał przede wszystkim znakomitość literatury i eseistyki swojego duchowego rodaka, znaczącą rolę twórczości Coetzee’go w okresie walki z apartheidem, ale też niezwykłą osobowość pisarza i jego wrodzony humanizm, mówiąc:

Jest to znakomita postać – człowiek wielkiej skromności i rzetelności, przywiązujący wielką wagę do słowa, mający poczucie wielkiej odpowiedzialności za to, co pisze i co wyraża, o wielkiej wrażliwości literackiej i ludzkiej. To świetny pisarz, doskonały stylista, wybitny eseista i przenikliwy umysł, który jest jednak zamknięty w sobie, pogrążony we własnej refleksji, skupiony na pisaniu, nieskłonny do wypowiadania się publicznie[8].

Pogawędka pisarzy była prawdziwym spotkaniem duchowych rodaków – i to nie tylko ze względu na duchowe powinowactwa Kapuścińskiego z Afryką (sam Kapuściński po wielokroć podkreślał, że jest „wieloletnim Afrykańczykiem”), ale od tej pory również niedawno odkryte więzy, które łączą Coetzee’ego z Polską.

Wobec literatury postkolonialnej

Jeden z ironicznych motywów w Powolnym człowieku wskazuje pośrednio na stosunek Coetzee’ego do ponowoczesnej dychotomii centrum-peryferia. Oto bohater powieści fascynuje się starymi fotografiami jako artefaktami, które zatrzymują w kadrze świat przeszłości, bez możliwości manipulowania nim, jak to czynią ze współczesnym światem nowoczesne media. Ironia polega na tym, że właśnie przybysze z nowego świata, z jego peryferii jeszcze niedawno ogarniętych wojną, pokazują mu, że nawet XIX-wieczną rzeczywistością da się manipulować. W Powolnym człowieku to nie dawne centrum (upostaciowione przez Paula Raymenta) tworzy historię, ale właśnie peryferia, obszary do niedawna zapomniane przez Boga i ludzi. W centrum Coetzee zdaje się wskazywać na rozkład; ożywczym źródłem energii są imigranci, którzy sami zdecydowali o przeszczepieniu się do obcej, nowej dla nich kultury.

W swoich kolejnych powieściach Coetzee konstatuje: od czego jest literatura, jeśli nie od dawania głosu wykluczonym, tym, których nie chce słuchać świat, a więc przybyszom z peryferii albo ich mieszkańcom?

Kronika ciała

Coetzee często ciało i psychikę bohaterów postrzega jako mapę, obszar, na którym zapisana jest historia nie tylko prywatna, ale i ta wielka, na którym odbijają się wydarzenia historyczne. Ciało bohatera Coetzee’ego często cierpi wraz z krajem, wraz z kontynentem. Choroba trawiąca bohaterkę przejmującego do bólu Wieku żelaza, która toczącego ją raka porównuje zresztą do dziecka noszonego w łonie, jest chorobą trapiącą cały kraj – nie tyle rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych, ile stanowi ich ucieleśnienie. Z kolei w Hańbie gwałt na bohaterce stanowi z punktu widzenia czarnych akt „sprawiedliwości dziejowej”, bo jest aktem gwałtu na reprezentantce określonego systemu, który do niedawna mścił się na nich. Trzej bandyci, obejmując w posiadanie ciało bohaterki, w istocie dokonują zawłaszczenia politycznego. Podobny motyw „geografii ciała” odnaleźć można i w jednej z „lekcji”, która składa się na Elizabeth Costello. Rozdział Powieść w Afryce pokazuje nieco ironicznie tytułową Elizabeth jako tę, która poprzez fizyczne zbliżenie z czarnym literatem pragnie zbliżyć się do tajemnicy Czarnego Lądu i mistyki afrykańskiej literatury.

Interaktywne gry

Coetzee nie traktuje jednak fikcji jako monumentalnego dzieła dla potomnych; nie przestaje bawić się fikcją, rozciągać jej granic, przekraczać gatunków, podważać konwencji, ujawniać naiwności czytelniczych nawyków. Uwielbia grać – z konwencją, z czytelnikami, z krytykami. Ale Coetzee to też humanista, który wpisuje w swoją mapę świata człowieka. Jego wrażliwość to wrażliwość pisarza nastrojonego na pojednanie – Komitet Noblowski w swoim komunikacie nazwał zresztą Coetzee’ego „jednoosobową Komisją Prawdy i Pojednania”. Jego czytelnikowi przypada w udziale – pośród niezliczonych punktów widzenia, spornych prawd, mnogości historii ewoluujących w najdziwniejszych kierunkach – poczucie „zawirowania”, doświadczenie czytania przyprawiające niemal o zawroty głowy; bo świat Coetzee’ego znajduje się w ustawicznym ruchu, nie ma w nim nic pewnego ani oczywistego, żadnych pewników bądź prawd głoszonych ex cathedra. Ale w centrum mapy tej twórczości, w ten wielowymiarowy  globus, wpisana jest postać człowieka, tak samo pięknego, ale i wrażliwego na ból i atak jak postać, którą rozrysował w idealnym kole Leonardo da Vinci.

Myśląc o mapie twórczości Coetzee’ego, trzeba też zastanowić się nad jej  granicami. Pytanie o granice fikcji, które ciągle stawia, to też pytanie o granice ludzkiego doświadczenia.  Okazuje się jednak, że nigdy nie będzie na nie odpowiedzi, skąd płynie pozytywny wniosek:  literatura jako taka nigdy nie wyczerpie swoich możliwości.

A gdzie w tym wszystkim jest autor? Autor wycofuje się z tych dywagacji, a pytania o „mapy” twórczości i granice posiadłości uprzejmie zbywa. Literatura to nie autobiografia, przypomina nieustannie i nieco zadziornie, a swoją tożsamość chroni, powołując się na niezbywalne prawo do prywatności. Co ciekawe, nawet wymowa nazwiska tego Południowoafrykańczyka pozostaje kwestią sporną – jego nazwisko  istnieje w formie pisanej i ma przynajmniej kilka wersji mówionych, których autorami są sami czytelnicy. To wartościowa dla nich nauka. Żeby opowiedzieć o Coetzee’em, trzeba jego nazwisko przeczytać – oto jeszcze jeden przykład na to, że literatura powinna istnieć jako sztuka interakcji między czytelnikiem, bohaterem/bohaterami, pisarzem „w powieści” i umysłem pisarza realnego.

Ta wysoce interaktywna proza, rozpięta między biegunami logiki, chłodnej, wręcz klinicznej precyzji oraz potrzeby akceptacji i miłości w jej odmianie caritas (co szczególnie odzwierciedlają ostatnie dwie powieści – Powolny człowiek i najnowsza, Diary of a Bad Year) wymaga również czytelniczej mobilności.


[1] G. Williamson, „The Australian”  24 II 2007.

[2] A. O’Hehir, “The New York Review of Books” 12 IX 1997.

[3] A. Bielik-Robson, „Dziennik” 6 VI 2006.

[4] J.M. Coetzee: Wiek żelaza, „Gazeta Wyborcza” 13 IX 2004.

[5] M.P. Markowski, wprowadzenie do wieczoru autorskiego J.M. Coetzee’ego, 9 VI 2006 w auli Collegium Novum UJ, przedruk: Coetzee: polityka i dyskrecja,  „Tygodnik Powszechny” 2 VII 2006.

[6] H. Zaworska, z serwisu Gazeta.pl: Książki: Nobel 2003.

[7] J. Jarniewicz, O człowieku bez właściwości, „Gazeta Wyborcza” 24 X 2006.

[8] „Gazeta Wyborcza” 7 VI 2006.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata