|

TEMAT MIESIĄCA:
J.M. Coetzee w świecie bez łaski
Dlaczego czytam Coetzee'ego? (fragment)
MAŁGORZATA SZCZUREK
Coetzee bezustannie przekracza granicę dopuszczalnej
szczerości i mówi to, o czym zwykliśmy
milczeć. Mówi, a raczej: daje nam do zrozumienia.
Jego powieści w rzadki sposób łączą wymiar
symboliczny ze zmysłowością. Język, choć nieraz
ostry jak skalpel, często zamienia się w stetoskop.
Opukuje organizm, nasłuchuje dochodzących
z głębi szmerów. Bada życie wewnętrzne.
Pytanie postawione w tytule równie dobrze mogłoby brzmieć:
dlaczego oddycham, jem i śpię? Coetzee jest mi do życia koniecznie
potrzebny. Niewielu znam pisarzy, których proza ma taką siłę
rażenia: wywołuje dreszcze, przenika do krwi, uzależnia. Chwyta
za gardło, paraliżuje, pozostawia na zawsze jakiś niewidzialny osad.
Pisząc o Coetzee’em, nieprzypadkowo używam określeń raczej fizjologicznych
niż filologicznych. Wszak, jak powiadał Cioran, każde
doświadczenie metafizyczne wyraża się w terminach fizjologii.
Lektura Coetzee’ego to dojmujące przeżycie, które sprawia, że stajemy
się innymi ludźmi. Skażeni Coetzee’em wyraźniej dostrzegamy
s k a z ę – w świecie i w nas samych.
Skaza, hańba, wina – pojęcia te powracają w kontekście każdej
jego powieści. Podobnie jak: pokuta, odkupienie, zadośćuczynienie.
Jest swoistym paradoksem – i to nie jedynym, o jakim będzie tu mowa – że pojęcia, na których zasadzała się nasza kultura, ale które współcześnie
znalazły się na jej obrzeżach (tak jak znalazła się na nich religia),
są jej przywracane przez postmodernistę i agnostyka. W powieściach
Coetzee’ego na nowo nabierają powagi i gatunkowego ciężaru,
znów m a j ą s e n s. Myślę, że jeśli coś u Coetzee’ego poraża,
szokuje albo irytuje, to wbrew pozorom nie okrucieństwo lub bezwzględny
ton jego prozy, a raczej te właśnie pojęcia, które wyrzuciliśmy
z naszego słownika, których wolelibyśmy nie pamiętać. Jak on
ma czelność tak do nas mówić! Jak śmie używać takich słów! Oburzeni,
jak zwykle sięgamy do zestawu wygodnych etykietek i nieomylnie
wybieramy tę z napisem: moralista. Ostatni Mohikanin świata
prawdziwych wartości.
Ha! I tu Coetzee chwyta nas w pułapkę. Bo choć w bezkompromisowy
sposób stawia problem dobra i zła, winy i odkupienia, nie
kwapi się, aby wskazać możliwe rozwiązania. Mimo że świat jego
powieści naznaczony jest ostrymi pojęciami, próżno szukać tam jednoznacznych
wartości, klarownego podziału na to, co dobre, i to, co
złe. Wszystkie kolory są złamane, linie proste wygięte w łuki, jedne
uczucia podszyte innymi. Każdy jest jednocześnie dobry i zły, czysty
i zbrukany. Każdy nosi w sobie skazę, a racje stoją po wielu stronach.
Wszyscy są zranieni i wszyscy ranią. Nie ma od tego ucieczki.
Powieści Coetzee’ego wyprowadzają nas z egzystencjalnej równowagi
i każą przejść przez piekło odrzucenia, upokorzenia, utraty. Nie
przez czyściec, lecz piekło, bo choć mają one siłę antycznych tragedii,
ich lektura nie przynosi oczyszczenia. Litość – tak, trwoga – tak,
katharsis – nie. Nie ma rozwiązania problemu dobra i zła, nie ma
ucieczki przed bólem, hańbą, rozpaczą. Jest bez-nadziejne poszukiwanie
bliskości i zrozumienia. Jedyne, co pozostaje, to podjęcie wysiłku
współczucia, współodczuwania.
Więcej na łamach listopadowego numeru „Znaku”
Zamów numer
MAŁGORZATA SZCZUREK, romanistka, zastępca redaktora naczelnego
i kierownik redakcji literatury pięknej w Wydawnictwie Znak.
POCZĄTEK STRONY |