70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie ma nieba samotnych

Gdybym żył w Chinach przed rewolucją maoistyczną, już dawno dostałbym bardzo ceniony prezent: ozdobną trumnę. I byłbym szczęśliwy. A spróbujmy to zrobić u nas, w świecie chrześcijańskim! Nasz stosunek do śmierci zafałszował się. W udawaniu, że jej nie ma, jest coś bardzo niechrześcijańskiego – opowiada Stefan Wilkanowicz w rozmowie z Tomaszem Ponikło.

Kiedy sięgniemy do  czytań  liturgicznych na uroczystość Wszystkich Świętych i dzień zaduszny, możemy się zdziwić: na ich podstawie w te dni powinien panować zupełnie inny nastrój. Co przykuwa Pana uwagę w tych tekstach? 

Są w nich dwa bardzo ważne dla mnie zdania. „Jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że razem z Nim żyć będziemy”. I drugie: „Będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest”. To kwintesencja wszystkiego, jeśli chodzi o przygotowanie do śmierci i wyobrażenie, jak będzie dalej. Im jestem starszy, tym mam większe wyczucie Tajemnicy. Z dnia na dzień widzę, jak wiedza, niby ogromna, jest właściwie niczym w stosunku do przestrzeni niewiedzy. Pokazuje to choćby postęp astronomii. Poznawalny przez nas wszechświat rozrasta się i coraz bardziej komplikuje, wręcz przekracza granice wyobraźni. A jednak ostatecznie możemy go poznawać. Przez analogię, to pokazuje stosunek do Boga i do Jego wszechwiedzy – wobec tego jesteśmy prochem, jesteśmy pyłem.

W jednej z naszych rozmów, powiedział to Pan jeszcze dobitniej: z upływem lat krąg Tajemnicy nieustannie się dla mnie rozszerza. 

To powoduje pewną postawę: narasta pokora i skromność. Mówiąc szczerze, coraz bardziej drażnią mnie rozmaici teologowie. Szukają – i chwała im za to. Ale proporcjonalnie do tego powinna rosnąć w nich pokora i wyczucie Tajemnicy… Ujrzymy Go takim, jakim jest – dopiero wtedy zaczniemy wszystko rozumieć. Trudno mówić o wieczności, ponieważ to sprawa niewyobrażalna. Jej perspektywa pokazuje, że nasze poznawanie będzie rosnąć. Że to nie jest zamknięty, statyczny świat. Że jak się dostaniemy do raju, to będziemy tam szczęśliwi „stacjonarnie”– nie. Wyobrażam sobie rozwój, poznawanie. I tu się pojawia kwestia zasadnicza. To sprawa rozwoju człowieka. Rozwój człowieka trwa przez całe życie. Jest dojrzewaniem do śmierci i dalszego kontaktu z Bogiem. Gdybym żył w Chinach przed rewolucją maoistyczną, już dawno dostałbym bardzo ceniony prezent: ozdobną trumnę. I byłbym szczęśliwy. A spróbujmy to zrobić u nas, w świecie chrześcijańskim! Albo skonfrontujmy to z innym nastawieniem – ucieczką od śmierci. Ktoś to dobrze ujął: każdy wie, że musi umrzeć, ale nikt w to nie wierzy. Znam opowieść o śmierci milionera. Jak wyglądał jego pogrzeb? Zabalsamowano go, umalowano, i tak dalej. Posadzono za kierownicą super luksusowego samochodu. Samochód był ciągnięty na cmentarz. Jak to zobaczył biedak, wykrzyknął: mój Boże, to jest życie! Można powiedzieć, że w „potocznej” kulturze chrześcijańskiej  nasz stosunek do śmierci uległ zafałszowaniu. W tym udawaniu jest coś niechrześcijańskiego.

Kościół już rzadko kiedy przypomina człowiekowi o jego marności. Ale być może przez szereg wieków daliśmy się zapędzić w zaułek wiecznego poczucia niedoskonałości. Niedoskonałość z kolei ustawiała nas na przegranej pozycji w kwestii zbawienia. 

W dawnym duszpasterstwie na ogół straszono śmiercią i piekłem. Owszem, to było przygotowanie do śmierci, ale bardzo jednostronne. Przypomina mi się pogrzeb przyjaciela w Laskach. Wedle swojej woli został skremowany. Kondukt żałobny otwierał jego przyjaciel, który niósł urnę. Przy czym – to już zasługa sióstr, że tak dobrały pieśni i oprawę liturgiczną – ten pogrzeb nie robił wrażenia ciemnej, smutnej rozpaczy. Miał nawet atmosferę świętowania, świętowania przejścia do nowego życia. Inny przypadek: zmarła żona bliskiej mi osoby i też została skremowana. Mąż postawił urnę w mieszkaniu. Tam czeka na jego śmierć. A po śmierci będą pochowani oboje, razem.

Trzymanie w domu urny z prochami bliskich ma jakiś sens?

Zastanawiałem się nad tym – jest to podobne do wschodnich obyczajów i kultu przodków. Przytoczę jeszcze jedną historię. Pewien chrześcijanin z Iraku ożenił się i zamieszkał w Polsce. Po latach odwiedził go ojciec. Poszli na cmentarz. Ojciec się zachwycił. Mówi: synu, zostań w tym kraju, tu są tak piękne cmentarze! To pokazuje o wiele bardziej naturalny stosunek do śmierci; jest w tym coś głębokiego, co mnie porusza. Skoro już mowa o pogrzebach: opowiem jeszcze o czternastoletniej Ani. Dziewczynka od urodzenia była niepełnosprawna, częściowo sparaliżowana, nie mogła chodzić, poruszała się tylko na wózku. Jej ojciec jest prezesem fundacji, która zajmuje się trędowatymi. Ania była w nią niezwykle zaangażowana. Współorganizowała zbiórki na rzecz misjonarzy czy korespondencje z nimi. Była też w harcerstwie! Aż zdarzył się wypadek. Matka prowadziła przez ulicę na pasach wózek z dziewczynką. Auto wypadło zza zakrętu: matka ciężko ranna, z zagrożeniem życia. Ania – lekko. Matka w szpitalu, a dziewczynka się modli: chce umrzeć za matkę – mówiła o tym, stąd wiemy – żeby tylko matka żyła. I rzeczywiście: matka wychodzi z choroby, a dziecko bez wyraźnego medycznego powodu (do tej pory lekarze nie są w stanie tego wyjaśnić) umiera. Ciało Ani wystawiono u niej w domu w otwartej trumnie. Widziałem sznur ludzi przychodzących ją pożegnać. Rzucił mi się w oczy potężny mężczyzna w sile wieku.. Wyglądał na nieskłonnego do jakiejkolwiek egzaltacji. A on podchodzi do trumny i całuje Anię w rękę! Potem jest msza pogrzebowa. Proboszcz ze wzruszeniem dziękuje za to, co mała niepełnosprawna dziewczynka zrobiła dla parafii – i wymienia szereg zasług. Jej koledzy z harcerstwa, następnego dnia po śmierci postawili krzyż  tam gdzie zdarzył się wypadek.. Odprawiano później pod nim różaniec.

Myślę, że to pokazuje więcej: jak otwierają się oczy na to, że tacy ludzie są wśród nas. Czy to się przypadkiem nie wiąże ze świętych obcowaniem? Z tym, że zbawiamy się poprzez siebie nawzajem? 

Oczywiście. Dla parafii to było wielkie przeżycie – śmierć małej niepełnosprawnej dziewczynki!

W takim razie – patrząc na Anię – czy trzeba się zastanawiać nad dojrzewaniem człowieka do śmierci?

Tu pojawia się szereg pytań. Szczególnie, jeśli chodzi o starość. Czy można mówić o tym, że człowiek stary się rozwija? Czy jest użyteczny? Racjonalnie patrząc degraduje się, nie ma z niego pożytku, sprawia tylko kłopot. Potem odchodzi.

Nawet święty Tomasz Morus w swojej „Utopii” przedstawił starość jako czas, w którym jest się już nieprzydatnym dla innych ludzi. Dlatego  można sobie zażyczyć śmierci. 

„Życie niewarte życia” – to była formuła z czasów hitlerowskich. Ale dam pozytywny przykład. Moja Ciocia pokazała mi, jak człowiek może być użyteczny do końca swoich dni. Przez ostatnie parę lat była sparaliżowana i niewidoma. Leżała w łóżku. Nie mogła czytać. Wymagała opieki. W mieście został tylko jeden jej krewny: dziewięćdziesięciolatek, też niesprawny. Kiedy się widziałem ostatni raz z Ciocią, powiedziała mi: moje życie składa się z trzech części – snu, jedzenia, modlitwy. Martwię się – mówiła, a z natury była bardzo skrupulatna – bo muszę coraz więcej spać, mam coraz mniej czasu na modlitwę. Do ostatniej chwili każdą chwilę, jaką miała, poświęcała właśnie na modlitwę. Dlatego wcale nie wiem, kto wniósł większy wkład w duchowy kapitał ludzkości, w to świętych obcowanie: ktoś „wielki”  czy moja Ciocia?

Może być też tak, że człowiek w ostatnim okresie życia nie jest w stanie nawet się modlić.

Tak, zdarza się, że zmiany w mózgu postąpiły tak daleko, że człowiek przestał być świadomy. Ale nawet wcześniejsze nastawienie, że swoje życie poświęca się innym i jest się stale w łączności z Chrystusem, naśladuje się Go – takie nastawienie nawet wówczas, gdy nie da się normalnie myśleć, może być ogromnym wkładem w dobro ludzkości. A ponieważ czas dla Pana Boga nie istnieje lub istnieje w sposób całkowicie różny od naszego, to jak ktoś przytomnie zauważył: jest sens modlić się o dobrą śmierć dla, dajmy na to, Stefana Czarnieckiego. Pan Bóg, ponieważ nie musi się liczyć z „naszym” czasem, może wiedzieć, że jeden człowiek będzie się modlić za drugiego i to już weszło w obieg duchowego kapitału świata. To niezwykle ważne: wiedzieć, że wszystko, co człowiek robi, nawet kiedy właściwie robić nie może już nic, pomnaża duchowy kapitał ludzkości. Na końcu wcale nie wiadomo, co się okaże najważniejsze: czy modlitwa osoby niepełnosprawnej czy wielkie czyny bohaterów. Nie wiadomo. To ogromnie uczy pokory i szacunku dla każdego.

Charakterystyczne sformułowanie: modlić się o dobrą śmierć. 

Tak, trzeba się modlić o dobrą śmierć.

Wydaje mi się, że zazwyczaj modląc się za czyjąś duszę, mamy nastawienie: oby w czyśćcu za bardzo nie cierpiała. 

Bardzo dobrze, że Pan podniósł sprawę czyśćca. Kiedyś dostałem szczotki książki z… zapisem rozmów ze zmarłymi. Autor miał kontakt z kilkoma zmarłymi osobami, w tym szczególny z pewnym zakonnikiem. Tenże opowiadał, jak im się tam – jeśli tak mogę powiedzieć – żyje. Wyglądało to niewiarygodnie. Ale dlaczego? Bo ten człowiek po śmierci powinien już mieć większą wiedzę! Tymczasem opowiadał, o tym, jak się uczy, jak ciągle musi o czymś myśleć. Uderzyło mnie, że jego poglądy były dosyć „ziemskie” w wielu sprawach, na przykład zdeformowane z punktu widzenia nauki Soboru. Opowiadał też o młodym człowieku, który się nawrócił przed śmiercią, a teraz bardzo się stara dalej rozwijać. Byłem nieufny, odłożyłem książkę. Dopiero znacznie później olśniło mnie: nie wiem czy to prawda, ale jestem przekonany, że to był obraz czyśćca jako następnego etapu rozwoju człowieka. To nie przeskok: umarł i nagle wszystko staje się inne. Nie. On przeszedł do kolejnego etapu, gdzie jego rozwój jest o wiele łatwiejszy. Ale to nadal rozwój i wysiłek w udoskonalaniu się. Czyściec trzeba traktować nie jako miejsce pokuty, ale – na co wskazuje polski źródłosłów – jako okres oczyszczania swojej miłości, dalszego rozwoju i przygotowywania się do pełnego spotkania z Chrystusem. Zobaczymy Go takim, jakim jest. I staniemy się do Niego podobni. To wszystko tworzy razem jakąś ciągłość.

Jak jest z Panem – czuje się Pan gotowy na śmierć? 

Ja bym powiedział, że nie czuję się gotowy na cierpienie. To jest główny problem. Chyba Epikur mawiał: ze śmiercią nie ma problemu, bo jak ja jestem, to nie ma śmierci; a jak jest śmierć, to nie ma mnie; nie stykamy się. To oczywiście bardzo niechrześcijańskie. Najistotniejszą sprawą jest tu cierpienie. O cierpieniu łatwo mówić. Ale kiedy jest się chorym, o wiele trudniej się modlić. Skupić się. Widzę to po sobie. Wprawdzie medycyna ma dużo środków uśmierzających ból, ale nie zawsze i nie wszędzie. To jest problem. I myślę, że człowiek musi się stale modlić, o to żeby potrafił naśladować Chrystusa w cierpieniu. Żeby potrafił przyjąć cierpienie – to jest najtrudniejsze. Właściwie to główna trudność w życiu człowieka.

Na Wszystkich Świętych czytamy fragment Apokalipsy: „A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: „Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli?” I powiedziałem do niego: „Panie, ty wiesz”. I rzekł do mnie: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku, i opłukali swe szaty, i wybielili je we krwi Baranka”” (Ap 7,2-4.9-14).  Jakby cierpienie było koniecznym elementem oczyszczenia się do tej miłości, która jest nam potrzebna. 

Myślę, że jest konieczne. Jeśli mówi się o jakimkolwiek związku z Chrystusem, to nie można wyeliminować cierpienia. Problem jest inny: trzeba się bez przerwy przygotowywać do tego, żeby cierpienie przyjmować w łączności z Nim – a nie marnować. Cierpienie jest straszliwie marnowane, a to wielki skarb.

Ale co to znaczy „w łączności”? 

To znaczy, że ofiarowuję moje cierpienie za dobro innych poprzez Chrystusa. To postawa, której musimy się uczyć. I to uczyć właściwie na co dzień, ponieważ każdego dnia spotyka nas jakaś przykrość, mniejsza albo większa, ale trzeba to od razu umieć „przerobić na dobro”.

Obawia się Pan cierpienia. Cierpienie jest też balastem dla drugiej osoby. Przeraża Pana wizja dnia, w którym może się Pan stać balastem dla bliskich? 

Oczywiście. To jest najbardziej realny problem. Ale na to nie ma rady. Trzeba po prostu modlić się o to, żeby razem być gotowym – być gotowym, że można stać się balastem dla innych i umieć to przyjąć. To wielki problem.

Jest też obawa, że po śmierci nasze drogi, na przykład małżonków, mogą się rozejść. Myśli Pan, że po końcu życia na ziemi, dalej będzie Pan ze swoją Żoną? 

Pan Bóg jest miłosierny, a zatem mam nadzieję,  że nasza miłość będzie się oczyszczała i rozwijała. Myślę, że dalej będę ze wszystkimi – z tymi, którzy byli i którzy będą. I chociaż nie da się niczego przewidzieć, myślę że Pan Bóg zatroszczy się aby  w jakiś sposób: te różne związki trwały dalej.

Patrząc szerzej, odczuwamy lęk przed samotnością na tym kolejnym etapie. Na myśl nasuwa się wizja stanięcia sam na sam przed Bogiem z własnym życiem. Poza tym to stare wyobrażenie nieba: pojedynczy  człowiek wśród anielskich chórów… 

Nie można sobie wyobrazić nieba samotnych. Nie można sobie wyobrazić czyśćca samotnych. Chyba, że to szczególny okres oczyszczenia. Ale zasadniczo biorąc, samotność jest czymś wykluczonym z życia chrześcijańskiego. Człowiek albo sam się wpędzi w samotność albo zostanie zupełnie osamotniony i opuszczony. W czasie wielkich upałów we Francji był szereg takich przypadków. Starsi ludzie umierali w wyniku upałów, a o ich śmierci dowiedziano się wtedy, gdy spod drzwi mieszkań zaczął wychodzić fetor.

Stanisława Grabska opowiada o książeczce do katechizacji w nauczaniu początkowym, w której ilustracje przedstawiają piekło, czyściec i niebo. Na każdym rysunku widać gromadę ludzi, pośrodku „ja”.  Piekło to ja wśród ludzi, ale odgrodzony od nich nieprzeniknioną barierą. Czyściec to ja z kręgiem kilku osób, ale od pozostałych nadal dzieli nas bariera. A niebo to my wszyscy: to ja i nic mnie nie dzieli od innych, jesteśmy razem. 

Coś w tym jest. Sartre powiedział, że piekło to inni, więc nie wiadomo, jak w tej chwili funkcjonuje – jego sprawa i Pana Boga. Rzeczywiście, w osamotnieniu człowieka widać cierpienie. Tu jest problem upadłych aniołów. Nie wiem, co o tym sądzić. Ale można by powiedzieć, że piekło to skazanie siebie samego na samotność. Aniołowie, którzy się zbuntowali, skazali się na samotność, na oderwanie od Boga. W tym tkwi straszna tajemnica, że także człowiek może się zdecydować na zerwanie więzi z Bogiem, zdecydować na samotność. To może być świadomy jednorazowy akt i to może być pewien długofalowy proces fascynacji złem.

Wskazałbym też inne zjawisko: szaloną  potrzebę akceptacji ze strony innych z obawy przed samotnością. Człowiek staje się oczekiwaniami innych. Nie ma sam siebie, więc już nie bardzo potrafi zbudować normalne relacje z innymi. To błędne koło, które zamyka w samotności. 

To się wiąże z szerzącym się, zwłaszcza w pewnych typach kultury zachodniej, fundamentalnym indywidualizmem. Nastawienie na absolutnie indywidualistycznie pojmowaną wolność to katastrofa. Katastrofa dla człowieka i dla ludzkości. Nie da się wyobrazić człowieka, który jest – że się tak wyrażę – całkowicie „osobny”. To w ogóle nonsens. 

Popatrzyłem teraz na osiem błogosławieństw, których wysłuchujemy we Wszystkich Świętych. Mówiliśmy o niebie –to chyba właśnie opis sytuacji, w której dojrzeliśmy do miłości i potrafimy wszyscy tak ze sobą żyć. Najbardziej intrygującym błogosławieństwem jest to o miłosiernych. Co ono oznacza? 

Że im bardziej będziemy kochać, tym bardziej będziemy kochani. Niestety niekoniecznie w perspektywie doraźnej, ale eschatologicznej – tak. W skutek tego cała hierarchia ważności osób będzie zupełnie inna. Jest nam dzisiaj straszliwie potrzebna świadomość dobra. Ponieważ jesteśmy zalewani informacją o złu. Pokazywanie miłosierdzia jest niezwykle ważne. Wynika z tego też przekonanie, że jak ktoś chce, żeby inni byli dobrzy, to sam musi być dobry, a nie tylko karać, podwyższać wyroki. 

Tu jest też powiedziane, że w zamian za miłosierdzie, jakby nie można było zaoferować nic więcej: miłosierni dostąpią miłosierdzia. Nie ma nic większego. 

Można by wszystkie Błogosławieństwa sprowadzić do tego jednego. Pozostałe są jakby wariantami. Miłosierdzie to klamra. 

Zanotowałem też z Ewangelii wg św. Łukasza, pytanie: „dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj”. 

To ma bezpośredni związek z pustym grobem. Ale może mieć sens metaforyczny. Jeżeli mowa o śmierci, to nie o Chrystusie – On nie umarł. To droga i życie. Zmartwychwstanie. Nie powiem, że świat jest ułudą – byłbym bardzo daleki od tego rodzaju twierdzenia, ale – mówiąc skrótowo – wszechświat jest rzeczywistością drugorzędną. Mimo, że jest niezwykle ważny i stanowi przygotowanie do rzeczywistości pierwszorzędnej. Gdyby potraktować to stwierdzenie jako wyizolowane, byłoby niezwykle niebezpieczne. Pokazywałoby nastawienie na jak najszybsze opuszczenie tego „łez padołu”. Żeby traktować ten świat jako zło konieczne i się nim nie interesować. A to jest nasz warsztat pracy.

Warsztat pracy? 

To nasz konieczny warsztat pracy. I ten warsztat ma związek z rzeczywistością pierwszorzędną. Tu nie powinno być chęci ucieczki. Chociaż, gdy z pewnym przyjacielem rozmawiamy o sprawach bieżących, on mawia: już czas by się było stąd wynosić!

Na emigrację bardziej zaawansowaną. 

Na emigrację fundamentalną.

W kolejnym czytaniu mamy świadectwo wartości dojrzałości i starości człowieka. To święty Paweł: „dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje ten człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz odnawia się z dnia na dzień”. 

Właściwie była już o tym mowa. Chodzi o to, żeby się wewnętrznie ciągle rozwijać, ciągle nawracać, chociaż ten człowiek zewnętrzny robi się kulawy, ślepy, głuchy i tak dalej.

Czyli do Pana też ma zastosowanie to stwierdzenie: nawracać  się każdego dnia. 

Stosuje się. Stosuje się ono do każdego, do mie też, i wiąze z przykrością, że to nawrócenie jest nie bardzo widoczne. Ale czasem może być tak, że człowiek będzie przez lata powtarzać swoje słabości, a potem nagle się zmieni. Nie wiadomo, czy to jego własna zasługa, czy ktoś mu w tym pomógł, modlił się za niego. Nie jesteśmy w tym sami. Jak to przebiega? Też nie wiadomo. Ale wiadomo, że jest. Można powiedzieć, że moje nawrócenie, nawet to jakieś drobne, mogę zawdzięczać komuś, kto się modlił tysiąc lat temu albo będzie się modlił za tysiąc lat. To taki układ. Także niech żywi nie tracą nadziei!

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata