70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Z perspektywy sprawców, ofiar i świadków

Kilka lat temu na Uniwersytecie Lwowskim uczestniczyłem w konferencji zorganizowanej z myślą o „otwartej rozmowie” na trudne tematy dotyczące między innymi relacji Ukraińców i Żydów w czasie wojny.

Odniosłem wrażenie (a nie byłem w tym uczuciu odosobniony), że są to sprawy, o których na Ukrainie ciągle nie można mówić wprost. Tak naprawdę nie poruszono wówczas żadnego drażliwego problemu. A przecież byliśmy tam w gronie ludzi nauki. Jeśli i w tym towarzystwie zbyt wiele nie da się powiedzieć o niełatwej przeszłości, to można tylko domniemywać, jak sytuacja wygląda poza murami uczelni. Wprawdzie nie znam tej problematyki z pierwszej ręki, ale mam podstawy, aby przypuszczać, iż podobnie rzeczy się mają w przypadku Litwy, Łotwy i Estonii. Zastanawiałem się nad tym wszystkim, czytając książkę wybitnego badacza tematyki Holocaustu Raula Hilberga – kolejną doniosłą publikację wydaną we współpracy z Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy IFiS PAN.

W przyjętym przez badaczy podziale na sprawców, ofiary oraz świadków, nikt – co oczywiste – nie chce odgrywać roli kata. Ukraińscy referenci na lwowskim sympozjum milczeniem zbyli jedyne bodaj wystąpienie traktujące o ukraińskich formacjach uczestniczących w mordowaniu Żydów. Tymczasem Hilberg przypomina, że kategorii nazisty, zbrodniarza nie da się ograniczyć do Niemców. Obok Słowaków, kolaborującego rządu w Vichy, belgijskich ochotników wstępujących do formacji SS, autor najwięcej uwagi poświęca krajom nadbałtyckim oraz Ukrainie. Szczegółowy opis okrutnej rzeźni w Kownie pod koniec czerwca 1941 roku dokonanej rękoma litewskich oddziałów policyjnych możemy poznać, czytając U progu Zagłady Tomasza Szaroty. Jej lektura pozawala wyobrazić sobie, z jakim zapałem w eksterminacji Żydów uczestniczyli Litwini, ale też – dodajmy – Łotysze i Estończycy. Ci, którzy nie brali bezpośredniego udziału w egzekucjach, wchodzili w skład jednostek strzegących gett, obozów koncentracyjnych i obozów śmierci w Sobiborze czy Bełżcu (przebrany w mundur łotewski znalazł się tam Jan Karski, by przygotować swą słynną relację). Jak podaje amerykański historyk, Policja Polska miała zdecydowanie najmniejszy udział w mordowaniu Żydów spośród wszystkich tego typu formacji w całej Europie. Nie przytaczam tej diagnozy dla lepszego samopoczucia lub z przekonaniem, iż w stosunku do Żydów w „epoce pieców” nie mamy sobie nic do zarzucenia (kilkakrotnie zresztą w swoich tekstach dotykałem ciemnych stron rodzimej przeszłości). Czynię to z dwóch względów. Najpierw, by pokazać wyważone podejście Hilberga do postaw Polaków i okupacji w Polsce, która (tak tu jak i na terenach byłego ZSRR) miała specyficzny, zupełnie nieporównywalny charakter z Francją, Holandią, nie mówiąc o Danii czy Norwegii. Po wtóre, by powiedzieć, że problemy, z jakimi powinniśmy się zmierzyć, myśląc o naszej przeszłości, nie mają takiej postaci jak w przypadku państw satelickich czy kolaborujących z III Rzeszą. To nade wszystko sfera ukrytego antysemityzmu, który z jednej strony owocował donosicielstwem, a z drugiej obojętnością.

W tej dość tradycyjnej pod względem metodologicznym monografii, która z tego tytułu może wywołać u niektórych badaczy w naszym kraju lekki niedosyt (jeśli pamiętać o mającym coraz liczniejsze grono zwolenników tzw. zwrocie lingwistycznym, trafiającym – za sprawą przekładów – stopniowo i do nas), świeży jest „aspekt humanistyczny”. Sprawia on między innymi, że relacja historyka przestaje już być tylko suchą kompilacją faktów i umożliwia – przynajmniej w części – poznanie bliżej niektórych bohaterów wydarzeń, i to zarówno katów, ofiar jak i świadków. Dzięki temu przestają być dla nas postaciami z przeszłości,  z którymi niewiele mamy wspólnego. Poniekąd taki rodzaj mówienia o tym, co minione zaspokaja w czytelniku naturalną potrzebę poznania dziejów w wymiarze, w jakim kształtowały je konkretne biografie, dowiedzenia się czegoś więcej o przeszłości poza martwymi liczbami. To temat, z którym boryka się historiografia zachodnia od kilku dziesięcioleci. Jednym z generatorów przemiany, która dokonała się w tym względzie, była Zagłada i pytanie o to, jak włączyć ją w część żywej tradycji. Oczywiście rozumiemy, że jest to kwestia, która dotyczy tyleż Shoah, co przeszłości w ogóle i metod jej uobecniania. Hilberg więc jawi się nam nie tylko jako skrupulatny i rzetelny znawca archiwów, szperacz gromadzący źródła. Niekiedy ukazuje nam się jako intelektualista, który tworzy subtelne konstrukcje psychologiczne i socjologiczne. Ktoś, kto próbuje rekonstruować duchowy portret kata, ofiary i świadka. Są to niewątpliwie najatrakcyjniejsze fragmenty całej pracy. Analiza postępowania, poszukiwanie racji, jakimi kierowali się reprezentanci każdej z tych kategorii, czynią rozważania Hilberga ciekawszymi i wartościowszymi.

Z punktu widzenia osób zajmujących się zawodowo Holocaustem obszerna monografia Hilberga nie wnosi zbyt wiele nowego, nie odkrywa nowych perspektyw, nie weryfikuje prawd uznanych (notabene ciągle pozostaje nieprzetłumaczona jego klasyczna rozprawa The Destrucion of European Jews z początku lat 60.). Stanowi rodzaj kompendium próbującego swym zasięgiem objąć możliwie największe pole refleksji. Każdy autor podejmujący się podobnego zadania musi od czasu do czasu arbitralnie zdecydować, który materiał, jakie fakty należy przybliżyć czytelnikowi, a jakie – bez szkody dla sensu tego, o czym się opowiada – można przemilczeć. Co z kolei oznacza, że badacz raczej nie może liczyć na to, iż każdemu „odda sprawiedliwość”. I tak patrząc od strony problematyki państw najbardziej zaangażowanych w plan eksterminacji, wolno twierdzić, że Hilberg „nie docenił” Słowacji i jej katolickich przywódców z księdzem Josefem Tiso na czele. Można też zasadnie pytać, dlaczego w pierwszej części pt. Sprawcy dokładniej omówione jest jedynie hasło „Adolf Hitler”. Czemu nie ma takich kluczowych oprawców jak Heinrich Himmler, Adolf Eichmann, Reinhard Heydrich (którego imię posłużyło jako kryptonim akcji eksterminacyjnej w Generalnym Gubernatorstwie). Chyba najprostszym i najlepszym rozwiązaniem w tym wypadku byłoby po prostu zrezygnowanie z osobnych biogramów nazistowskich katów, by nie sugerować – wbrew zresztą intencjom autora – szczególnej roli jednego z nich w Shoah. Jak bowiem przekonuje Hilberg, mieliśmy do czynienia z olbrzymią maszynerią Zagłady, która łączyła ze sobą w nierozerwalną całość wielkie i małe trybiki pospołu wcielające w życie plan Endlösung.

Sprawcy, ofiary, świadkowie dają rzetelny opis faktów, choć i tu zdarzają się autorowi drobne niedociągnięcia, korygowane przez wydawcę stosownymi przypisami. Kilka jednak wątpliwych fragmentów pozostało. Zwracam na nie uwagę nie po to, by wykazywać ignorancję amerykańskiego naukowca, lecz by odesłać do kwestii o większym znaczeniu. I tak Hilberg, mówiąc o kłopotach z przyjmowaniem Żydów do partyzantki, pisze: „Polscy komuniści, mniej liczni od Armii Krajowej, witali Żydów znacznie chętniej”. Wnioskuję, że chodzi o oddziały GL przekształcone potem w AL. Sformułowanie jednak „mniej liczni” jest bardzo delikatne. W proporcjach liczbowych różnica między AK a AL była tak znaczna, że trudno mówić o jakiejkolwiek sensownej podstawie do porównania tych dwóch organizacji. We fragmencie pt. Ocalali Hilberg wylicza przymioty fizyczne i psychiczne, jakie wspomagały przetrwanie (młodość, dobra kondycja fizyczna oraz „realizm, umiejętność podejmowania szybkich decyzji i zdecydowana wola przetrwania”). To oczywiście prawda, którą nie sposób byłoby zanegować. Nie wiem, czy przez przeoczenie, czy z innych przyczyn autor nie wymienia pozostałych niezwykle pożądanych cech umożliwiających ocalenie. Dość wspomnieć o tzw. dobrym wyglądzie, znakomitej znajomości polszczyzny, opanowaniu katolickich prawd wiary. Większość z tych umiejętności jednak, jeśli nie wszystkie, na niewiele by się zdała, gdyby nie tzw. szczęście, czy – na co się niezwykle często wskazuje – przypadek. Z tej perspektywy nadzieja na ocalenie nie mogła być od początku do końca rezultatem wykalkulowanej taktyki, efektem przemyślanych zabiegów. Nie wystarczał ani spryt, ani pieniądze, ani dobry wygląd, ani koneksje. Wszystkie one okazywały się niczym w sytuacji, gdy los rozdawał karty, a nad każdym Żydem zawisł wyrok śmierci.

Jak się to niekiedy zdarza zachodnim historykom, szwankuje znajomość polskich opracowań. Nie zamierzam czynić z tego kardynalnego zarzutu. Powody, dla których nie sięgają po polskojęzyczne artykuły i studia o Zagładzie są zapewne różnej natury (choć trzeba powiedzieć, że przeważająca część materiałów polskich uczonych wydanych drukiem znajduje się w zbiorach Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie). Notabene znajomość bogatej literatury przedmiotu w języku angielskim wśród rodzimych badaczy pozostawia równie wiele do życzenia.  Idzie jednak o to, że w piśmiennictwie polskim zdarzają się opracowania będące, jeśli nie jedynymi, które podejmują dane zagadnienie, to nielicznymi w skali światowej. Z tego też względu w passusach traktujących o „żydowskiej policji” trzeba byłoby wymienić ważną książkę Aldony Podolskiej Służba Porządkowa w getcie warszawskim w latach 1940–1943 (Warszawa 1996), kiedy zaś mowa o Policji Polskiej – jedyną tego typu monografię Adama Hempla Pogrobowcy klęski: rzecz o policji „granatowej” w Generalnym Gubernatorstwie 1939–1945 (Warszawa 1988). Gdy Hilberg rozważa przyczyny bierności Żydów w gettach wobec akcji eksterminacyjnej, warto było powołać się na Alicję Grochowską i jej Elementy prania mózgu w procesie zagłady Żydów (Warszawa 1996). Chcę jednak wyraźnie stwierdzić, iż nie jest moją intencją umniejszenie wkładu amerykańskiego znawcy Holocaustu. Jeśli czemuś mają służyć te spostrzeżenia, to upomnieniu się o polską historiografię i jej – wcale niemały – udział w światowej literaturze przedmiotu o Zagładzie.

Bez wątpienia lektura Sprawców, ofiar, świadków Raula Hilberga dla historyków, którzy hołdują drobiazgowemu rekonstruowania zdarzeń, widzą je w kategoriach liczby i następstwa przyczynowo-skutkowego, mają nabożny stosunek do wszelkich nowo odkrytych dokumentów, okaże się fascynująca. Wypada zresztą wyrazić się z uznaniem o rozmiarach przeprowadzonej kwerendy i szczegółowości dokonanych ustaleń. Dla historiografów będących zwolennikami tzw. nurtu etycznego w badaniach praca ta może się okazać mniej interesująca, choć z pewnością nie jest to typowy przykład tego, co jeden z nich nazwał mianem „kolekcjonowania faktów”. Przeciętnie wykształconemu odbiorcy zaś spore partie tekstu mogą się wydać nużące (z racji inwazji liczb, dat, nazwisk). Tym niemniej dla każdego z nich książka Hilberga pozostaje lekturą obowiązkową.


Raul Hilberg, Sprawcy ofiary świadkowie. Zagłada Żydów 1933 – 1945, przeł. J. Giebułtowski, Cyklady, Warszawa 2007, ss. 418

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata