70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pod wulkanem

 Gdybyśmy tak wiedzieli, co mamy dać, żeby ktoś czegoś nie napisał, to co? Czy byłoby coś takiego, co chcielibyśmy wykupić od istnienia w literaturze?

Wulkany ­– sekretne łącza między wnętrzem a powierzchnią ziemi, coś w rodzaju geologicznych smoków – są tajemnicze i niebezpieczne: to dość, by się nimi interesować. A w Europie królową wulkanów jest Etna, bo najwyższa i niestrudzenie czynna. Od starożytności pobudzała poetycką wyobraźnię i badawczą dociekliwość tak skutecznie, że na początku lat sześćdziesiątych I w. Seneka pisze do Lucyliusza:

Cóż miałbym ci dać, byś nie opisywał Etny w swych wierszach, byś nie poruszał tego wspólnego dla wszystkich poetów tematu? Okoliczność, że omówił go Wergiliusz, wcale nie przeszkadzała, by mimo wszystko zajął się nim Owidiusz. Obydwaj zaś bynajmniej nie zrazili Sewerusa Korneliusza. Także wszystkim późniejszym poetom miejsce to wydało się doskonale nadające się do opisu, a ci, którzy zrobili to wcześnie, nie zagarnęli – moim zdaniem – wyłącznie dla siebie wszystkiego, co można było powiedzieć, lecz jedynie utorowali drogę. Zachodzi zaś wielka różnica, czy przystępujesz do tematu już wyczerpanego, czy też do takiego, który dopiero jest rozpatrywany. Ten drugi rozrasta się co dzień, przy czym osiągnięcia już dokonane nie stanowią przeszkody dla osiągnięć przyszłych. W dodatku położenie ostatniego pisarza jest najlepsze: znajduje on gotowe słowa, które inaczej zestawione, przybierają nowy wygląd zewnętrzny. I wcale nie przywłaszcza ich sobie jako cudzych; należą bowiem do wszystkich, a wszak prawnicy przeczą, by coś należącego do ogółu mogło się stać przedmiotem czyjejś własności osobistej. Albo więc nie znam ciebie, albo także i tobie Etna wyda się ponętna. Na pewno pragniesz już napisać coś wzniosłego, równego dziełom poprzedników.

W dalszym ciągu listu Seneka przechodzi do kwestii cnoty – w końcu przecież pisze do Lucyliusza listy moralne. Zastanawia się nad stałością i zmiennością fizycznej postaci świata i stwierdza, że nawet jeżeli Etna osiada i robi się coraz niższa – a Lucyliusz w swojej relacji mógłby się o tym ewentualnie wypowiedzieć – to cnota ponad wszelką wątpliwość jest wielkością stałą.

Czy Lucyliusz faktycznie napisał coś o Etnie, tj. czy trafnie przypisuje mu się autorstwo poematu Aetna, to nie jest do końca pewne. W każdym razie, korzystając z tak przewrotnie wyrażonego przyzwolenia, liczni autorzy późniejsi nie zrażali się długim szeregiem poprzedników i pisali o Etnie (jak również o wszystkich innych sprawach „wspólnych dla wszystkich poetów”). W 1496 r. wenecka oficyna Alda Manucjusza opublikowała dziełko Pietra Bemba De Aetna dialogus. Młody Bembo w towarzystwie przyjaciela wspiął się na górę, a następnie sporządził relację z wyprawy. Chociaż właściwie słowo „relacja” nie jest tu na miejscu. Dziełko Bemba ma postać listu do towarzysza owej wyprawy i zdawałoby się, że chce po prostu upamiętnić wspólnie przeżytą przygodę. Ale list pisany jest z myślą o szerszym gronie czytelników, to przecież moment wysokiej fali renesansu, kiedy powstają nowe formy komunikacji literackiej i społecznej, a listy krążące między humanistami to już prawie zalążek czasopism. Od razu na wstępie Bembo oświadcza też, że „wypytują nas o ognie Etny”, więc „aby się wreszcie uwolnić od tej uciążliwości, postanowiłem spisać tę rozmowę, którą odbyłem z ojcem (…), kilka dni po naszym powrocie”. Więc list do przyjaciela, w którym przytacza się rozmowę z ojcem, ale pośrednio uczestniczą w niej obficie cytowani dawniejsi poeci i uczeni – a wszystko po to, by ostatecznie cała szeroka publiczność dostała coś, co ją zainteresuje, zaspokoi jej głód nowinek oraz dobrej lektury.

Rozmowa toczy się w Nonianum, posiadłości Bembów pod Padwą, letnią porą, w cieniu topoli nad brzegiem rzeki. „Cóż bowiem mamy robić w południe, w taki upał?” – najlepiej oderwać się od strapień publicznych (republice weneckiej grozi akurat wojna z Francją) i wdać się w rozmowę o czymś całkiem innym. Dziwy przyrody będą tylko jednym, wcale nie naczelnym tematem. Można raczej odnieść wrażenie, że cała rozmowa zmierza do skalibrowania tematu Etny – do ustalenia, ile uwagi należy mu poświęcić, w jakich proporcjach do innych tematów i jakie mają być te inne. Skoro ma to być rozmowa między ojcem a synem, trzeba określić ich wzajemne stosunki. Kilka stron zajmuje przeto sprawdzanie, czy ojciec jak należy zadbał o przygotowanie syna do życia i czy syn potrafi to odpowiednio docenić. Padają przy tym niebanalne i charakterystyczne dla epoki sformułowania, np. gdy mowa o możliwości przetransplantowania platanów sycylijskich w surowszy klimat Italii: „Zaiste nie ma żadnej rzeczy, wierz mi, synu, żadnej (…) której nie można by stworzyć dzięki staraniom i wysiłkom człowieka”. Albo gdy mowa o powinnościach wobec dzieci, przyszłych pokoleń i w ogóle bliźnich:

Albowiem ponieważ wychowałem cię dobrze od dziecka, miałem zawsze przy sobie, starałem się nauczyć cię obydwu języków, to znaczy, że zaprosiłem cię na ucztę dość urozmaiconą i kosztowną, na której nasycisz swój umysł i sam się zabawisz jako wytworny współbiesiadnik. Albowiem wszyscy jesteśmy, dopóki żyjemy, współbiesiadnikami, a całe nasze życie, z którego korzystamy pod tym światłem słońca, nie jest niczym innym jak długim współucztowaniem, lub, aby już dokładniej powiedzieć, ciągłym obcowaniem z kimś.

Droga wspinaczki wiedzie najpierw przez tereny zaludnione i uprawne. „Ziemie obfitują w plony Bakcha, Pallady i Cerery. (…) Tutaj wszędzie są najbardziej urocze miejsca, tutaj rzeki głośno szumiące, tutaj szemrzące strumienie, tutaj wiecznie bijące najzimniejsze źródła, tutaj łąki zawsze w kwiatach każdego wiosennego dnia”, tutaj pola wydają „stokrotny plon”. W tej partii opowieści Etna przedstawia się jako góra oswojona i poczciwa, darząca wszelkimi pożytkami. Dopiero w czasie wspinaczki na niższy z dwóch kraterów w grę zaczyna wchodzić bezpośrednie niebezpieczeństwo, choć – o czym pisze Ireneusz Mikołajczyk, tłumacz i wydawca księgi O Etnie – nie wiadomo, czy Pietro Bembo naprawdę był świadkiem wybuchu lawy. Dla równowagi zaś pojawiają się motywy takie jak „ciekawość”, „niepohamowane pragnienie obserwacji”, „wielka przyjemność płynąca z takiego widoku”, „tak wielka nowość zjawiska”. Na wyższy krater wędrowcy nie dotarli, więc żeby ostatecznie dojść – w rozmowie – do ogni Etny, Pietro przywołuje świadectwo osoby trzeciej, zakonnika Urbana, oraz cytuje Hezjoda. Na chwilę od opisu przechodzimy do procedur wyjaśniania, a stąd do nauki moralnej: Bembo senior zapewnia, że ognie Etny są zjawiskiem naturalnym, podlegają ogólnym prawom przyrody, zatem nie ma w tym nic niezwykłego, nic, co mogłoby budzić zdziwienie. Ale syn obstaje przy swoim prawie do zdziwienia i podziwu, mówi wprost: „nikt przecież nie wie, kto nie zobaczy, jak ogromna jest Etna”. Na koniec wspomina jeszcze pewien wyjątkowo uroczy zakątek: „tam zobaczyłem najpiękniejsze dzieło natury i najbardziej się dziwiłem”.

Rozmowa toczy się krętym duktem. Etna jest to pożyteczna i swojska, to zagadkowa i straszna, na przemian piękna i wzniosła. Można się do niej zbliżyć łagodnym podejściem, przez odwołania do wiedzy i tradycji, można wdziać „buty z podwójnymi podeszwami” i ruszyć direttissimą. Można zjawisko ogni wyjaśniać albo podziwiać. Można i trzeba wdawać się w filozoficzne rozważania nad naturą ognia, ale nie zawadzi umilić ich opowieściami o Tyfonie, Enkeladosie albo Faunie. Jeżeli zabraknie własnych doświadczeń albo słów, można zawsze skorzystać z cudzych. Nie ma też powodów do niepokoju, gdy okazuje się, że dzisiejsza rzeczywistość odbiega od poglądów pisarzy starożytnych: przecież „pewne rzeczy się zmieniły, powstały również jakieś nowe”. Można być naraz humanistą i alpinistą.

Nastrój sielanki, podpowiedziany przez okoliczności rozmowy, stopniowo ogarnia wszystko. Nie tylko wulkaniczna góra zostaje w znacznej mierze obłaskawiona „dzięki staraniom i wysiłkom człowieka”, a także dzięki „ciekawości”. Również rozdzierające dylematy kultury – powtarzać za kimś czy próbować po swojemu, spekulacja czy doświadczenie, uznanie dla tradycji czy pragnienie nowości – tracą ostre kanty i potulnie składają się w idylliczną mozaikę. Współbiesiadują.

O zmierzchu rozmowę zakończono. Ojciec „pogrążony w myślach udał się do biblioteki”. No tak, zgodnie z topografią idylli od Etny do biblioteki niedaleka droga. A Bembo junior? Czekało go ciekawe życie, romans z Lukrecją Borgią, boje o język włoski, funkcja papieskiego sekretarza; portretowali go Rafael i Tycjan, a jego nazwisko przeszło w nazwę kroju antykwy, jaką złożono księgę O Etnie.

Jeszcze tylko na moment wróćmy do Seneki. „Cóż miałbym ci dać, byś nie opisywał Etny w swych wierszach, byś nie poruszał tego wspólnego dla wszystkich poetów tematu?”. Seneka zaprasza nas do niebezpiecznej zabawy. Bo gdybyśmy tak wiedzieli, co mamy dać, żeby ktoś czegoś nie napisał, to co? Czy byłoby coś takiego, co chcielibyśmy wykupić od istnienia w literaturze?


Seneka, Listy moralne do Lucyliusza, przeł. W. Kornatowski, Warszawa 1998; Pietro Bembo, O Etnie (wydanie dwujęzyczne), tekst, przekład i opracowanie I. Mikołajczyk, Toruń 1997.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata