70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Radykalizm

Radykałowie potrzebni są centrystom, jako siła nie pozwalająca im „zasnąć”, przypominająca o celach i ograniczająca zakres możliwej ugody. Bez radykałów centrum ześlizgnie się w zbyt daleko idący kompromis i w wygodnickie kunktatorstwo. Natomiast radykałowie bez centrum równie nieuchronnie staną się dogmatykami. Jest na to wiele przykładów, a komunizm u władzy jest tylko jednym z nich.

Radykalizm i radykałowie nie mają w naszej pamięci dobrej konotacji: średnie i starsze pokolenie pamięta radykalnych „oszołomów” pierwszej Solidarności, którzy parli do strajków przy lada okazji, usiłowali – jak to wtedy powiadano – „iść w trampkach na Moskwę”. Było trochę radykalizmu w okresie transformacji przełomu lat 80. i 90., ale nie znalazł wyborczego uznania, więc szybko się zmarginalizował i przycichł. Zresztą sukcesy kierunku centrowego – umiarkowanego w hasłach, a konsekwentnego w działaniu – były aż nadto oczywiste. Ale tylko na jakiś czas; nastroje ludzi falują jak ocean, radykalizm ma swoje przypływy i odpływy. Jest barometrem zbiorowej frustracji; nigdy nie wyrasta ze spokoju i zadowolenia. Rodzi go odruch gwałtownego poszukiwania dróg wyjścia z rzeczywistości marniejącej lub tak kruchej, że nawet bliska przyszłość jawi się jako jeszcze większe zagrożenie; wówczas tylko radykalna droga na skróty może przynajmniej dać złudzenie szybkiej i skutecznej poprawy. Jego bazą są rosnące rzesze ludzi uważających się za oszukanych, wykorzystanych, a przynajmniej pominiętych. Politycy powinni bardzo interesować się wskazówkami tego barometru, bo ostrzega przed nadciągającą falą tsunami.

Szanujmy swoich radykałów

Radykalizm to nie tylko polityka; istnieje radykalizm moralny, który stawia człowiekowi najwyższe wymagania etyczne, i ewangeliczny, który proponuje naśladowanie Chrystusa, a nie tylko wznoszenie doń modłów. Radykalizm cechuje maksymalizm celów oraz ekstremalność środków działania. Czasem posunięta za daleko: nie zawsze cel uświęca środki, o czym radykałowie nie lubią pamiętać. W polityce encyklopedie definiują radykalizm jako kierunek stawiający sobie za cel szybkie i skuteczne wprowadzenie zasadniczych zmian w życiu społecznym. Tak też jest w praktyce: etykietkę radykałów otrzymują ci, którzy proponują rozwiązania ostre jak chirurgiczny nóż, czyste jak przyświecająca im idea, zmierzające dziarsko do celu jak linia prosta.

Nie uznaje bowiem radykalizm kompromisów, uwarunkowań zewnętrznych i wewnętrznych, ignoruje nawet grzeszność i lenistwo ludzkiej natury. Nie uznaje też skutków ubocznych, nawet gdy są oczywiste, a to już poważniejszy zarzut; nacjonalistyczny radykalizm pragnie zaboru obcych terytoriów, ale nie liczy się ani z krzywdą sąsiadów, ani z ich zbrojnym oporem. Albo inaczej i pokojowo: radykalizm ekologiczny będzie domagał się jednocześnie zaprzestania budowy autostrad i poprawy transportu. Inny opowie się radykalnie za bezpłatną służbą zdrowia i wyższymi zasiłkami, nie pojmując, jednocześnie, że musi to oznaczać podwyżkę podatków. I tak dalej, i tak dalej…

Radykalizm graniczy z bolszewizmem, ale nim jeszcze nie jest, bo do bolszewizmu potrzeba nagiej siły, którą wcielamy w życie ideę i kształtujemy „nowego człowieka”, jak Robespierre czy Lenin, oraz kłamstwa, którym będziemy osłaniać tą krępującą nagość. Radykał ma nadzieję, że ludzi przekona lub zakrzyczy, prędzej jednak odejdzie zniechęcony, niż zacznie ich zabijać za samą ludzką niedoskonałość.

Rozwiązania proponowane przez radykałów są ostre, czyste, wyraźne i bezkompromisowe, ale mało realne, o czym radykałowie nie wiedzą. Zwłaszcza w demokracji, gdzie nie wystarczy ogłosić genialną w swej prostocie receptę, ale trzeba zebrać wokół niej różne siły polityczne, by przekonać opinię publiczną i rzecz przepchnąć w parlamencie. Radykalizm najlepiej czułby się w dyktaturze i często oddaje się marzeniom o dobrym i potężnym wodzu, który zwykle nie przychodzi, albo – co już najgorsze – usiłuje wyłonić takiego idola z własnych szeregów. Nieszczęsna to figura! Zwykle kończy jako frustrat, co się nigdy nie dorwał do władzy, a jeśli już, to jako obalony watażka – nieraz przed plutonem egzekucyjnym.

Centrum nie lubi radykałów, uważa, że mu przeszkadzają, wciąż gadając o tym, co nierealne i żądając niemożliwego. Niechęć jest zresztą wzajemna, wedle radykałów centrum jest w najlepszym razie „zgniłe”. Tymczasem obie strony są sobie niezbywalnie potrzebne i – nawet jeśli zgrzytają zębami – powinny szanować się nawzajem, a przynajmniej doceniać wzajemną niezbędność. Radykałowie potrzebni są centrystom, jako siła nie pozwalająca im „zasnąć”, przypominająca o celach i ograniczająca zakres możliwej ugody. Bez radykałów centrum ześlizgnie się w zbyt daleko idący kompromis i w wygodnickie kunktatorstwo. Natomiast radykałowie bez centrum równie nieuchronnie staną się dogmatykami. Jest na to wiele przykładów, a komunizm u władzy jest tylko jednym z nich.

Po tym wszystkim, co tu nawpisywałem, można by radykałów i radykalizm odesłać na śmietnik historii albo do panoptikum nauk politycznych, gdyby nie jedno „ale”, które każe inaczej ustawić perspektywę. Otóż dzieje pokazują, że to zwykle radykałowie mają sporo racji, aczkolwiek rzadko kiedy ich pomysły bywają realizowane. Realizowane są prawie zawsze propozycje centrowe, obarczone balastem kompromisu lub kunktatorstwa, ale o ileż mniejszym – ryzyka. Ale właśnie przez to realizować się dają, jako mniej kontrowersyjne, a przez to bezpieczne. Dopiero poniewczasie żałujemy, bo trzeba było jednak iść na skróty.

Przykładów na to jest wiele. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku radykalne były oba pomysły na Polskę, tak federacyjny Piłsudskiego, jak hegemonistyczny Dmowskiego zakładający przymusową polonizację wcielonych mniejszości. Oba nie zostały zrealizowane, bo trzeba byłoby mieć na to więcej tak siły, jak zwolenników. W praktyce powstało cos pośredniego, a na pewno niekonsekwentnego, co jednak – mimo wszystkich zgrzytów, zwłaszcza narodowościowych – jakoś przetrwało i rozwijało się przez wiele trudnych lat. Radykalny aż do absurdu był opór przeciw komunizmowi po II wojnie światowej, zwłaszcza zbrojny, ale historia jemu właśnie przyznała rację. Burzliwą jesienią 1981 roku szczytem bezrozumnego radykalizmu wydawało się Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej uchwalone przez gdański zjazd „Solidarności”, ale znowu to ono okazało się prorockie i doczekało spełnienia już po ośmiu latach. No i wreszcie aż wizjonerski w swym radykalizmie Leszek Moczulski, który założył partię polityczną, mówił o niepodległości i Polsce w NATO w czasach, gdy ludzie spadali ze strachu z krzeseł na sam dźwięk tych – oczywistych dzisiaj – słów. Przykłady można mnożyć. Ale to, że historia jutro przyzna radykałowi rację nie poprawia jego marnego „dzisiaj”, dowodem są późniejsze losy KPN-u tegoż Moczulskiego.

Aż do dzisiaj, kiedy na naszych oczach – wśród sejmowych awantur, wzajemnych oskarżeń i niemożności zrealizowania programu, z którym szła do władzy – rozkłada się na naszych oczach radykalna formacja, która wygrała wybory przed dwoma laty. Czy to znaczy, że ze szczętem nie miała racji? Czy wybrali ją tylko radiomaryjni frustraci albo wiejski małomiasteczkowy ciemnogród? To są pytania, które stać będą przed nami wiele jeszcze lat, nawet jeśli PiS jako partia zostanie zmieciony z politycznej sceny, tak jak wyborcy kiedyś zmietli AWS. Na problemach, których te pytania dotyczą, mogą połamać sobie nogi i wybić zęby zwycięzcy wyborów nadchodzących.

Radykałowie i demagodzy

Radykalizm nie jest populizmem, chociaż nieraz się z nim brata. Populizm jest dzieckiem, a może raczej bękartem demokracji, o czym pięknie i przewidująco pisał już Arystoteles w swej Polityce, choć nazywał go „demagogią”, co na jedno wychodzi. Skoro w tym ustroju władzę zdobywa się w wyniku głosowania (obojętnie, czy na greckiej agorze, czy przy współczesnej urnie wyborczej), to najłatwiej sięgnąć po nią przez schlebianie głosującemu ludowi, mówienie mu tego co chciałby usłyszeć, obiecywanie gruszek na wierzbie, które niechybnie na niej wyrosną, gdy tylko wraz z kolegami będę sprawował rządy. Na to niebezpieczeństwo zwracali uwagę wszyscy późniejsi wielcy analitycy demokracji z Alexisem de Tocqueville na czele. Już Arystoteles pokazał, jak demagog nie tylko psuje demokrację, ale skoro zdobędzie władzę zmienia ten ustrój w tyranię, bo szybko się okazuje, że gruszki na wierzbie wyrosnąć nie chcą, a przywilejów i korzyści z pozyskanej władzy starcza tylko dla niewielu kolegów. Jedynym ratunkiem dla populizmu – skoro już rządzi – jest albo sięgnięcie po nagą przemoc, albo uznanie, że skoro lud wyniósł właśnie jego do władzy, to władza ludu nie powinna znać żadnych ograniczeń, a takie przeszkody jak prawo, ochrona mniejszości, czy zasady moralne są podrzędne wobec woli mas. Obie drogi oznaczają koniec rządów prawa. Pierwszą wybrał Hitler czy bolszewicy, a przykładów drugiej jest jeszcze więcej w postaci różnych „demokracji ludowych” do reżimu Łukaszenki za miedzą, po przeróżne pół-demokracje Trzeciego Świata. Jeśli się tę drugą drogę wybierze, trzeba więc dalej grać z ludem kijem i marchewką, schlebiać, dostarczać jadła i igrzysk, ale też zręcznie usuwać z jego grona wszystkich nieprawomyślnych lub potencjalnie groźnych; obojętnie czy nazwać ich „nieuświadomionymi”, czy „obcymi rasowo” czy „łże-elitami”. Na szczęście współczesne demokracje już coś wiedzą o populizmie, pojmują, że pochlebstwa demagoga nie są niczym innym jak piszczałką szczurołapa ze znanej baśni i trochę się na te dźwięki uodporniły. Dowodem jest los Le Pena we Francji czy Haidera w Austrii. Ale nigdy nie jest to pełna odporność, zwłaszcza w demokracjach młodych.

Radykalizm nie musi być populistyczny. Najlepszy przykład niepopulistycznego radykała to Churchill w czasach, kiedy obiecywał rodakom „krew, pot i łzy”; była jednak wojna, gdy nastał pokój, to przegrał, choć był wojennym zwycięzcą. U nas nie był populistyczny radykalizm Piłsudskiego, może dlatego przegrywał z populistycznym radykalizmem endeków, choć dłuższy czas trzymał władzę. Nie był populistyczny radykalizm Moczulskiego. Mało już kto pamięta radykalnych ekonomistów, współpracowników Leszka Balcerowicza, którzy go opuścili na początku lat 90., bo według nich okazał się zbyt uległy i za mało konsekwentnie wcielał w życie swój wolnorynkowy model. Dziś nikt już o nich nie pamięta, z tego samego powodu, dla którego został zapomniany Moczulski. Jednakże tak radykalni ekonomiści, jak i radykalny polityk powinni doczekać się pomników, bo dzięki nim centrum nie utknęło na manowcach. Dzisiaj takim pomnikowym radykałem – niedocenionym, nieraz wyśmiewanym, ale jakże potrzebnym – jest Ryszard Bugaj. Pomni minionych doświadczeń powinniśmy ich bardziej słuchać.

Podobnie jak istnieją niepopulistyczni radykałowie, zdarzają się też populiści, którym obcy jest radykalizm. To bardzo sympatyczni i mili ludzie. Schlebiają wszystkim, niczego w zamian nie żądając. Ich hasłem jest: żadnych eksperymentów! Nie proponują zmian ani reform – wyjąwszy drobną kosmetykę – chcą tylko władzy na jedną kadencję w zamian za święty spokój wyborców. Są nieszkodliwi tylko w państwach silnych i dobrze urządzonych, bo przynajmniej niczego nie zepsują. Zwykle jednak przebudzenie po takim śnie bywa nieprzyjemne, a cztery lata zostają stracone. Na naszym gruncie przykładem takiej partii jest chyba PSL, na szczęście dalekie od władzy.

Populizmem we współczesnej demokracji są – w mniejszym lub większym stopniu – skażone wszystkie chyba partie. Nawet rozsądni politycy ulegają pokusie sugerowania, że choć może jedna gruszka wyrośnie na jakiejś wierzbie, bo w zamian otrzymują liczący się przyrost głosów. Wystarczy przypomnieć co wygadują i co obiecują kandydaci w wyborach w USA, zwłaszcza prezydenckich. Bez wahania sięgał po populizm Nicolas Sarkozy nim wygrał wybory we Francji. Łagodną populistką była Angela Merkel i jej od dawna zaprawiona w tym soft-populizmie niemiecka chadecja. Warto zwrócić uwagę na tę dzisiejszą powszechność populizmu w wersji soft, bo wtedy mniej dziwi to, co dzieje się na naszym podwórku.

Po populizm – i to często hard – sięgają jednak nade wszystko radykałowie. Radykał bez populizmu jest potrzebny centrystom (choć zwykle oni sami tego nie wiedzą), ale prawie nigdy nie uzyska ukoronowania kariery polityka, czyli władzy. Skoro smutnym losem niepopulistycznego radykała jest wyborcza klęska, zapomnienie i frustracja, to radykał na serio spragniony władzy nie ma innego wyjścia jak populizm i to ostry, a więc sięga poń bez większych zahamowań.

Radykałowie u władzy

Grzeszny człowiek zwykle karany jest tym, na czym najbardziej mu zależy. Najlepszym dowodem jest to, co opowiada się o piekle rozpustników – niebywale wyuzdanym; aż do katorgi. Pokutą radykała jest objęcie władzy. Unikają jej tylko co bardziej wielkoduszni niepopulistyczni przedstawiciele gatunku, którzy świadomie – a częściej z konieczności – wybierają smutny los Kasandry. Władza bowiem kłóci się z radykalizmem jak pies z kotem, nie tylko dlatego, że demokracja woli centrystów, nawet jeśli są „zgnili”. Jest nie tylko utrudzająca, ale zmusza do kompromisów, poszukiwania „wspólnego mianownika”, zawierania koalicji, rezygnacji z części własnych zamierzeń w imię tego, co się realnie da osiągnąć. Tymczasem radykał nie ma sojuszników, nie ma konkurentów myślących inaczej, ale też godnych szacunku; ma tylko albo wiernych żołnierzy, którymi można komenderować, albo wrogów, których trzeba zniszczyć. Przejściowymi sojusznikami mogą być najwyżej jakieś drobne „przystawki”, nadające się do szybkiego wchłonięcia. Radykał przy władzy ma przed sobą dwie drogi, obie katastrofalne: albo z premedytacją zepsuć demokrację w imię władzy mitycznego „ludu” i zostać tyranem, albo – jeśli ma na to za mało determinacji lub za wiele zasad – odejść jako frustrat przekonany o złej woli lub głupocie wszystkich dookoła. Co sprytniejsi politycy nieźle to pojmują, dlatego – będąc radykalni i populistyczni przed wyborami – mają pod spodem skórę baranka przewidująco przygotowaną na wypadek sukcesu. Dzięki temu kamuflażowi zdobyło już władzę w świecie – a także i u nas – niejedno ugrupowanie i niejeden polityk demokratyczny, dobrze potem wspominany, świadomie jednak używający przedwyborczej socjotechniki. Tylko jak odróżnić jednego od drugiego? Przecież powierzenie władzy konsekwentnemu radykałowi, to najlepszy sposób na szybkie zniszczenie państwa.

Nikt przecież nie jest konsekwentny. Polityk też jest człowiekiem, który miota się między kusicielstwem diabła populizmu, a tęsknotą za niezmiennymi wartościami. Takie też bywają owoce, po których „poznacie go”. Może gdyby Piłsudski narzucił swoją tyranię, Polska uniknęłaby wrześniowej klęski, a może by ją tylko odsunęła? Nie wiem, wszystko to gdybanie. Dziś na naszych oczach rozpada się formacja radykalna, która nie chciała być ani konsekwentnie populistyczna i w ostatecznym rachunku tyrańska, ani w swej radykalnej splendid isolation konsekwentna. Wyszło jak zwykle.

Jak odróżnić jedno od drugiego? Moim zdaniem kryterium jest kłamstwo, a może odwaga cywilna, która kłamstwem się brzydzi. Populizm zawsze jest tchórzliwy, krzykiem usiłuje nadać sobie pozory odwagi. Dlatego nie wymaga niczego trudnego, wszystkim schlebia, kłamie, że już jutro będzie dobrze, bylebyśmy tylko poparli dzisiejszych krzykaczy. Ten, kto nie jest populistą, może – a czasem powinien – być radykalny, ale zawsze będzie odważnie mówił prawdę, nie spróbuje ukryć trudności. Najlepsze, co może zrobić dzisiaj radykał, to pamiętać, że jego miano ma łaciński źródłosłów: radicalis znaczy – dogłębny.

Jesień demokracji

Niestety, przyszłość będzie sprzyjała zarówno radykałom, jak i populistom. Jest po temu wiele powodów. Najistotniejszy to zdrowy rozsądek, co tylko z pozoru jest nielogiczne. Dzieje współczesnej demokracji to wielki i nigdy do końca nie rozstrzygnięty spór między socjalizmem a kapitalizmem, między obyczajowym i światopoglądowym konserwatyzmem, a tak zwanym postępem. Nie chcę napisać, że między lewicą a prawicą, bo różne ingrediencje rozmaicie są w partiach i blokach zmieszane. U nas na przykład prawie nie występuje coś, co można byłoby z czystym sumieniem nazwać prawicą; od dawna lewica pobożna zmaga się z lewicą bezbożną. Nie jest też prawdą, że socjalizm przegrał wraz z upadkiem komunizmu i rzekomym „końcem historii”. Ale wolny rynek jest tylko jeden i bezkarnie dolewać doń socjalizmu się nie da, o czym już wiedzą dzisiejsi socjaldemokraci. Podobnie światopoglądowego fundamentalizmu nie da się pogodzić z prawami człowieka i ochroną mniejszości. Dlatego w demokracji różnice między partiami – obojętnie jak je nazwać – zmniejszają się coraz bardziej tak w sferze ideowej, jak gospodarczej, a w tej ostatniej praktycznie maleją do zera. Zdrowy rozsądek powiada, że tak musi być, bo wszystko powinno się mieścić w granicach demokratycznego kapitalizmu. Trudności jednak nie ubywa, a ludzkie aspiracje są niepohamowane. Obywatel ma więc coraz mniejszy zakres wyboru i obojętnie, na kogo będzie głosować, dostanie mniej więcej to samo, najwyżej inaczej opakowane. Niemożliwe do prostego rozwiązania problemy napływają jednak z siłą potopu, a dostarcza ich głównie nielicząca się z granicami globalizacja, podczas gdy rządy mają kompetencje tylko w obrębie państwa. Krzykaczy i fantastów zdrowy rozsądek jednak nie obowiązuje. Frustracja wyborcy zbrzydzonego daremnym głosowaniem na tradycyjne partie, zniechęconego małą skutecznością ich polityki, sprawia że coraz chętniej będzie dawał posłuch radykalnym populistom. Ich nic nie ogranicza. A do tego jeszcze dzisiejsza polityka jest coraz bardziej wyborem ruchu w grze, a nie wyborem wartości ideowych. Wtedy rozum śpi, a zaczynają hasać przebudzone demony.

Dzisiejsza postać ustroju państw naszej strefy cywilizacyjnej, którą można określić jako „demokrację telewizyjną” też sprzyja populizmowi. Wygrywa nie ten, kto ma lepszy program, ale ten co ładniej wygląda i ma lepsze spoty reklamowe. Internet jest jeszcze bardziej populistyczny, bo przypomina wiec. Tu krzykacze czują się jak ryby w wodzie i będą się czuli coraz lepiej.

 

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata