|

TEMATY I REFLEKSJE
Nie ma nieba samotnych
(fragment)
Ze STEFANEM WILKANOWICZEM
rozmawia Tomasz Ponikło
Jeden człowiek modli się za drugiego i to pomnaża
duchowy kapitał ludzkości. Wcale nie wiadomo, co
na końcu okaże się najważniejsze: wielkie czyny
bohaterów czy modlitwa osoby niepełnosprawnej.
To uczy pokory i szacunku dla każdego.
Kiedy sięgniemy do czytań liturgicznych na uroczystość Wszystkich
Świętych i Dzień Zaduszny, możemy się zdziwić: z Pisma Świętego
wynika, że w te dni powinien panować zupełnie inny nastrój. Co przykuwa
Pana uwagę w tych tekstach?
Są w nich dwa bardzo ważne dla mnie zdania. „Jeżeli umarliśmy razem
z Chrystusem, wierzymy, że razem z Nim żyć będziemy”. I drugie:
„Będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest”.
To kwintesencja wszystkiego, jeśli chodzi o przygotowanie do śmierci
i wyobrażenie, jak będzie dalej. Im jestem starszy, tym większe mam
wyczucie Tajemnicy. Z dnia na dzień widzę, jak wiedza, niby ogromna,
jest właściwie niczym w stosunku do przestrzeni niewiedzy. Pokazuje
to choćby postęp astronomii. Poznawalny przez nas wszechświat
rozrasta się i coraz bardziej komplikuje, wręcz przekracza granice
wyobraźni. A jednak ostatecznie możemy go poznawać. Przez analogię, to pokazuje stosunek do Boga i do Jego wszechwiedzy –
wobec tego jesteśmy prochem, jesteśmy pyłem.
W jednej z naszych rozmów powiedział Pan to jeszcze dobitniej:
„z upływem lat krąg Tajemnicy nieustannie się dla mnie rozszerza”.
To powoduje pewną postawę: narasta pokora i skromność. Mówiąc
szczerze, coraz bardziej drażnią mnie rozmaici teologowie. Szukają –
i chwała im za to. Ale proporcjonalnie do tego powinna rosnąć w nich
pokora i wyczucie Tajemnicy… Ujrzymy Go takim, jakim jest – dopiero
wtedy zaczniemy wszystko rozumieć. Trudno mówić o wieczności,
ponieważ to sprawa niewyobrażalna. Jej perspektywa pokazuje,
że nasze poznawanie będzie rosnąć. Że to nie jest zamknięty,
statyczny świat. Nie jest tak, że jak się dostaniemy do raju, to będziemy
tam szczęśliwi „stacjonarnie” – wyobrażam sobie rozwój, poznawanie.
Kwestia rozwoju człowieka to sprawa zasadnicza. Rozwój
człowieka trwa przez całe życie. Jest dojrzewaniem do śmierci i dalszego
kontaktu z Bogiem. Gdybym żył w Chinach przed rewolucją
maoistyczną, już dawno dostałbym bardzo ceniony prezent: ozdobną
trumnę. I byłbym szczęśliwy. A spróbujmy dać komuś trumnę u nas,
w świecie chrześcijańskim! Albo skonfrontujmy to z innym nastawieniem
– ucieczką od śmierci. Ktoś to dobrze ujął: każdy wie,
że musi umrzeć, ale nikt w to nie wierzy. Znam opowieść o pogrzebie
milionera. Zabalsamowano go, umalowano i tak dalej... Posadzono
za kierownicą superluksusowego samochodu. Samochód był
ciągnięty na cmentarz. Jak to zobaczył biedak, wykrzyknął: mój Boże,
to jest życie! Można powiedzieć, że w „potocznej” kulturze chrześcijańskiej
nasz stosunek do śmierci uległ zafałszowaniu. W tym udawaniu
jest coś niechrześcijańskiego.
Kościół już rzadko przypomina człowiekowi o jego marności. Ale być
może przez szereg wieków daliśmy się zapędzić w zaułek wiecznego
poczucia niedoskonałości. Niedoskonałość z kolei ustawiała nas na
przegranej pozycji w kwestii zbawienia.
W dawnym duszpasterstwie na ogół straszono śmiercią i piekłem.
Owszem, to było przygotowanie do śmierci, ale bardzo jednostronne.
Przypomina mi się pogrzeb przyjaciela w Laskach. Wedle swojej
woli został skremowany. Kondukt żałobny otwierał jego przyjaciel,
który niósł urnę. Przy czym – to już zasługa sióstr, że tak dobrały
pieśni i oprawę liturgiczną – na tym pogrzebie nie było atmosfery
smutku ani rozpaczy. Raczej przeciwnie – świętowania. Świętowania
przejścia do nowego życia.
Inny przypadek: zmarła żona bliskiego mi człowieka i też została
skremowana. Mąż postawił urnę w mieszkaniu. Tam czeka na jego
śmierć. A po śmierci będą pochowani oboje razem.
Więcej na łamach listopadowego numeru „Znaku”
Zamów numer
STEFAN WILKANOWICZ, ur.
1924, b. redaktor „Tygodnika
Powszechnego”, b. redaktor naczelny
„Znaku”, kieruje Fundacją
Kultury Chrześcijańskiej
„Znak”.
POCZĄTEK STRONY |