|

TEMAT MIESIĄCA:
Homoseksualista mój bliźni
Homoseksualizm i „uzdrawianie” (fragment)
CEZARY GAWRYŚ
Jeden z uczestników mojej „grupy zaufania”, osiemnastoletni chłopak, wyjątkowo inteligentny, wrażliwy, uzdolniony poetycko, o bardzo dobrym sercu, przyznał mi się, że miał już ponad czterdziestu anonimowych partnerów. Czy zasługiwał bardziej na osąd moralny czy na współczucie?
Podejmowanie rzeczowej rozmowy na temat homoseksualizmu
w klimacie „walki z kimś”, a nie „walki o coś” to dla katolickiego
publicysty zadanie trudne i niewdzięczne. Łatwo można bowiem
paść ofiarą pomówień: z jednej strony o homofobię, z drugiej –
o propagowanie homoseksualizmu. Jedno i drugie było już nieraz
moim udziałem. Propozycję redakcji „Znaku”, by zabrać głos w tej
sprawie, przyjąłem jednak bez wahania. Homoseksualizm, a zwłaszcza
przeżywanie go przez osoby wierzące, nie jest dla mnie bowiem
problemem abstrakcyjnym. Śmiało mogę powiedzieć, że znam go
z bliska.
Kiedy przed kilkoma laty redakcja mojej macierzystej „Więzi”
postanowiła podjąć w jednym z numerów temat Chrześcijanie wobec
homoseksualizmu, wraz z Katarzyną Jabłońską zostaliśmy poproszeni
o napisanie reportażu. Zbierając materiały, nawiązaliśmy
wówczas kontakt z lubelską grupą „Odwaga”, czyli ośrodkiem pomocy
dla osób homoseksualnych, działającym w ramach Instytutu
Niepokalanej Matki Kościoła (diakonia ruchu Światło-Życie). Pionierskie
w skali polskiego Kościoła działania, których inicjatorkami
były trzy dzielne i odważne kobiety wspomagane przez jezuitę ks. Mieczysława
Kożucha, wzbudziły wtedy nasze szczere uznanie. W ten sposób
powstały dwa reportaże, wydrukowane w „Więzi” (2002,
nr 7). Ich bohaterkami i bohaterami były głównie osoby z kręgu „Odwagi”,
podejmujące próbę „wyjścia z homoseksualizmu” (zerwania
z zachowaniami, ale też, o ile to możliwe, pozbycia się niechcianych
skłonności). W dużej mierze udzielił nam się wówczas autentyczny
zapał ekipy prowadzącej i samych uczestników, którzy zgodzili się
dać świadectwo podejmowanej nad sobą pracy.
W kilka miesięcy później otrzymałem z Lublina niespodziewaną
propozycję, abym poprowadził w „Odwadze” grupę dla chłopców
w wieku 17–18 lat o skłonnościach homoseksualnych, którzy zgłaszali
się tam z prośbą o pomoc, a których, całkiem roztropnie, nie
chciano włączać w istniejącą „grupę wsparcia” dla młodych mężczyzn.
Byłem tym kompletnie zaskoczony. Nie jestem ani psychologiem,
ani terapeutą. Moimi jedynymi kwalifikacjami były: dojrzały
wiek męski, własne doświadczenie ojcostwa, a także dwa lata pracy
z młodzieżą, jako katechety w liceum. Zaciekawiony jednak nieoczekiwanym
wyzwaniem, i zachęcony przez żonę, postanowiłem skoczyć
na głęboką wodę. Dodatkową zachętą była dla mnie lektura
książki Richarda Cohena Wyjść na prostą (R. Cohen, Wyjść na prostą. Rozumienie i uzdrawianie homoseksualizmu, przeł.
A. Jankowiak, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002). Autor, były amerykański
showman, już jako mężczyzna żonaty podjął udaną, jak twierdzi,
próbę zwalczenia swojego homoseksualizmu. Książka, zawierająca opracowaną przez niego szczegółową metodę wychodzenia z zachowań
i skłonności homoseksualnych, zalecana była w „Odwadze” jako
podstawowa lektura. Wydawała mi się wtedy bardzo przekonująca.
W ten sposób – i w takim stanie umysłu – zostałem wolontariuszem
w „Odwadze”. Dostałem od prowadzących carte blanche, co
pozwoliło mi na opracowanie własnego, autorskiego programu pracy.
Moją grupę, składającą się ostatecznie z siedmiu młodych mężczyzn,
nazwałem „grupą zaufania”. Spotykaliśmy się raz w miesiącu
na cały weekend. Zrodziła się między nami więź przyjaźni, a przede
wszystkim właśnie zaufania. Młodzi ludzie w rozmowach indywidualnych
z pełną szczerością opowiadali mi o sobie
– ja słuchałem ich, starając się rozumieć, nie
oceniać. Bardzo mi się tu przydało moje reporterskie
doświadczenie uważnego słuchania. Na
wspólnych zajęciach z kolei dzieliłem się z nimi
moją wiedzą o problemie (sam dużo czytałem),
a w krótkich rozważaniach starałem się przybliżać
im zawarty w Biblii wizerunek Boga jako bliskiego, dobrego i miłosiernego
Ojca, aby w ten sposób umocnić w nich zaufanie do Boga
i poczucie własnej godności jako umiłowanych dzieci Bożych. Próbowałem
też robić proste psychodramy, tak aby ułatwić im wgląd we
własne uczucia i problemy. Na szczęście wspomagał mnie w tym „zdalnie”
mój przyjaciel, ksiądz-psychoterapeuta, pełniący wobec mnie funkcję
superwizora. Była to praca niesłychanie trudna, a zarazem pasjonująca.
Powoli docierało do mnie, że każdy przypadek jest inny, że nie
można stosować żadnych łatwych schematów do wyjaśnienia etiologii
zjawiska. Wycofałem się też ze składania pochopnych obietnic, że przy
dobrej woli możliwa jest dla każdego zmiana orientacji. Ustawiałem
jednak moim młodym przyjaciołom poprzeczkę wysoko, zachęcając
ich do pracy nad sobą i przestrzegając przed uleganiem złudzeniom
osiągnięcia łatwego szczęścia na drodze „gejowskiej”. Zdawałem też
sobie sprawę ze swoich ograniczonych możliwości. Kiedy zbliżał się
koniec drugiego roku naszej pracy, a dla nich czas matury i pójścia na
studia, a więc próg dorosłości, stopniowo przygotowywałem ich na
rozstanie, zachęcając do podjęcia, w miarę możności, profesjonalnej
terapii, do czego moje amatorskie próby miały ich zachęcić.
Więcej na łamach listopadowego numeru „Znaku”
Zamów numer
CEZARY GAWRYŚ, ur. 1947, dziennikarz i publicysta; studiował
filozofię i teologię, ostatnio
ukończył szkolenie z podstaw systemowej
terapii rodzin w Instytucie
Psychiatrii i Neurologii pod
kier. prof. Ireny Namysłowskiej;
od 1976 w „Więzi”, 1996–2001
redaktor naczelny. Współautor,
wraz z Katarzyną Jabłońską,
książki Męska rozmowa. Chrześcijanie
a homoseksualizm (2003).
POCZĄTEK STRONY |