Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LISTOPAD 2007, NUMER 630

Strona główna


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 


TEMAT MIESIĄCA:

Homoseksualista mój bliźni



Sumienie jest mną
(fragment)

Z HALINĄ BORTNOWSKĄ rozmawiają

Krystyna Strączek i Janusz Poniewierski


Nie jestem odklejoną od życia idealistką. Wiem, jak wygląda świat; wiem, na co narażony bywa homoseksualista. Ale wiem również, że istnieją związki oparte na prawdziwej miłości.

Jak trafiła Pani na temat homoseksualizmu?

Trudno na niego nie trafić, zajmując się prawami człowieka, wszelkimi mniejszościami, dyskryminacją...

No właśnie. Kiedy, przeszło dwa lata temu, zabrała Pani głos w tej sprawie na łamach „Gazety Wyborczej”, zaczęto Panią postrzegać jako jednego z najbardziej jednoznacznych obrońców praw homoseksualistów w przestrzeni publicznej i w Kościele. Dlaczego Pani tak bardzo się tym tematem przejęła?

Zacznijmy od tego, że trzeba jednak odróżnić prawo do udziału w przestrzeni publicznej od praw, o jakich można mówić w Kościele. Razem z Helsińską Fundacją Praw Człowieka broniłam, bronię i mam nadzieję, że nie przestanę bronić tego, iż przestrzeń publiczna jest publiczna w pełnym znaczeniu tego słowa. To znaczy, że całe społeczeństwo ma do niej prawo! Wykluczanie kogokolwiek z możliwości zgodnego z prawem udziału w tej przestrzeni, jest dyskryminacją.

Przestrzeń publiczna stanowi miejsce, w którym powinny się ścierać rozmaite aspiracje i rozmaite przekonania – i powinny znajdować wyraz publiczny. To musi być respektowane! Oczywiście, tu potrzebna jest koordynacja. Kiedy organizujemy jakąś demonstrację, marsz, pikietę czy instalację, zwracamy się do policji, ale – chcę to mocno podkreślić – nie z prośbą o pozwolenie, tylko po to, żeby to nasze prawo do użytkowania przestrzeni publicznej skoordynować z prawami innych (choćby z takim elementarnym prawem, żeby można było przez tę przestrzeń przejechać samochodem). Nie może być tak, że ktoś – policja czy nawet prezydent miasta – uważa się za właściciela przestrzeni publicznej i w związku z tym sądzi, iż ma prawo, a nawet obowiązek nią zarządzać wedle swoich własnych przekonań. Przekonania mają znaczenie w przestrzeni prywatnej. Ale nie wolno przestrzeni publicznej mylić z prywatną. Na tym tle aspiracje gejów i lesbijek, żeby – w przestrzeni publicznej właśnie – pokazać, że istnieją i do czego dążą, są w pełni zasadne, a my tego ich prawa musimy bronić. To, oczywiście, nie znaczy, że podzielamy ich orientację seksualną.

Jednak ten, kto sprawuje urząd publiczny, ma prawo do własnych przekonań. To chyba dobrze, że nie jest bezdusznym urzędnikiem, ale osobą zakorzenioną w świecie wartości. Próbujemy wyobrazić sobie świat wartości prezydenta, który nie wyraża zgody na manifestację homoseksualistów, i widzimy człowieka stojącego na straży prawa naturalnego i podstawowych zasad, bez których wszystko staje się chaosem. Taką zasadę wyraża biblijne zdanie: „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”.

On może mieć takie poglądy, ale nie jest ustanowiony do egzekwowania swoich poglądów, tylko prawa. Rozumiem, że ktoś nie chce brać udziału w takiej manifestacji czy w kulturalny sposób wyraża wobec niej swoją dezaprobatę. Powtarzam: w kulturalny sposób, to znaczy: jeżeli manifestacja ma charakter pokojowy, to protest przeciwko niej też musi mieć charakter pokojowy. Natomiast ktoś, kto odmawia homoseksualistom prawa do używania przestrzeni publicznej dlatego, że brzydzi się ich orientacją seksualną, uważa ją za grzeszną etc., przypisuje sobie więcej władzy, niż mu daje prawo.

Niektórzy, uzasadniając ów zakaz, mówią, że dziś homoseksualistom chodzi tylko o demonstrację, a jutro zażądają więcej: na przykład legalizacji związków i prawa do adopcji. Dlatego już teraz trzeba wypowiedzieć swoje stanowcze „nie”.

Nie można porządkować życia wspólnego na tej zasadzie, że jak komuś na coś pozwolę, to on zażąda więcej. To trochę jak z dzieckiem, które najpierw chce kawałek tortu, a potem – przewidują niektórzy – będzie chciało zjeść cały tort. Otóż, nie wiadomo, czy tak będzie. Poza tym pozwolenie na część nie równa się przyzwoleniu na całość. Mogę nie zgadzać się na zrównanie praw związków homoi heteroseksualnych, ale szanuję prawo do publicznego wyrażania zdania – także w tej kwestii.

A co w takim razie z Kościołem? Czy katolik może zajmować takie stanowisko na temat prawa do obecności homoseksualistów w przestrzeni publicznej?

Uważam, że Kościół, którego jestem członkiem, nie powinien przeszkadzać społeczeństwu w funkcjonowaniu z uwzględnieniem pluralizmu. Nie można rzucać gromów, nie można potępiać władzy publicznej za to, że jest władzą publiczną, a nie kościelną. Trzeba, żeby to wreszcie dotarło do hierarchów: prezydent miasta, i jednocześnie katolik, nie zdradza Kościoła, jeżeli nie zakazuje czegoś, do czego obywatele mają prawo!

Jeszcze raz zadamy to samo pytanie: czy taki prezydent-katolik nie odczuwa, że jest w istocie inne prawo, ważniejsze, i że nim właśnie powinien się kierować?

Nie zostaje prezydentem wedle wyższego prawa. Według tamtego prawa natomiast jest on odpowiedzialny za swoje życie osobiste.

Ale w swej gestii ma ileś tam tysięcy osób, za które poniekąd jest odpowiedzialny jako prezydent.

Nie sądzę, żebyśmy musieli uznawać tego rodzaju patriarchalną koncepcję władzy. Władza to kwestia prawa. Jeśli ktoś przyjmuje na siebie ciężar władzy publicznej, decyduje się na to, że będzie musiał trzymać się w granicach prawa.

Te sprawy były rozważane, kiedy po raz pierwszy katolik miał zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Wielu obawiało się wówczas, że prezydent-katolik będzie rządził Ameryką, konsultując się z… Watykanem, a w każdym razie ze swoim katolickim sumieniem. Że będzie czuł się w obowiązku egzekwować swoje katolickie zasady, do czego nie ma legitymacji prawnej. Bo nie wybrano go jako stróża moralności. On ma realizować prawo.

Oczywiście, możemy rozpocząć dysputę światopoglądową, jaki jest stosunek prawa do moralności, ale chyba nie o to Państwu w tej rozmowie chodzi. Powiem więc krótko: jestem przekonana, że moralność wielokrotnie wymaga od nas o wiele więcej, niż kiedykolwiek mogłoby wymagać od nas prawo.

Więcej na łamach listopadowego numeru „Znaku”

Zamów numer

HALINA BORTNOWSKA, publicystka, działaczka społeczna, animator grupy „Wirydarz” przeciw antysemityzmowi i ksenofobii, a także warsztatów dziennikarskich Stowarzyszenia Młodych Dziennikarzy POLIS. Przewodnicząca rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Wydała: Już – jeszcze nie. Całoroczne rekolekcje z Ludźmi Adwentu (2005). Aktualne teksty dostępne są w Internecie: www.bortnowska.pl.

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK

 

 

 


E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.