70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wielkie żarcie w oczach Petroniusza, czyli o rzymskich zbytkach w dziedzinie jedzenia i picia

Każda kolejna ustawa ograniczająca zbytek prowokowała tylko co sprytniejszych utracjuszy do znajdowania sposobów, by ją obejść. Skoro w ustawie Fanniusza zakazuje się podawania potraw z ptactwa z wyjątkiem drobiu, z tym jednak zastrzeżeniem, że kur nie wolno tuczyć, zmyślni Rzymianie zaczną tuczyć koguty.

„Nie dziw się, że choroby są tak niezliczone: policz kucharzy” – pisał w Listach Lucjusz Anneusz Seneka[1]. Zwyczaje żywieniowe Cesarstwa, osobliwie zaś powszechna w wyższych, zamożniejszych sferach, rywalizacja w ostentacyjnej rozrzutności, stały się jednym z istotniejszych powodów narzekań naszego myśliciela: „W szkołach retorów i filozofów panuje pustka. Lecz jakże ludne są za to kuchnie, ileż to młodzieży tłoczy się wokół kuchennych palenisk w domach różnych utracjuszów! (…) Na bóstwa dobre! Iluż to ludzi zatrudnia jeden brzuch!”[2].

By przyjrzeć się z bliska wystawności rzymskiej uczty (a jest na co popatrzeć), nikt nie będzie nam lepszym przewodnikiem od Gajusza Petroniusza, najwytworniejszego znawcy zbytku, noszącego dumny przydomek Elegantiae Arbiter – mistrza dobrego smaku na dworze cesarza Nerona[3]. Słynna Uczta Trymalchiona, zachowany niemal w całości fragment Petroniuszowych Satyryków, który stał się inspiracją Satyriconu Felliniego, posłuży nam oto, by choć przez chwilę zakosztować przysmaków, jakie swoim gościom – usilnie starającym się uchodzić za nobilów – serwować będzie tytułowy bohater. Skorzystamy z niej także, by niejako przy okazji, podejrzeć nie tylko to, co jedli Rzymianie, ale i jak to czynili.

O tym, że Trymalchion posiada wszystkie najgorsze cechy rzymskiego nowobogackiego, bohaterowie romansu Petroniusza przekonają się, zanim jeszcze dotrą do jadalni i ułożą wygodnie na sofach: oto podczas zabawy niewolnicy podawać mu będą wciąż nowe piłki, by nie musiał schylać się po właśnie upuszczone, Trymalchion zaś, nie zważając na gości i nie przerywając gry, ulży pęcherzowi do srebrnego nocnika a ręce, skropione wodą, wytrze starannie o głowę niewolnika. Masażyści łaziebni będą się raczyć najlepszym winem, sporą część rozlewając beztrosko po podłodze. Zanim goście wejdą do jadalni, poznają bogaty życiorys gospodarza, odmalowany na ścianach atrium. Sam Trymalchion zajmie miejsce konsularne na środkowej sofie, wbrew wszelkim zasadom gościnności, nakazującym to właśnie miejsce pozostawić najzacniejszemu spośród przybyłych. Patrycjusze rzymscy jadali bowiem w pozycjach półleżących, sadowiąc się na sofach (od trzech do dziewięciu) ustawionych w podkowę wokół stołu. Nazwa rzymskiej jadalni – triclinium – pochodzi właśnie od trzech łóżek (gr. treis kline). Na siedząco jadały kobiety (choć w bogatych domach i ta tradycja szybko wyszła z mody), służba, żołnierze, klienci rozmaitych gospód, a także obywatele niższych stanów, zamieszkujący skromne mieszkania w kamienicach czynszowych.

„Nareszcie więc zajęliśmy miejsca przy stole”, opowiada mocno zmieszany Enkolpiusz, porte-parole Petroniusza. „Niewolnicy z Aleksandrii polali nam ręce wodą chłodzoną śniegiem, a inni przystąpili do nóg i z nadzwyczajną zręcznością usunęli nam zanokcicę”[4]. Tak drobiazgowa toaleta stóp może nam dziś wydawać się przesadna, pamiętajmy jednak, że stopy te, pozbawione obuwia, wylądują zaraz na tych samych sofach, na których biesiadnicy będą się delektować kolejnymi daniami. Mycie zaś rąk, nie tylko przed, ale i wielokrotnie pomiędzy posiłkami, było zwyczajem całkiem naturalnym, zważywszy, że Rzymianie nigdy nie nauczyli się korzystać z widelców – jedzono przy pomocy łyżek i palców, przy tym do oznak dobrego wychowania należało jeść tak, by jak najmniej palce te zabrudzić. Noży zaś używali niemal wyłącznie kucharze: mięso biesiadnicy otrzymywali starannie już pokrojone.

Wróćmy jednak do jadalni Trymalchiona. Bo oto niewolnicy ustawiają na stole zakąski: „Otóż na tacy ustawiono korynckiego wyrobu osiołka z przewieszonymi przezeń workami: w nich zaś z jednej strony dźwigał on jasne oliwki, a z drugiej ciemne. Nad osiołkiem umieszczone były dwie misy. Na brzegach mis wyryte imię Trymalchiona oraz waga ich srebra. Poza tym lutowane kładki dźwigały posypane makiem i oblane miodem pieczone koszatki. Podano też stojące na srebrnym ruszcie gorące kiełbaski. Pod rusztem leżały syryjskie śliwki i pestki granatu”[5].

Koszatka to rodzaj myszy. Wraz z przekąskami wniesiono na salę samego Trymalchiona, niemniej apetycznego, zważywszy na ciężkie kilogramy złotej biżuterii, jaką był obwieszony. Podczas gdy gospodarz, dłubiąc w zębach srebrną szpilką, kontynuuje grę w kości z niewolnikami, na stole pojawia się „kura z rozpostartymi w koło skrzydłami, jak to bywa u kwok wysiadujących jaja. Zaraz też przystąpili do niej dwaj słudzy i przy hałaśliwej muzyce zaczęli grzebać w słomie wydobywając stamtąd pawie jaja i rozdając je biesiadnikom. Na ten moment widowiska zwrócił uwagę Trymalchion i powiedział: >>Przyjaciele, pod kurę kazałem podłożyć pawie jaja. I niech mnie Herkules, ale boję się, że już się zaległy<< (…). Ja rzeczywiście omal nie wyrzuciłem swego przydziału, bo wydawało mi się, że jajko już się zawiązało w kurczę. Ale gdym posłyszał, jak stary bywalec powiedział: >>Tu musi być coś dobrego<< – przeszukałem skorupkę ręką i znalazłem w niej tłuściutką muchołówkę w pieprzonym żółtku”[6].

Muchołówka to rodzaj wróbelka. Tymczasem Trymalchion proponuje gościom, zgodnie zresztą z pradawnymi regułami, rzymski aperitif: moszcz winny mocno słodzony miodem (mulsum), którym – dla zwiększenia apetytu – popijano przystawki. Następnie niewolnicy polewają dłonie zdumionych gości nie wodą lecz… winem. Trymalchion chciał w ten sposób nie tylko zaskoczyć gości swoją rozrzutnością, ale i zaanonsować wprowadzenie na salę markowych napojów. Na amforach goście znajdują napis informujący ich, że oto będą się raczyć „stuletnim falernem opimiańskim”. Co prawda w języku rzymskiego winiarstwa „stuletni” oznacza zazwyczaj po prostu dość stary rocznik, imię konsula Opimiusza wskazuje jednak wyraźnie, że napój pochodzi z 21 roku p. Ch., a więc w domniemanym czasie akcji Satyrków ma istotnie około 80 lat.

Podczas gdy goście raczą się winem, do jadalni wkraczają niewolnicy z pierwszym daniem, które wśród rozochoconych biesiadników budzi niejakie rozczarowanie: „Okrągła taca miała na sobie dwanaście biegnących dookoła znaków zodiaku, a na nich konstruktor tego dania ułożył właściwą i odpowiadającą każdemu znakowi potrawę. Na Baranie baraniokształną cieciorkę; na Byku sztukę mięsa wołowego; na Bliźniętach jądra i nerki; na Raku wieniec; na Wadze wagę, a na niej z jednej strony zwykły placek, a z drugiej placek z serem i miodem; na Niedźwiadku morską rybkę; na Strzelcu okokłujcę; na Koziorożcu langustę; na Wodniku gęś; na Rybach dwie barweny, na środku zaś leżał kawałek darni z trawą, a na niej plaster miodu”[7].

Okokłujca to kruk albo jakiś inny ptak mający w zwyczaju wydziobywanie oczu. Rozczarowanie gości tak skromnym daniem szybko ustępuje miejsca zaskoczeniu i ogólnej radości. Oto niewolnicy zdejmują tacę, a oczom zgromadzonych ukazuje się ukryty pod nią „tuczony drób i wymiona świńskie, a na środku zając zaopatrzony w skrzydła, żeby wyglądał jak Pegaz. W rogach zastawy uderzyły nas – opowiada podniecony Enkolpiusz – cztery figury Marsjasza z bukłakami, z tych zaś wypływał pieprzony sos na ryby pływające jakby w kanałach sadzawek[8]”. Czas przeznaczony na uporanie się ze świńskimi wymionami wypełnia gościom astrologiczny wykład Trymalchiona, po którym przychodzi czas na dziczyznę, znów teatralnie zaanonsowaną wpuszczeniem do jadalni psów myśliwskich. „Za nimi przyszedł półmisek, a na nim powalony pierwszej wielkości dzik, i to w czapce wyzwoleńca. Na kłach jego zawieszono dwa koszyczki uplecione z liści palmowych. Jeden wypełniono świeżymi daktylami syryjskimi, drugi suszonymi tebaidzkimi. Dokoła dzika zrobione z twardego ciasta małe warchlaki jakby dobijały się do wymion; co oznaczało, że to ma być maciora”. Niewolnik przebrany w strój myśliwski rozcina brzuch dzika. „A tu z rozcięcia tego wyleciały kwiczoły i zaczęły latać po jadalni. Ale przygotowani z góry ptasznicy z lepem na kijach w jednej chwili je wyłapali”[9].

Skąd u dzika czapka wyzwoleńca? Dzik ów miał być jednym z ostatnich dań uczty, jaka odbywała się u Trymalchiona poprzedniego dnia. Ponieważ biesiadnicy nie dali mu rady, został puszczony wolno i oto właśnie pojawił się znów na uczcie, już z nowym statusem społecznym.

Po daniu z dzika Trymalchion udał się na stronę. Wiedzeni stereotypem, który przylgnął do rzymskich uczt i libacji, spodziewamy się pewnie, że postanowił opróżnić żołądek za pomocą zręcznej manipulacji piórkiem lub palcem (nie swoim, rzecz jasna: palcem niewolnika), ale możemy być w błędzie. Zwyczaj wymiotowania podczas biesiad, choć wzmiankowany w rozmaitych źródłach, niemal zawsze dotyczy kilku zaledwie rzymskich cesarzy (Witeliusz, Klaudiusz, Neron; ten ostatni pomagał sobie lewatywami[10]); inna rzecz, że o postaciach niższego stanu w ogóle mniej wiemy – niewielu z nich ma swoje biografie. Hasło vomunt ut edant, edunt ut vomant! („wyrzygaj, by zjeść, jedz, by wyrzygać!”) raczej nie towarzyszyło kolacjom spożywanym na co dzień przez rzymskie mieszczaństwo. Sam zresztą Trymalchion nie omieszka pochwalić się gościom, co też robił na stronie. „Wybaczcie mi przyjaciele – prosi. – Od kilku już dni żołądek mi nie odpowiada. Nawet lekarze nie mogą się w tym znaleźć (…). Gdyby więc ktoś z was chciał załatwić swą potrzebę, nie ma czego się krępować. Nikt z nas nie urodził się zrośnięty. A ja uważam, że nie ma większej męczarni jak zatrzymywać. W tym jednym nawet Jowisz nie może nam zakazać. Śmiejesz się, Fortunato, ty, która masz zwyczaj w nocy przeszkadzać mi tym we śnie? Nawet w jadalni nikomu nie zabraniam zrobić sobie ulgę. Gdyby nawet przydarzyło się coś więcej, wszystko za drzwiami stoi gotowe: woda, kubły, inne drobiazgi. Wierzcie mi, wiatry uderzają na mózg i w całym ciele robią wilgoć. Wiem, że wielu tak umarło, nie dawszy sobie powiedzieć prawdy”[11].

Podobnego zdania był cesarz Klaudiusz, który specjalnym edyktem dopuścił puszczanie wiatrów przy stole i podczas zebrań Senatu[12]. Że rozmaite zgagi, wzdęcia, rozwolnienia na przemian z zatwardzeniami były prawdziwą udręką Rzymian wysokich sfer, nie trudno się domyślić już choćby po tym wyrywkowym studium Trymalchionowego menu. Bolączka ta nie uszła także uwadze Marcjalisa, który poświęcił jej taki oto epigram:

 

Na Kapitolu, w modłach zatopiony,

Głębokie bogu oddając pokłony,

Eton nie wstrzymał brzydkiego odgłosu.

Ludzie się śmieli, ale pan niebiosów,

Bardziej zgorszony niż do śmiechu skory,

Kazał mu w domu jeść przez trzy wieczory.

Odtąd nie mogąc zapomnieć o wstydzie,

Ilekroć biedak na Kapitol idzie,

Wszędzie po drodze wstępuje do latryn

I tam na zapas głośno puszcza wiatry,

A potem jeszcze, na wszelki wypadek,

Zanosząc modły – mocno ściska zadek[13].

 

Nie ma więc lepszej diety jak skromna kolacja w domu i nie ma gorszej zarazy, jak dać się zaprosić na wykwitną ucztę. W kwestii nieracjonalnego odżywania wróćmy na chwilę do naszego etatowego mentora. Pisze Seneka w cytowanym już liście: „I cóż, czy sądzisz, że owe grzyby, będące przyjemną trucizną, nie wyrządzają żadnej ukrytej szkody, choćby ich działanie nie było szybkie? Cóż? Czy mniemasz, że owe spożywane w lecie lody nie powodują odrętwienia wątroby? Jakże? Czy myślisz, że owe ostrygi, czyli tuczone błotem i najbardziej niestrawne mięso, nie wprowadzają do żołądka ciężkiego mułu? Jakże? Czy wątpisz, że ów używany przez współbiesiadników ostry sos z garum, czyli kosztowna posoka z martwych ryb, spala słonością twoje trzewia? (…) Wiedz, że to, co spożyli, nie jest w nich trawione, lecz gnije”[14]. Nieubłagane statystyki każą przyznać filozofowi rację – dość powiedzieć, że podczas wypraw wojennych Cezara bywało i tak, że skutkiem dręczących obozy zatruć pokarmowych i biegunek więcej żołnierzy dokonywało żywota w latrynach niż na polu walki.

Zbyt wcześnie jednak zaczęliśmy się troszczyć o zdrowie gości Trymalchiona, bo do końca uczty jeszcze daleko. Oto jadalnię zaczynają wypełniać aktorzy mimiczni odgrywający fragmenty poematów Homera. Sam gospodarz podejmuje się roli narratora i – mieszając Perentynów z Achajami, Agamemnona z Parysem, Dianę z Ifigenią – wprowadza gości we własną interpretację Iliady. Wszystko po to, by opowieść znalazła swój teatralno-kulinarny finał: oto homerysta przebrany za Ajasa w szale bitewnym dobywa miecza, dopada i bezlitośnie ćwiartuje swojego przeciwnika. Ów śmiertelny wróg Ajasa to dwustufuntowy gotowany cielak z hełmem na głowie, którego następnie, ku ogólnej radości, pochłaniają widzowie. „Zresztą niedługo można było podziwiać te tak wyszukane niespodzianki – ciągnie swą opowieść Enkolpiusz. – Oto nagle zaczął grzmieć sufit kasetonowy i cała jadalnia zadrżała (…). I oto sufit się rozstąpił i nagle opuściło się w dół olbrzymie koło, zdjęte najwidoczniej z jakiejś olbrzymiej kadzi, a na całym jego obwodzie wisiały złote wieńce z alabastrowymi naczyńkami z pachnącym olejkiem. Kazano nam zabrać je sobie jako podarki do domu. Tymczasem zwróciwszy oczy znów na stół… Już tam została postawiona taca z kilku plackami, a środek jej zajmował wykonany przez piekarza Priap i w dość obszernej szacie dźwigał, pospolitym zwyczajem, wszelkiego rodzaju owoce i winogrona. Z łakomstwem sięgamy rękoma do tej wspaniałej konstrukcji, a tu nagle nowa dawka zabawności zasiliła naszą wesołość: wszystkie placki i wszystkie owoce nawet przy najmniejszym nacisku i dotyku zaczęły tryskać szafranem i ostry płyn dosięgał nawet twarzy. (…) Uznawszy więc, że to danie nasiąknięte tak nabożnym składnikiem ma w sobie coś świętego, powstaliśmy z miejsc i wyprostowani wypowiedzieliśmy słowa: >>Na szczęście Augusta, ojca ojczyzny!<<. Niektórzy jednak i po tym oddaniu czci porywali owoce. Więc i my też napełniliśmy swoje serwety; ja w pierwszym rzędzie, bo uważałem, że nie ma dość bogatego podarku, by wystarczająco obciążył zanadrze Gitona”[15].

Giton to niewolnik Enkolpiusza. Było bowiem w powszechnym zwyczaju, by serwet używać nie tylko do osuszenia rąk po ablucji: pakowano w nie co lepsze kąski, które już nie mieściły się w brzuchu, by poczęstować nimi domowników i wykarmić przez kilka kolejnych dni służbę. Podczas więc, gdy nobilowie spędzali długie godziny na ucztach urządzanych przez bogatszych sąsiadów, niewolnicy kursowali tam i z powrotem zasilając spiżarnie swoich panów.

Mimo że na stole Trymalchiona wylądowały owoce, co przy naturalnym układzie rzymskiej kolacji zwiastowałoby przejście do deseru, biesiadnicy będą jeszcze raczeni kolejnymi wspaniałościami mięsnymi, które jednak w naszej opowieści pominiemy. Po deserze bowiem zazwyczaj przychodziła kolej na commisatio – eufemicznie nazwijmy je spożywaniem wina w dużych ilościach, któremu towarzyszy (na wzór greckiego sympozjonu) mniej lub bardziej uczona wymiana zdań przerywana toastami. I choć wydawałoby się, że ta ostatnia część przyjęcia, nierzadko ciągnąca się do późnych godzin nocnych, a nawet wczesnych porannych, w sposób nieunikniony musiała przybierać formę bezładnej libacji, także i tu panował pewien tradycyjny porządek, nad którym starał się zapanować przewodniczący. To on decydował o miarach, w jakich rozlewano wino do pucharów, i o kolejności ich napełniania. A napełniać trzeba je było dość często, wziąwszy pod uwagę, że wzniesienie toastu za zdrowie sąsiada wymagało wychylenia tylu pucharów, ile liter zawierały wszystkie jego imiona i przydomki!

Wystawne uczty przedstawicieli najwyższych sfer nie pozostawały w rzeczywistości rzymskiego miasta niezauważone. Przeciwnie, choć dotyczyły tylko najbogatszej elity, stanowiły poważny problem społeczny, nie tylko przez swoje gorszące oddziaływanie na stany niższe, ale nade wszystko z uwagi na przerażające samych cesarzy kwoty, jakie ich poddani topili w swoich bezdennych trzewiach, oraz na stan permanentnej nietrzeźwości urzędników państwowych. „Udają się na comitium – czytamy u Makrobiusza – bynajmniej nie w tym celu, żeby prowadzić sprawę, która do nich należała; po drodze nie ma w zaułkach jednego naczynia, którego by nie wypełnili – bo przecież pęcherz mają pełen wina. Przychodzą wreszcie na comitium, każą, by ludzie przedstawili swoje sprawy; oni przedstawiają sprawę, sędzia wzywa świadków, a sam idzie się załatwić. Kiedy wraca, twierdzi, że wszystko słyszał, żąda materiałów, przegląda pisma, ale oczy mu się same zamykają – to skutek wina. Idą na naradę. A tam słyszy się: a co ja mam wspólnego z tymi nudziarzami? Raczej pijmy już wino zmieszane z winem greckim, zjedzmy tłustego drozda i smaczną rybkę…”[16].

Trudno się zatem dziwić, że co bardziej zapobiegliwi władcy starali się opanować sytuację, wydając kolejne ustawy ograniczające zbytek. Wiemy o siedemnastu takich aktach prawnych ustalających maksymalną liczbę zaproszonych gości, a także przedstawiających długie listy potraw zakazanych lub dopuszczanych do konsumpcji tylko w wybrane dni roku. Większość ustaw, począwszy od Lex Fannia (161 p. Ch.), wyznaczało także górną granicę kosztów, jakie można było ponieść na organizację uczty. Ustawa Fanniusza mówiła tu o okrągłej sumie 100 asów, skąd wzięło się określenie centussis, do dziś pobrzmiewające w naszym rodzimym „centusiu”. Autorzy niektórych z tych ustaw (np. Lex Didia z roku 143 p. Ch.) posuwali się nawet do karania gości przyjmujących zaproszenie na zbyt wystawną ucztę lub nakazu organizowania przyjęć przy otwartych drzwiach (Lex Orchia 182 r. p. Ch.). Rzecz jasna, każda kolejna ustawa prowokowała tylko co sprytniejszych utracjuszy do znajdowania sposobów, by ją obejść. Tak więc skoro w ustawie Fanniusza zakazuje się podawania potraw z ptactwa z wyjątkiem drobiu, z tym jednak zastrzeżeniem, że kur nie wolno tuczyć, zmyślni Rzymianie zaczną tuczyć koguty, odkrywszy zarazem, że smakują wyborniej od żeńskich przedstawicielek tego gatunku[17].

Nie dajmy się jednak zwieść prześmiewczym opowieściom Petroniusza, nawet jeśli rozrzutność i brak umiarkowania w jedzeniu i piciu potwierdzają nam życiorysy cezarów (osobliwie biografia Witeliusza, jedzącego ponoć wszystko i wszędzie, dojadającego między posiłkami w najgorszych spelunkach i mającego przykry zwyczaj informowania swojej służby o spożyciu kolejnego dania donośnym bekaniem). Przeciętnie zamożny Rzymianin, choć i jego dieta daleka była od racjonalności, nie spędzał całych nocy na kolacjach i pijatykach. Wieczorny posiłek zwykłego obywatela, choć – owszem – zajmował godzinę czy dwie, był często właściwie jedynym jego posiłkiem w ciągu dnia. Rzymianie znali oczywiście śniadania (ientaculum), na które składały się zwykle chleb, sery, owoce i mleko, ale zazwyczaj nie mieli na nie czasu. Zadowalając się kilkoma łykami wody lub lekkiego wina, wyruszali do swoich obowiązków, do których należało przede wszystkim odwiedzenie z samego rana swojego patrona, następnie – jeśli mieli taką możliwość – przekąszali coś na zimno w okolicach południa (prandium – posiłek, po którym nie trzeba myć rąk) i aż do późnych godzin popołudniowych właściwie nie mieli nic ustach. Kolacja (cena) musiała utrzymać ich przy siłach do kolejnego wieczoru.


[1]              Seneka, Listy, 95, 23 (tłum. W. Kornatowski).

[2]              Tamże.

[3]              Zob. Tacyt, Roczniki, XVI, 18.

[4]              Petroniusz, Satyryki, 31 (tłum. M. Brożek).

[5]              Tamże.

[6]              Tamże 33.

[7]              Tamże, 35.

[8]              Tamże, 36.

[9]              Tamże, 40.

[10]             Zob. Swetoniusz, Żywoty Cezarów, rozdz. Neron, 20.

[11]             Petroniusz, dz. cyt. 47.

[12]             Zob. Swetoniusz, Żywoty Cezarów, rozdz. Klaudiusz, 32.

[13]             Marcjalis, Epigramy, XII 77 (tłum. S. Kołodziejczyk).

[14]             Seneka, Listy, 95, 23 (tłum. W. Kornatowski).

[15]             Petroniusz, dz. cyt., 60.

[16]             Makrobiusz, Saturnalia, III 16,14.

[17]             Zob. Lidia Winniczuk, Ludzie, zwyczaje i obyczaje starożytnej Grecji i Rzymu, s. 400. O innych ustawach ograniczających zbytek czytaj tamże, s. 395-404.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata