70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gombrowicz wieszczem?

Nie ucichły jeszcze spory wokół obecności Witolda Gombrowicza na liście lektur licealnych, choć zapewne zagłuszy je kampania parlamentarna. Jak pamiętamy, pozbyć się Gombrowicza za wszelka cenę próbował Roman Giertych.

Ryszard Legutko –  aktualny minister edukacji – przywrócił Ferdydurke, lecz podtrzymał decyzję o wykluczeniu ze spisu Trans-Atlantyku. Rozmaici politycy argumentowali, że Trans-Atlantyk wykpiwa postawy patriotyczne, szarga  świętości, a nawet promuje homoseksualizm. Ale prawdziwy powód ich abominacji jest chyba inny. Jak się wydaje, Trans-Atlantyk jest dziełem profetycznym, a Gombrowicz za jego sprawą staje się  –  nolens volens – wieszczem.  Skąd tak śmiałe przypuszczenie? Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy dziś świadkami wykluwania się z dawien dawna wyczekiwanego systemu trójpartyjnego à la polonaise, a przecież zasady jego funkcjonowania już ponad pół wieku temu wyłożył w swym dziele Witold Gombrowicz. Śmiem wręcz twierdzić, że na kartach Trans-Atlantyku znajdujemy ukryte proroctwo dotyczące nowego polskiego parlamentaryzmu.

Jak wiadomo, bohaterem Trans-Atlantyku jest Witold Gombrowicz, który znalazłszy się na emigracji bez grosza, szuka pomocy u rodaków. Swoje nadzieje wiąże z trzema wspólnikami: Baronem, Ciumkałą i Pyckalem, którzy prowadzą „Koński Psi Interes”.  Przyjaciel protagonisty chce go przedstawić właścicielom Spółki, choć wymaga to nie lada ekwilibrystyki:

…w tym sęk, żeby każdego z nich na osobności zdybać i na osobności Prywatnie się rozmówić (…)  Owoż ja bym ciebie Baronowi przedstawił, bo to człek hojny, wspaniały i łaski ci swojej nie odmówi; ale cóż kiedy Pyckal wtenczas ciebie sklnie i Baronowi cię wyzwie od Jasnej Cholery, Baron ciebie Pyckalowi ofuknie, zadmie się, z fumami na ciebie Pyckalowi wjedzie, Ciumkała zaś Baronowi, Pyckalowi ciebie okantuje, może osmaruje. Owoż w tem sęk, żeby ciebie Baronowi przeciw Pyckalowi, Pyckalowi przeciw Baronowi[1].

Mam wrażenie, że sytuacja ta pod pewnymi względami przypomina kłopot, z jakim borykają się dziś wyborcy, także szukający pomocy, nie u przedsiębiorców jednak, lecz u przyszłych senatorów i posłów. Czyż  w postaciach Barona, Ciumkały i Pyckala nie odnajdujemy znajomych rysów polityków różnej partyjnej maści? Obawiam się, że nabierająca tempa kampania wyborcza potwierdzi przypuszczenie, że Gombrowicz stworzył w Trans-Atlantyku archetyp rzeczonego systemu trójpartyjnego.

Ale oddajmy głos Wieszczowi:

…tam między nimi, jak to między Wspólnikami, dawne Zadry, Kwasy, Jady były, podobnież o Młyn jakiś, Zastawę; właśnie z tej przyczyny Pyckala, na widok rybek (…), aż zaparło „Karasie moje, karasie” wrzasnął „już ty mnie za to zapłacisz, ja ciebie z torbami puszczę”; ale Baron tylko grdyką ruszył, przełknął, kołnierza poprawił i powiada „Rejestr”. Na co odrzekł Ciumkała: „Stodoła się spaliła od ty gryki”, więc Pyckal koso spojrzał, „Woda była” mruknął i tak stali, stali, aż Ciumkała za uchem się podrapał; gdy zaś on za uchem się drapie, Baron w kostkę u nogi się poskrobał, Pyckal zasie w prawe podudzie. Powiada Baron: — Nie drap się. Mówi Pyckal: — Ja sie nie drapie. Ciumkała rzekł: — Ja sie drapałem. Rzekł Pyckal: — Ja ciebie podrapie. Mówi Baron: — A podrap, podrap, boś od tego. Mówi Pyckal: Ja ciebie drapał nie będe, niech ciebie Sekretarz podrapie. Powiada Baron: — Sekretarz mój mnie drapał będzie, jak ja mu każe. Rzekł Pyckal: — Ja twojego Sekretarza do siebie zgodzę i tobie sobie go wezme, a mnie będzie drapał, gdy zechce, bo choć ty Pan z Panów, a ja Cham z Chamów, on tobie mnie drapał będzie gdy zachce się mnie albo i nie zachce. Drapać będzie. Mówi Baron: — Kto Cham z Chamów, a kto Pan z Panów, a ty mi tego Sekretarza nie zgodzisz, ja jego sobie tobie zgodzę i mnie nie ciebie on podrapie. Zawoła Ciumkała, płaczem rzewnym, wielkim wybuchając: — O, Rety, Rety, o, co to wszystko dla siebie sobie chcecie drapać z moją krzywdą, z moją Stratą, Bidą, o, to ja jego wam sobie zgodzę, ja jego zgodzę! (…)  Zadawniona między Baronem, Pyckalem i Ciumkałą zwada w Młynie miała początek, który młyn im z eksdywizji przypadł w równym dziale; potem w karczmach trzech dzierżawnych silniej  jeszcze się rozżagwiła, a gdy Gorzelnię z propinacji na subhaście wzięto, że to na spłaty, podobnież więcej jeszcze swaru, jadu narobiono.  Funduszów rozdział prawie niepodobnym był do przeprowadzenia, bo wyrok sądu dwukrotnie a z trzech stron apelowany, w prawnym rozpatrzeniu sześćkroć odraczany, aż wreszcie z braku pisemnych dowodów do Wizji odesłany, która Wizja sprzeczność oczywistą pomiędzy pierwszym a drugim Subhasty rejestrem wykazała. Do tego zaś pozew wzajemny o Zabór Mienia, pogróżki i chęć morderstwa, Zabójstwa, a dwa pozwy o Najazd i jeden o przywłaszczenie sześciu perłowych spinek i Pierścienia… a tak to pozwy, najazdy, gwałty, swary, jady, chęć Uśmiercenia, z Mienia wyzucia, wyniszczenia, z Torbami puszczenia. Więc gdy z powodu Zabezpieczenia Subhasty interes Handlu końmi, psami, z Rejestru objętym być musiał, wszyscy trzej w równym dziale do interesu tego przystąpili, a psy, konie po ludziach skupując, z dużym zyskiem sprzedawali na Szpront lub na Ganację. Wszelako, pomimo nadzwyczaj  poważnych z tego Interesu zysków, spółka bankructwem była zagrożona, gdyż, panie, tyle tyż to Gniewów dawnych, Gwałtów, tyle użerania, żarcia wzajemnego, tyle goryczy, Kwasów, piekłowania się zaciekłego, nieustającego.

Ta zaś swarliwość nie tyle może z finansowych rozrachunków, ile z natur sprzeczności. A bo Baron jak bąk huczy, buczy i tańcuje, jak paw ogon puszy, jak sokół w górę polatuje; a Pyckal, jak byk, wrzaskiem krzykiem swojem chamskiem chamskiem się nawala; a Ciumkała gmyrze; a Baron jakby w karecie jechał, w cztery konie, rozkazy wydaje i na trąbce trąbi; a Pyckal chamstwem nadziany tylko się rozdziawia; a Ciumkała z czapką w garści, bo mu się ślimaczy; więc Baron fumami, humorami, kaprysami, fantazjami, więc Pyckal w mordę chce albo i portki zdejmuje, więc Ciumkała liże się albo i guzdrze… Owóż jeden drugiego by w łyżce wody utopił, ale w Procesów, pozwów, swarów nieustannym ciągu, w nieprzerwanem więc owem zażartem obcowaniu, tak jedno z drugiem jak bigos, jak kapusta z grochem zmieszane, zduszone, że chyba jeden bez drugiego żyć nie może, a w Syrze starym, w Bucie zadawnionym swoim, jak Palce u Nóg krzywe, straszne i ze sobą tylko! Owóż oni z sobą! Owóż między sobą! I o świecie bożym zapomnieli, ze sobą tylko, między sobą, wsobnie, a tyle im z dawnych czasów się starzyzny nazbierało, tyle to wspominków, uraz, słów rozmaitych, korków, flaszek starych, dubeltówek, puszek, szmat najprzeróżniejszych, kości, sztyftów, garnków, blaszek, puklów, że już i kto obcy, jeśli do nich przystępował, wcale nie mógł przeczuć co jemu powiedzą lub zrobią: bo korek, lub flaszka, albo słówko jakie niebacznie rzucone, zaraz im co Dawniejsze a Zapiekłe przypomina i jak kurkiem na kościele kręci. (…)

Ale, prawdę mówiąc, nie do śmiechu mnie było[2].


[1] Trans-Atlantyk, Kraków 1986, s. 15

[2] Trans-Atlantyk, Kraków 1986, s. 26, 29, 30, 31.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata