70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Raz po raz zgłaszam różnym kolegom zastrzeżenie, że nie chcę być nazywana „publicystką katolicką”. Piszę o tym w swoim blogu. Ale chyba i tutaj, w domu, w „Znaku”, warto to powtórzyć. Tu jest też miejsce na pogłębienie uzasadnienia. Najpierw był to odruch: skoro zasadność określenia „katolicka” w odniesieniu do mnie jest kwestionowana – to nie będę go używać. Potem przyszła refleksja: publicystka „katolicka” to jak demokracja „ludowa”.

Demokracja z przymiotnikiem nie jest po prostu demokracją, lecz jakimś jej prawdopodobnie poślednim gatunkiem. Ów przymiotnik to ostrzeżenie: nie spodziewajcie się akceptacji standardów demokratycznych, jakie znacie. W tej „demokracji” na przykład „socjalistycznej” standardy kształtuje to, na co wskazuje przymiotnik. Podobnie – moim zdaniem – z publicystyką. Uprawianie jej to uprawianie pewnej specyficznej sztuki. Moim zdaniem nie warto ani ubiegać się, ani godzić na przymiotnik predefiniujący i ograniczający sposób praktykowania tej sztuki czy zakres tematyczny.

Moje sumienie jest aktywne, gdy referuję, opisuję, komentuję, pytam czy wręcz coś doradzam, albo stwierdzam „co to, to nie”. Sumienie jest autonomiczne. Nie toleruje obcych wtrętów. Uczy się, wbudowuje w siebie wartości, które działają, gdy są tak wcielone.

Nie chcę być nazywana publicystką katolicką ostatecznie dlatego, że chcę myśleć i pisać, nie angażując w to żadnego zewnętrznego autorytetu. Zajmuję takie, a nie inne stanowisko nie dlatego, że Kościół tak uczy, i nie po to, by tę naukę przekazywać. Nauka Kościoła ma dla mnie znaczenie, liczy się. Widzę w niej często wielki skarb, ale jestem wyłącznie świadkiem swojego oglądu tego skarbu. Nikt za mnie nie ręczy, o porękę nie proszę.

Zresztą określenia „publicystka” może się też wyrzeknę, chyba powinnam. Bo jaka tam ze mnie „publicystka”. Kiedyś – „Znak” świadkiem – pisywałam tam artykuły. Teraz „o różnych godzinach” zapisuję kartki myślami, słownymi obrazami czegoś dostrzeżonego, wspominanego… albo czegoś, co się przyśniło. To nadal potrafię. Wyargumentowanie czegoś zgodnie z publicystycznym kanonem to przedsięwzięcie ponad siły. Jaka tam publicystka z osoby, która niewiele zdąży przeczytać, bo nie tak się słucha czytanego tekstu, jak można go szybko przebadać wzrokiem.

 

Średnia

Przypominam, bo pamiętam. W pierwszych miesiącach i latach po odzyskaniu samostanowienia, a nawet jeszcze przed 1989 w kręgach opozycji była w Polsce debata o funkcji ocen szkolnych. Pierwszy ruch był w stronę ich indywidualizacji, zastąpienia rankingu analizą możliwości i osiągnięć. „Ocena” miała się zbliżyć do „samooceny” z elementem partnerstwa wychowawcy-nauczyciela i ucznia-wychowanka. Uczestniczyłam w tej debacie jako członek zespołu, który planował utworzenie pierwszego liceum społecznego (później „Bednarska”). Takiego myślenia o ocenach nauczyła mnie Krystyna Starczewska, animatorka tej grupy nauczycieli. Było to zbieżne z moją formacją pedagogiczną i katechetyczną wywodzącą się z Instytutu Katolickiego we Wrocławiu, potem w Gietrzwałdzie.

W tym kontekście stawiałam swoje nie-pierwsze kroki w zakresie pracy instruktorsko-wychowawczej, jako katechetka w kościele i salkach parafialnych. „Nie-pierwsze”, bo przedtem było harcerstwo i ruch zuchowy. W sumie to sporo lat doświadczenia, a później – po 1989 – można do tego doliczyć pracę z dziećmi i młodzieżą w postaci animowania warsztatów dziennikarskich, „redakcję edukacyjną”  POLIS, pisma o sztuce życia publicznego (http://polis.youthpress.org).

Myślę więc, że zasługuję na wysłuchanie w kwestii ocen z religii. Będzie to mała synteza tego, co dotąd udało mi się tu i ówdzie powiedzieć czy napisać, wzbogacona o wnioski z tego, co usłyszałam od słuchaczy.

Mam nieodparte wrażenie, że walka o miejsce religii w obliczaniu „średniej” i na świadectwach maturalnych jest motywowana pragnieniem prestiżu dla przedmiotu „religia” i jego nauczycieli. Wysoki prestiż ułatwia utrzymanie frekwencji i karności, pośrednio sprzyja bardziej skutecznemu przekazywaniu  pewnej sumy informacji. Posiadaniem tej informacji można się wykazać, zdobyć punkty, wyższą ocenę, która się przyda z uwagi na liczenie się w magicznej „średniej”. O średnią trzeba dbać, myślą rodzice, a później też uczniowie, bo średnia to klucz do dalszego wykształcenia, trzeba ją osiągać, by potem otrzymywać edukację w lepszym gatunku, ewentualnie w przyjemniejszych warunkach „lepszej” szkoły. Kult „średniej”, sam w sobie godny zakwestionowania, przyczynia się do zafascynowania hierarchów udziałem ocen z religii w obliczaniu średniej.

Dorzucę jeszcze, że domyślam się, iż – jak dawniej – wielu katechetów ma trudności w utrzymaniu elementarnej karności – spokoju i porządku podczas lekcji, rzadko udaje im się skupić uwagę uczniów, wzbudzić zainteresowanie. W szkole nieradzącej sobie z dziećmi, zanudzającej je przez tyle godzin w tygodniu, tolerującej wygłupy na wielu lekcjach i przerwach nawet świetny katecheta może poczuć się bezradny. W salce kościelnej mógłby zrobić więcej. W kiepskiej szkole prestiż średniej to proteza, której używanie szybko się zdezawuuje.

Głęboki wpływ kultu średniej to brak ćwiczenia w podejmowaniu wysiłku dla realnego pożytku (zamiast radości z wiedzy czy sprawności – miejsce w rankingu). Realny pożytek to np. „umieć to zrobić”, „zrozumieć, jak to działa”, „usamodzielnić się”, „wyrazić swój wybór, możliwości czy wręcz sympatię dla mistrza, którym jest dany nauczyciel”. Wszystkie te motywy mogą i powinny działać także w obrębie katechezy. Są one nieporównanie czystsze, zdrowsze i bardziej wzniosłe od walki o wyższy szczebelek na drabinie przedwczesnej kariery.

Obrońcy udziału ocen z religii w „średniej” – a także perspektywy matury z religii – wyrażają przekonanie, że jest ona „przedmiotem jak inne”, a oceny programowo mają dotyczyć wiedzy (informacji), a nie postawy czy praktyk religijnych. Wątpię, czy tak się rzeczy mają w praktyce. Kartezjańska jasność w kwestii, o co chodzi i z czego się ocenia, to może ideał, ale raczej nieosiągalny dla uczniów i dla większości nauczycieli. Dotyczy to wielu różnych przedmiotów, jeszcze nie zamienionych w kursy przygotowania do zaliczania testów.

„Średnią ocen” w ogóle uzyskuje się przez sumowanie punktów uzyskiwanych za „osiągnięcia” niewspółmierne ze sobą. Co można przewidywać, liczyć na jakieś osiągnięcia na podstawie „średniej”? Może na przyszły sukces znów w postaci dość wysokiej „średniej”, ale to z zastrzeżeniem, że sposób pozyskiwania punktów się nie zmieni. A już w liceum będzie musiał być nieco inny, bo wzmocni się wymóg specjalizacji w zakresie pewnych przedmiotów. To się może nie udać osobom bez ukształtowanych zainteresowań.

 

*

W tym rozważaniu pominęłam ważną sprawę zróżnicowania wyznaniowego i światopoglądowego uczniów i ich rodzin. Wybrałam taką kolejność prezentacji ze względu na to, że moim zdaniem problem składników „średniej” istniałby także w szkole wręcz z definicji katolickiej lub obsługującej w praktyce wyłącznie wierzących katolików (w istnienie takich szkół jednak wątpię). Ale poważny problem równości praw uczniów oczywiście istnieje. Oburza mnie lekceważenie go z racji, iż „tych innych” jest mało! Im jest ich gdzieś mniej, tym bardziej potrzebują ochrony praw swego sumienia. Także katecheta powinien się o tę ochronę bardzo troszczyć i zwykle ma takie możliwości. Trzeba o tym pisać, mówić i tworzyć wzorce. Podczas audycji w I Programie PR usłyszałam relację słuchaczki o tym, jak szkoła jej dzieci zapewnia „bezpieczeństwo” dzieci nieuczęszczających na religię. Otóż te dzieci mają siedzieć w klasie podczas katechezy, tylko w niej nie uczestniczyć, na przykład mogą sobie rysować albo odrabiać zadania domowe. Słuchaczka słusznie, ale bezsilnie protestowała przeciw temu „praktycznemu” rozwiązaniu. Jest to przykład paradoksów, jakie wiążą się z coraz silniejszą integracją lekcji religii ze szkołą. Na początku było to raczej rozwiązanie na zasadzie „przyjaznej autonomii” promowanej w Konstytucji. Parafia organizuje katechezę, korzystając z budynku szkolnego i uzgadniając plany zajęć szkolnych i parafialnych. Nie wykluczało to także pożytecznej współpracy katechety z pedagogiem szkolnym i gronem nauczycielskim. Teraz słyszę, że religia jest w szkole przedmiotem jak inne!

Reasumując: myślę, że to nie jest dobre dla życia religijnego, dla Kościołów, dla dzieci i młodzieży, dla katechetów.

*

O lekcjach etyki, ich statusie – innym razem. Sprawy się wiążą, ale nie utożsamiają. Zaznaczę tu tylko – bez ironii – że mój szacunek wzbudziła wypowiedź min. Legutki deklarującego troskę o to, by lekcje etyki odbywały się naprawdę. To chwalebne, choć niepokoję się, czy nie chodzi głównie o to, by i z tego „przedmiotu jak inne” też wystawiać oceny!

Sen

Idę ulicą Rakowiecką zamierzając skręcić w Aleje Niepodległości. Minąwszy więzienie, nagle widzę otwierającą się starą uliczkę. Nie, to nie „ulica Niepodległości”, to zaułek z tabliczką po polsku i po niemiecku „Na ślepym torze”. Zagłębiam się w tę osobną, coraz bardziej osobną przestrzeń, w coraz węższy korytarz między starymi niewysokimi kamieniczkami. Żadnej przecznicy, żadnego przejścia ku Alejom Niepodległości, które są przecież tu zaraz, blisko. Może da się przejść przez tę kamieniczkę jakby gotycką, z czerwonej cegły. Wydaje się zamieszkała, nie tak opuszczona jak inne. Rzeczywiście, ktoś stoi zaraz za progiem. Starsza pani prowadząca wypożyczalnię książek, w okładkach z brunatnego papieru. Pytam o przejście. Jest: za tą szafą, którą się odsuwa. Szafa, wysoka niemal do sufitu, rusza z posad ze strasznym hałasem. Zza jej gzymsu spada stara torba z czerwonymi paskami do dźwigania.

– Tak, tak – mówi bibliotekarka – te książki tu się kurzą, czekając na ciebie. Już dawno są przekazane przez samą Panią Profesor.

Skądś wiem, że ta pani (kto?) już nie żyje.

„Bierz to i idź” – mówi bibliotekarka. I już stoję u wejścia do metra „Racławicka”. Jeszcze tylko zaglądam do torby – zamek daje się odciągnąć. Jedna bardzo gruba książka, kilka cieńszych, pożółkłych, bez okładek.

Aktualność

Niejedna jest aktualność. Różne daty ważności jawią się na wieczku pojemnika z wiadomościami (to samo dotyczy „puszek z pandorą”).  W tym miejscu, o różnych godzinach, chwytam w sieć słów rozmaite „rybki”, przebieram – te do blogu, bo jutro już mogą być nie dość świeże. A te da się uwędzić, zakonserwować w oleju refleksji.

Dzisiejsza sytuacja, trzęsienia światów politycznych, fal tsunami, zaćmień nie tylko księżyca… Bezsilnie dumam nad połowem. Za dużo i nie wiadomo co. Nadmiar dziwnych mutantów, żywych, a nadgniłych.

Należałoby pisać o wyborach, bo może będą w sam raz wtedy, gdy ten sygnał dotrze… ale trudno jeszcze o nich myśleć (31 sierpnia). Sięgam więc po teksty dawne, stwierdziwszy, że nie zwietrzały. A co do wyborów, jeśli będą, jedna rada: moim zdaniem warto, jak to mówią, „marnować” swój głos na kandydata z sensem, choćby szanse miał małe.

 

Z dawnych tekstów

Myśląc o tym wszystkim…

Związek „N”

Słyszałam, że ktoś niedawno założył Związek Zawodowy „N” czyli NORMALNOŚĆ. Domyślam się, że musi to być związek niezależny i samorządny, bo to wydaje się normalności warunkiem koniecznym.

Jednakże wychodząc spod komunizmu, widzimy bardzo wyraźnie, że to, co konieczne, samo jeszcze nie wystarcza – mnożą się bowiem nienormalności, rozkwitając na własną rękę, przez nikogo nie narzucane, pozornie samorodne, w istocie odziedziczone po systemie w zasadzie minionym. System ten zostawił w nas swoje przetrwalniki, swój smoczy posiew. Mimo całego oporu i wstrętu byliśmy z dnia na dzień programowani przez system, który nas otaczał.

Te programy, te utarte modele działań, są tym, co mamy do dyspozycji, gdy się do czegoś wreszcie i nareszcie zabieramy.

Nie będzie więc łatwo rozwinąć związku „N” w sposób godny jego nazwy. Może więc jako obywatele powinniśmy w porę prawnie zastrzec użycie rzeczownika „normalność”, a może i przymiotnika „normalny” – myślę o zastrzeżeniu dla języka potocznego vel ojczystego; tego, którym wszyscy mówimy.

Potężny związek „S” nie uczynił Polski solidarną, raczej uczestniczył w istniejącej w ludziach solidarności i przyjął za nią odpowiedzialność. Z tej odpowiedzialności trzeba go rozliczać. Związek „N” sam nas nie unormalni. Miejmy nadzieję, że znajdzie dość normalnych członków. …

[po prostu 37/1990]

 

Program i ludzie

Moja mądra krakowska przyjaciółka, jeszcze odprowadzając mnie do windy, powtarzała ostrzegawczym tonem: – Tylko pamiętaj, że w polityce musi chodzić o program; o program, nie o osoby.

Wszyscy ludzie szlachetni pragną, aby polityka przestała być grą wokół osób, wokół tak zwanych liderów; aby się skupiła na propozycjach, co robić.

Podejrzewam, że w założeniu miałoby to politykę oczyścić, uwolnić ją od prywaty. Choć się z tym zgadzam, to jednak myśląc o tym wszystkim, dochodzę do kilku zastrzeżeń.

Po pierwsze: dość często bywają konstruowane programy wewnętrznie brudne, skażone zamierzoną pozoracją, odwołujące się do motywacji niskich, podłych lub ciasnych. Gra polityczna operująca programami wcale nie jest koniecznie czysta ani bardziej czytelna niż stawianie na osobowości.

Chyba łatwiej zakłamać program niż człowieka – pod warunkiem, że ten człowiek jest w życiu politycznym obecny na tyle długo, by musiało wyjść na jaw, o co mu naprawdę chodzi. Na przykład Jacek Kuroń jako osoba jest z pewnością bardziej czytelny od jakiegokolwiek programu, jaki zdołałby napisać czy to on sam, czy ROAD jako partia. Podobnie się rzecz ma np. z Leszkiem Balcerowiczem.

Kilka osób tej skali znakomicie wyznacza płaszczyznę polityczną i horyzont prawdopodobnych działań. Prawdopodobnych! Bo tu natrafiamy na szkopuł drugi.

W światach ustabilizowanych gra programów ma skalę ograniczoną. Mało też kogo fascynuje. Programy normalnej działalności to indeksy trwałych tendencji i ustalonych priorytetów. Łatwo wybrać.

U nas wciąż idzie o wszystko i nic się nie da przewidzieć. Wobec tego pisanie programów wymaga oderwania od rzeczywistości i takiego gdybania, do jakiego poważni ludzie nie są skłonni. W tej sytuacji jedni składają obietnice, których nie będą mogli spełnić, drudzy zapewniają tylko, że zrobią, co się da.

Niestety, programy w oderwaniu od ludzi mają sens prawie dowolny. A w powiązaniu z nimi?

[po prostu 5/1991]

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata