|

TEMAT MIESIĄCA:
Stare herezje w dzisiejszym Kościele
Rewolucja cielesności (fragment)
TOMASZ P. TERLIKOWSKI
Chrześcijanie starają się o zbawienie duszy,
doskonalą życie duchowe i zmierzają do uduchowienia
całego życia. Problem tylko w tym, że tak
pojmowana duchowość niewiele ma wspólnego
z chrześcijaństwem, które akcentuje, że celem
ludzkiego życia nie jest trwanie w stanie czystego
ducha, ale zmartwychwstanie ciał.
Manicheizm, choć ostatecznie został wytępiony już w średniowieczu,
a jego ostatnich oficjalnych reprezentantów wymordowano
podczas kolejnych krucjat organizowanych przeciwko katarom, pozostaje
wciąż żywy w myśleniu, działaniu i teologii katolickiej. Wrogość
wobec cielesności (ze szczególnym uwzględnieniem seksualności),
wiara w istnienie dwóch stanów życia (duchownego i świeckiego),
apoteoza czystej duchowości – pozostają istotnymi elementami
kaznodziejstwa, nauczania duchowego, a nawet rozmaitych nurtów
teologicznych i filozoficznych. To przeciwko nim skierowane zostało
nauczanie Jana Pawła II zawarte w „Katechezach o małżeństwie”,
które George Weigel uznał za bombę, która odmieni oblicze Kościoła.
I wcale nie chodzi tu tylko o zmianę podejścia do cielesności, ale
o totalną przemianę (a może dokładniej: odkrycie tego, co w Piśmie Świętym zawarte było od zawsze, ale nie miał tego kto odczytać) tak
pewnych aspektów eklezjologii, jak i antropologii. Bomba ta jednak
wciąż jeszcze nie wybuchła, a manichejskie (albo ujmując rzecz szerzej:
helleńskie) myślenie nadal oddziałuje na myślenie i duchowość
tak małżonków, jak i celibatariuszy. Dopiero taka rewolucja odkrytej
i zrozumianej cielesności i seksualności może przywrócić myśli
chrześcijańskiej jej żydowskie, judaistyczne korzenie, z ich akcentowaniem
jedności, cielesności i codzienności. Korzenie, które zostały
odrzucone pod wpływem nie tylko manicheizmu, ale także wrogiej
wobec cielesności myśli greckiej, ze szczególnym uwzględnieniem
neoplatonizmu.
Brak jedności
Istotą manicheizmu, o czym nie można zapominać, pozostaje jednak
wcale nie odrzucenie cielesności, ale przyjęcie umiarkowanego
lub radykalnego dualizmu ontycznego. Zdaniem owych dualizmów,
świat dzieli się na dwie sprzeczne ze sobą zasady: „jedną dobrą, którą
nazywają Bogiem, a drugą złą, która nie jest dziełem Boga” (by posłużyć
się cytatem z pism św. Augustyna). Obie te siły znajdują się
w konflikcie ze sobą. Celem manicheizmu jest zaś ich ostateczny
podział, „powrót do pierwotnego rozdziału między Światłem a Ciemnością”. To przeciwstawienie niekoniecznie musi oznaczać sprzeczność
między tym, co duchowe, a tym, co materialne. Materia (jako
zasada, a nie jako to, co widzialne) nie przez wszystkich musi być
uznawana za zasadę zła. Nie ulega jednak wątpliwości, że za z natury
zły uznawany był już świat widzialny. Tym, co naprawdę stworzone
jest przez Boga (a zatem może zostać uznane za dobre), są
bowiem wyłącznie byty duchowe, wszystko zaś to, co zmienne, podlegające
zniszczeniu, przemijaniu i zepsuciu, uznawane jest za owoc
działalności „złego stworzyciela”.
Bóg stworzył tylko duchy i to, co nie może ulec zepsuciu ani zniszczeniu,
gdyż dzieła Boże trwają wiecznie; zaś wszystkie rzeczy widzialne lub wyczuwalne,
takie jak niebo i ziemia i wszystko, co się tam znajduje, z wyjątkiem samych
tylko duchów, są dziełem diabła
– wyjaśnia poglądy średniowiecznych już katarów Jean Duvernoy.
Między tymi dwiema siłami – w człowieku unaocznia je cielesność
pochodząca od diabła i duchowość będąca cząstką boskości – toczy
się nieustający konflikt. Jego celem jest oddzielenie tego, co święte,
od tego, co takim zdecydowanie nie jest, czyli ducha od cielesności,
uwolnienie cząsteczek Boga uwięzionych w materialności i powrót
do stanu niezmiennej świętości.
Tak sformułowaną naukę (bo katarzy nie dodali do jej istoty nic,
czego nie mówiłby już Mani) św. Augustyn uznaje za największą
z możliwych herezji. I trudno tej opinii nie podzielać. Jeśli bowiem
starożytni i średniowieczni manichejczycy mają rację – to rozdarciu
ulega nie tylko więź między Starym a Nowym Testamentem, ale także
więź między ludzką a Boską naturą Jezusa Chrystusa. Bóg-człowiek
istnieć nie może, bowiem wcielenie oznaczałoby w istocie wstąpienie
w zło, utożsamienie się z nim, a to jest całkowicie niemożliwe.
Destrukcji zatem w takiej sytuacji podlega centralne przekonanie
chrześcijaństwa o tym, że Bóg stał się człowiekiem, podlegającym
zmienności, zniszczeniu i czasowi. Niemożliwe staje się również
wniesienie człowieczeństwa do niezmiennej natury Trójcy Świętej,
jego przebóstwienie w osobie Jezusa Chrystusa, który po wniebowstąpieniu
z ludzką duszą i ciałem zasiada po prawicy Ojca. Jezus
pozostaje – w takim rozumieniu chrześcijaństwa, jakie właściwe jest
rozmaitym nurtom manicheizmu – wyłącznie prorokiem, który ma
wyprowadzić zagubione dusze na spotkanie z Ojcem, a człowiek
ograniczony zostaje tylko do duchowości.
Więcej na łamach październikowego numeru „Znaku”
Zamów numer
TOMASZ P. TERLIKOWSKI, dr filozofii, tłumacz, publicysta
„Rzeczpospolitej”. Ostatnio ukazała
się jego książka Tora między
życiem a śmiercią. Bioetyki
żydowskie w dialogu (2007).
POCZĄTEK STRONY |