|

TEMATY I REFLEKSJE
Nietzsche ochrzczony?
(fragment)
Z KRZYSZTOFEM MICHALSKIM rozmawiają
Tadeusz Gadacz, Piotr Graczyk i Paweł Kłoczowski
PIOTR GRACZYK: W książce Płomień wieczności. Eseje o myślach
Fryderyka Nietzschego Krzysztof Michalski stawia tezę, że twórczość
Nietzschego nie jest radykalizacją Oświecenia ani też wyrazem
skrajnego ateizmu, wręcz przeciwnie – Nietzsche jest w interpretacji
Michalskiego jednym z wielkich europejskich myślicieli religijnych.
Można nawet zaryzykować twierdzenie, że jest on sui generis prorokiem,
który pod wpływem religijnego natchnienia i z inspiracji Ducha
Ożywiciela potępia doczesność, jej zajęcia i rozrywki (a zwłaszcza
naukę czy szerzej – WIEDZĘ, to wszystko, co pozwala nam orientować
się w świecie), i głosi powołanie i przynależność człowieka do
WIECZNOŚCI. Ale Nietzsche jest w tym szeregu europejskich myślicieli
religijnych postacią o tyle szczególną i w jakiś sposób wyjątkową,
że jego pisma mają tę tradycję ostatecznie przewartościować
i niejako odsiać ziarno od plew, ukazując zarazem nieuchronną dwuznaczność
języka religijnego.
A zatem: z jednej strony Nietzsche jest antyoświeceniowy, bo pokazuje,
że język, który nie zawiera odniesienia do religii, którego nie ożywiają religijne metafory, jest wyprany z sensu, jałowy. Z drugiej
strony podejmowane przez Nietzschego wielkie metafory, konstytuujące
europejską, czyli przede wszystkim judeochrześcijańską tradycję
religijną, są według niego dwuznaczne i tej dwuznaczności nie da
się z nich wyplenić – odsyłają one mianowicie zawsze albo do WIEDZY,
albo do ŻYCIA. Inaczej to ujmując: Bóg z jednej strony jest
zapchajdziurą naszej WIEDZY, czyli czymś, co wypełnia luki i leczy
niespójności we wszystkim, co wiemy o świecie i o sobie; co pozwala
nam dzięki temu lepiej funkcjonować w doczesności. Ale z drugiej
strony Bóg może być też tym, co wszelką ludzką wiedzę podminowuje
i rozdziera, wystawiając człowieka na pastwę wieczności – Bóg
w tym sensie jest samym tchnieniem ŻYCIA. W tym pierwszym znaczeniu
Bóg jest martwy niejako z założenia; to, co Nietzsche nazywa
„śmiercią Boga”, jest tylko opisem sposobu Jego funkcjonowania
w społeczeństwie (czyli „nihilizmu”), zarówno
w czasach triumfu, jak i spadku znaczenia tak
pojmowanej boskości (niekoniecznie chodzi tu
o „Boga filozofów”, tylko po prostu o Boga,
który ma stanowić gwarancję ciągłości czy spójności
ludzkiego życia). Bóg w tym drugim sensie
jest natomiast samym ŻYCIEM i nigdy
umrzeć nie może, bo jest nieusuwalnym biegunem
ludzkiego doświadczenia, polegającego na
oscylowaniu pomiędzy doczesnością a wiecznością.
W ten sposób Nietzsche poddaje tradycję
religijną swoistej próbie, testowi „śmierci Boga”. Powiedzieć
można: poddaje ją „redukcji nietzscheańskiej”, która ma pokazać,
co w religijności europejskiej jest martwe, a co żywe. Moje pytanie
brzmi: czy w takiej „redukcji nietzscheańskiej” coś ważnego dla chrześcijaństwa
(a z drugiej strony – może i dla Oświecenia) się nie zatraca?
Jaki jest bilans zysków i strat przy tego rodzaju redukcji?
TADEUSZ GADACZ: Mam z tym kłopot, bo w ciągu lat narosło tu
wiele nieporozumień. Z jednej strony mamy radykalnie apologetyczne
chrześcijańskie interpretacje Nietzschego jako Antychrysta. Szczególnie
myślę tutaj o tradycji katolickiej, broniącej się przed Nietzschem jako przed – dosłownie – Antychrystem, który zabija Boga. Z drugiej
strony istnieje tradycja, która próbuje pokazać, że Nietzsche właściwie
prezentuje nam pewną radykalnie nową wizję
chrześcijaństwa. Wreszcie jest taka tradycja,
która broni się przed dwiema skrajnościami.
Należał do niej Tischner, który mówił, że Nietzsche
przygotował czyściec, przez który musi
przejść każda autentyczna religia.
Kiedy patrzę z kolei na recepcję Nietzschego w filozofii XX wieku,
to sądzę, że jest ona bardzo silna, ale dwojaka. Z jednej strony
taka, jaką wyznaczają nazwiska Rosenzweiga, Ricoeura czy mało znanego
Lavelle’a, twórcy spirytualizmu francuskiego, który po Bergsonie,
jeszcze przed wojną, napisał bardzo piękny tekst o woli mocy
u Nietzschego, wskazując na inny jej wymiar, nazwany przezeń „wolą
szczerości” (to znaczy, że Nietzsche przez krytykę chrześcijaństwa, koncepcji
„świętego”, platonizmu itd. szuka jednak jakiegoś autentycznego
doznania religii). Inna możliwość to włączenie Nietzschego do pewnego
projektu, który ma na celu dekonstrukcję kartezjańskiego podmiotu,
pewności naszego bycia w świecie. Tak czyni Ricoeur, który
mówi: nietzscheańskie cogito rozbite jest antidotum na kartezjańskie
cogito wyniesione, ale nie można na tym poprzestać, bo z takiej kuracji
podmiot wychodzi poraniony. A zatem musimy się zachowywać
tak, jakby prawda była możliwa. Ale też mamy tę powojenną recepcję,
która jednak poprzestaje na cogito rozbitym. Ona głosi: żyjemy w świecie
rozbitym i przestańmy się łudzić, że cokolwiek poza tym rozbiciem
jest sensowne czy możliwe. I tutaj przyznam, że mam kłopot, który
polega na tym, iż w książce Krzysztofa Michalskiego z jednej strony
powiada się, że Bóg jest nazwą porządku świata, który musimy przekształcić,
bo nie ma on już sensu, świat nie ma celu i nie możemy mieć
nadziei na jakąkolwiek prawdę (nawet jako ideę regulatywną). A z drugiej
strony pojawiają się sformułowania dowodzące, że jednak nie da
się nihilizmu pomyśleć bez jakiegoś poszukiwania prawdy. Takiej dialektyki,
takiego rozdarcia jest mnóstwo w tej książce.
Kolejny mój problem wiąże się z Pascalem. Przyznam się, że Pascal
jest mi szczególnie bliski. Dlaczego? Ze względu na pewnego rodzaju
dialektykę. Nietzsche to budziciel ze snu do prawdziwego życia. On pokazał, całkowicie słusznie, że właściwie chodziliśmy cały czas
po niebie, i to fałszywie rozumianym. Ale co zaproponował? Czy
nie zaproponował chodzenia tylko po ziemi? Natomiast Pascal jest
tym, który mówi, że musimy chodzić jedną nogą po ziemi, a drugą
po niebie. Jeśli chodzimy tylko po ziemi, to grozi nam rozpacz, a jeśli
tylko po niebie, to grozi nam pycha – wtedy właściwie zapominamy
o świecie.
PAWEŁ KŁOCZOWSKI: Trochę inaczej widzę główną intencję tej
książki. Wydaje mi się, że to nie jest książka o Nietzschem – Nietzsche
pełni w niej tylko pewną rolę. Krzysztof
Michalski wychodzi od podstawowej konstatacji,
którą dzieli z Miłoszem – autorem Ziemi
Ulro – mówiącej o erozji wyobraźni religijnej.
Michalski pyta, czy w takiej sytuacji Nietzsche
może nam pomoc w ożywieniu wyobraźni religijnej.
To jest główny temat książki. To znaczy: czy Nietzsche przez
swój język, przez swoje prowokacje, pozwoli nam spojrzeć na chrześcijaństwo
od jakiejś innej, nowej strony, bo przecież ono, jak wąż,
stale się odnawia, stale zmienia skórę? Książka pisana jest na pewno
w stylu Nietzschego, to znaczy w stylu pewnej hipotezy, eksperymentu
myślowego. Jej pytanie brzmi: czy Nietzsche może nam pomóc
w odnowieniu chrześcijaństwa, czy pozwoli na zmianę jego skóry,
na jej odnowienie?
Łatwo wyobrazić sobie, że na przykład w Ameryce, kiedy ta książka
wyjdzie, natychmiast pojawią się recenzje nietzscheanistów postmodernistycznych,
idących po linii Foucaulta czy Deleuze’a, którzy
powiedzą: „Och, ci polscy katolicy, wszystko potrafią zasymilować,
nawet Nietzschego przekabacą na swoją stronę, jak tak można przekręcać
Nietzschego, przecież my wiemy, kim był Nietzsche...”. Można
powiedzieć tak: to jest książka, która próbuje asymilować. A każda
asymilacja jest selekcją, to znaczy – coś się odrzuca, coś się przyswaja.
Pytanie brzmi: czy jest tak, że Michalski przyswaja za dużo, a odrzuca
za mało? Tak bym ten swój kłopot widział. Bo tak jest z zawsze
z wielkim autorem – każdy ma jakiegoś swojego Nietzschego
i dopasowuje go do innych…
KRZYSZTOF MICHALSKI: Czego za dużo, a czego za mało?
PAWEŁ KŁOCZOWSKI: Powtórzyłbym za Schlechtą znane rozróżnienie
na Nietzschego diagnostę i Nietzschego terapeutę. Niewątpliwie
genialna jest diagnoza tego, co się dzieje z cywilizacją
europejską, diagnoza, która polega na konstatacji, że grozi nam
nihilizm – ale czy jego terapia rzeczywiście leczy, czy też może pogłębia
ten nihilizm?
KRZYSZTOF MICHALSKI: Zacznę może od tego, co Tadeusz Gadacz
powiedział o Kartezjuszu i jego relacji z Nietzschem. Pierwszy
z nich funkcjonuje jako filozof cogito, to znaczy jako ktoś, kto uważa,
że gdzieś w głębi naszego życia umysłowego bije źródło znaczeniowe
słowa „ja”, że filozofia polega na poszukiwaniu tego źródła
i że, ponad wszelką wątpliwość, można je gdzieś znaleźć. Tymczasem
Nietzsche był jednym z tych myślicieli, który uważali, że nie ma
takiego jednego źródła, że jest ich bardzo wiele. Jak się znajdzie jedno
źródło znaczenia słowa „ja” – a więc odpowiedź na pytanie: „kim
jestem?” – to obok będzie inne, jeszcze dalej następne, krótko mówiąc:
to rzeka, która wypływa z różnych źródeł, z których żadne nie
jest pierwsze ani ostateczne. Odpowiedź na pytanie „kim jestem?”
pada w trakcie mojego życia, na każdym jego kroku. W tym sensie
Nietzsche jest „antykartezjański”. Ale można czytać Kartezjusza także
inaczej: poszukując – jego śladami – w swojej świadomości ostatecznego
znaczenia słowa „ja”, natrafiam przecież na coś, co mnie
przerasta, mianowicie na obecność Boga. Dopiero dzięki temu moja
świadomość może naprawdę stać się świadomością, podmiotem wiedzy,
podmiotem życia, jakimś „ja”. Jako zawierająca coś, co ją przerasta,
co się w niej nie mieści, świadomość jest zatem, nieodwołalnie,
pęknięta, rozbita – i tylko o tyle jest świadomością. Obecność
Boga w świadomości ludzkiej rozsadza ją od wewnątrz (argumentuje
Kartezjusz) – i tym samym umożliwia. A zatem nie jest to jakaś
solidna, nieskończona struktura, niewzruszony fundament mojej
wiedzy. To jest myśl bliska tego, co myślę o Nietzschem: poszukiwanie
sensu nie jest tu poszukiwaniem jakiejś struktury ostatecznej, która
ten sens uprawomocni i wytłumaczy jego genezę; to nie na tym polega racjonalność. Racjonalność jest nieustannie ponawianą próbą
uchwycenia sensu (nieustanną, bo nigdy do końca udaną), krótko
mówiąc: to jest jakiś dynamizm, a nie statyka. A jeśli tak jest, to nie
ma sprzeczności między przekonaniem Nietzschego,
że próżne jest poszukiwanie ostatecznego
celu, wszechobejmującej całości czy prawdy
kryjącej się za zjawiskami, a przekonaniem,
że bez tego poszukiwania się nie obejdziemy.
To jedna z moich głównych tez: że myśl Nietzschego jest próbą
wydobycia na jaw napięcia, koniecznego i niezrozumiałego (bo nie
da się ująć w żadną logikę czy dialektykę), między WIEDZĄ a ŻYCIEM.
To nie napięcie między dwiema różnymi rzeczami: to raczej
wewnętrzne napięcie WIEDZY, napięcie, które ją konstytuuje. Czy
inaczej: nie mamy żadnych innych instrumentów do zrozumienia
tego napięcia, jak tylko pojęcia, samą wiedzę. „Wiedza” w tym kontekście
wpisana jest w to, co robimy, to niekoniecznie tylko to, co
myślimy; pojęcie to jest struktura organizująca moje zachowanie, a nie
tylko moje myśli. W związku z tym można powiedzieć, że napięcie,
o jakim mowa, jest wewnętrznym napięciem ludzkiej kondycji. Wewnętrznym
napięciem, którego nie da się w żadnym sensie ująć do
końca w pojęcia, a więc i zwerbalizować. Tę uwagę kieruję do Piotra
Graczyka.
A teraz kilka słów o nihilizmie, o którym wspomniał Paweł Kłoczowski.
Owszem, Nietzsche pisze o nihilizmie z emocją, z oburzeniem.
To nieprzypadkowe. Ale „nihilizm” to nie jest coś jedynie negatywnego,
nihilizm jest także pozytywny, twórczy. Nihilizmu nie można
PRZEZWYCIĘŻYĆ, tylko można go PRZEZWYCIĘŻAĆ. To
prawda, nihilizm jest pewnego rodzaju patologią – ale ta patologia
konstytuuje ludzką kondycję. Czyni nas ludźmi. Ta patologia, ten nihilizm,
to właśnie wewnętrzne napięcie naszego życia, napięcie między
pojęciami a życiem, które w sposób nieuchwytny się w nich kryje.
Można to powiedzieć także inaczej: tożsamość, każda tożsamość,
jest zawsze pęknięta. „Nihilizm” wpisany jest w każde pojęcie z osobna,
a nie jest tylko tym, co przydarza się niektórym pojęciom.
Inicjacją refleksji jest dla Nietzschego z pewnością oburzenie na
świat, jaki jest: ten świat jest nie do wytrzymania, człowiek tu nie pasuje. Gdy to się czyta, w pierwszym odruchu przyjmuje się, że to
jest krytyka: że Nietzsche by chciał, żeby tego nie było, żeby to usunąć.
Ale Nietzsche to nie Hegel: zrozumienie konieczności nie prowadzi
tu do pogodzenia się. Oburzenia, wstrętu – świadomości, że
ten świat jest nie do wytrzymania – nie wyeliminujemy z rozumienia
świata. Zrozumienie świata jest zarazem próbą jego zmiany, jedno
nie da się oddzielić od drugiego; ten wysiłek nigdy się nie skończy,
to on definiuje sens ludzkiego życia. Dlatego właśnie nie zgodziłbym
się z tym, co powiedział Tadeusz Gadacz na temat tego dialektycznego
napięcia między negacją ostatecznego celu z jednej strony
a z drugiej strony koniecznością poszukiwania prawdy bądź stabilności
czy roszczeniem do uniwersalności pojęć, od którego nie możemy
się uwolnić.
Jeszcze może o tym, co mówił Paweł Kłoczowski na temat przezwyciężenia
nihilizmu – że Nietzsche pogłębia go, zamiast przezwyciężyć.
Tak, pogłębia i nie chce przezwyciężyć. Chce przezwyciężyć
w każdym z osobna przypadku, ale nie w ogóle. Bo to choroba stanowiąca
sens ludzkiej kondycji. Nie proponuje on żadnej uniwersalnej
recepty na nihilizm. To byłby nonsens. Nie proponuje żadnej filozofii
historii. Zarzut Schlechty: „diagnoza – tak, terapia – nie”, jest nietrafny.
Nie ma żadnej uniwersalnej terapii w rodzaju heglowskiej czy
marksowskiej. Taka terapia nie jest możliwa, to kwadratowe koło.
Każdy musi sam sobie znaleźć swoją terapię. To nie może być żaden
uniwersalny program. I to jest jedna z najważniejszych myśli Nietzschego:
filozofia nie daje programu politycznego, społecznego czy
moralnego nawet. Filozofia jest o czymś, co to wszystko przerasta, co
jest poza dobrem i złem. To, jak sądzę, bardzo religijny motyw.
Więcej na łamach październikowego numeru „Znaku”
Zamów numer
TADEUSZ GADACZ, filozof, dr hab., wicedyrektor Instytutu Filozofii
i Socjologii PAN. Wydał m.in.: O umiejętności życia (2004).
PIOTR GRACZYK, dr filozofii, tłumacz.
PAWEŁ KŁOCZOWSKI, dr filozofii, historyk idei. Wydał m.in. Dziedzictwo
greckie we współczesnej filozofii politycznej (2004).
KRZYSZTOF MICHALSKI, filozof, prof. dr hab., dyrektor Instytutu
Nauk o Człowieku w Wiedniu. Ostatnio wydał: Płomień wieczności.
Eseje o myślach Fryderyka Nietzschego (2007).
POCZĄTEK STRONY |