70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie wierzę w szkolną katechezę

Zdaję sobie sprawę, że usunięcie religii ze szkół dla wielu oznaczałoby pośmiertny tryumf propagandy komunistycznej. Ale też wierzę głęboko, że musi wreszcie przyjść czas, kiedy nasze myślenie zdoła wywikłać się z politycznych kołtunów i kiedy będziemy zdolni na chłodno spojrzeć na rzeczywistość polskiej szkoły i polskiej religii, i postawić sobie kilka pytań, których dotąd wstydliwie unikaliśmy.

Kiedy przysłuchuję się sporom o ocenę z religii na świadectwie szkolnym odnoszę silne wrażenie, że oto – z dobrej woli, ze słusznych i zacnych pobudek – zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Słucham oto argumentów przeciwnych ocenianiu tak subtelnej i nie do końca mierzalnej wartości, jaką jest religijność, lub nawet samo zaangażowanie w sprawy wiary, słucham i – ogólnie rzecz biorąc – zgadzam się. Słucham następnie argumentów drugiej strony (katecheza jako przedmiot nieoceniany lub oceniany bez negatywnych konsekwencji, staje się przedmiotem niepoważnym) i zgadzam się z nimi równie chętnie. Mam przy tym nieco próżne przekonanie, że moje koncyliarne stanowisko, a właściwie jego brak, nie bierze się z lenistwa intelektualnego, ale że wyrasta z sytuacji, która sama w sobie zawiera niedającą się przezwyciężyć sprzeczność. Tą sprzecznością jest obecność katechezy w szkole.

Nader rzadko powracamy dziś do tego tematu. Nader niechętnie wraca do dyskusji nad obecnością religii w szkole duchowieństwo. Powody są ku temu przeróżne: od politycznych po finansowe. Powrót religii do szkół był w roku 90 tryumfalnym symbolem zmiany ustrojowej, symbolem zwycięstwa nad szkołą zideologizowaną. Wtedy, po Okrągłym Stole, sprzeciwiać mu się mogli przede wszystkim „wrogowie Kościoła”. Głos kilku jego „obrońców”, zadających ważne pytanie, czy to na pewno dobry pomysł, nie był zbyt dobrze słyszany. Dziś, po siedemnastu latach szkolnej katechezy w III Rzeczypospolitej, warto to pytanie postawić na nowo: czy to był na pewno dobry pomysł? Czy ten pomysł sprawdził się w nowej polskiej rzeczywistości? Nie będę się rozpisywał o innych powodach, dla których dziś Kościół hierarchiczny nie powraca do tego tematu, ponieważ są dość przyziemne: wynajem sal katechetycznych (dziś często odnajmują je od parafii prywatne szkoły wyższe, szkoły policealne itp.), pensje nauczycielskie dla wikarych – to wszystko ważny i potrzebny Kościołowi zastrzyk gotówki, dzięki któremu powstają nowe świątynie i domy rekolekcyjne. A wszystko to za cenę, którą chętnie i z wielkimi nadziejami zgodziliśmy się płacić z końcem lat osiemdziesiątych: za cenę uczynienia religii jednym z przedmiotów szkolnych. Czy nie jest to jednak cena zbyt wysoka?

Moje pokolenie miało okazję doświadczyć tej zmiany na własnej skórze. W roku 90 kończyliśmy szkołę podstawową, w siódmej klasie opuściliśmy salkę katechetyczną i odtąd uczęszczaliśmy na katechezę do sali chemicznej. Z pełną świadomością twierdzę, że wtedy również skończyła się dla mnie prawdziwa katecheza[1]. Ksiądz z dziennikiem pod pachą przestał być dla nas prawdziwym księdzem, nigdy też (choć bardzo tego chciał) nie stał się prawdziwym nauczycielem. To doświadczenie pokoleniowe pozwala mi sformułować kilka wcale nie nowych tez, które – jak sądzę – powinniśmy dziś raz jeszcze przemyśleć.

1. Szkolna katecheza nie jest i być nie może ani w pełni katechezą, ani w pełni przedmiotem szkolnym. W tym wydaje się tkwić najistotniejszy mankament obecności religii w szkole: religia chce i nie chce zarazem być przedmiotem szkolnym. Katecheta chce i nie chce być nauczycielem. Jest świadomy, że przekazywana przez niego wiedza nie ma być po prostu zbiorem informacji, które trzeba przyswoić i zdać. Ta wiedza ma mieć wpływ na najgłębsze, najintymniejsze wnętrze młodego człowieka – tylko wtedy ma jakiś sens. Budowanie duchowości młodego człowieka, uwrażliwianie go na sprawy najwyższej wagi dokonywane z dziennikiem i długopisem w ręku, budziło mój opór jako ucznia, budzi także jako nauczyciela. Nie wątpię, że istnieją katecheci, którzy potrafią tę presję oceniania zredukować do minimum, schować dziennik za plecami (co zresztą bywa wyróżnikiem dobrych nauczycieli w ogóle). Ale tak jak podczas innych przedmiotów, tak i na katechezie, najczęściej bywa, że to nauczyciel chowa się za dziennikiem. I nie zmienią tego najlepsze systemy szkolenia i najlepsze programy katechetyczne: wada nie tkwi w ludziach i programach, ale w dyscyplinującym i często represyjnym z natury kontekście szkoły, który wymusza działania stojące w sprzeczności z ewangelizacją. Albo więc katecheza ma inne zadania, niż tylko podać wiedzę i następnie ją sprawdzić (wówczas szkoła nie jest dla niej dobrym miejscem), albo siłą rzeczy podporządkowuje się rygorowi lekcyjnemu – wówczas przestaje być katechezą.

2. Klasa szkolna nie jest dobrym miejscem, by szczerze rozmawiać o sprawach wiary. Ktoś powie: każde miejsce jest dobre, w każdym miejscu można się modlić, więc i mówić o Panu Bogu. Otóż chyba nie w przypadku kilkunastolatków. Pośród moich kolegów, szczególnie koleżanek, z którymi uczęszczaliśmy do salek katechetycznych, pamiętam kilka osób naprawdę głęboko zaangażowanych religijnie. Być może dzięki temu, że się przyjaźniliśmy, udawało mi się dotrzeć do salki na popołudniowe katechezy, choć po drodze kusiły boiska i trzepaki, piłka i papierosy. Te kilka osób swoją aktywnością pomagały siostrze zmobilizować pozostałych. Na katechezę docierali ci, którym zależało. Co tydzień stawaliśmy przed wyborem: katecheza czy półtorej godziny zabawy gdzieś po drodze. To była ważna szkoła wolności. Ale nie to jest najistotniejsze. Najważniejsze, że kiedy trafiliśmy na szkolną katechezę do sali chemicznej, między lekcją geografii i przysposobieniem obronnym, tych kilkanaście osób dotąd chętnie i aktywnie uczestniczących w dyskusjach o Panu Bogu, nagle zamilkło. Znaleźliśmy się nagle w wielkiej, czterdziestoosobowej klasie, w której co najmniej połowa dzieciaków nie była zupełnie zainteresowana religią. Ktoś powie: nareszcie nie zostawiono im wyboru, nareszcie zamiast palić papierosy przy trzepaku, będą się duchowo rozwijać. Ktoś bardzo naiwny. Nie sądzę, by te chemiczne katechezy kogokolwiek z moich trzepakowych kolegów zbliżyły do wiary, z pewnością natomiast były ogromną siłą hamującą dla grupy dotąd najbardziej aktywnej. No bo jak znowu rozmawiać o Panu Bogu, kiedy wokół koledzy i koleżanki zajmują się palnikami bensenowskimi, kiedy pobożne rozmowy spotykają się z drwiną kolegów z ostatnich ławek? Owszem, zawsze znajdzie się kilku nastoletnich męczenników, którzy dla katechety będą deską ratunkową, dowodem, że ktoś go jednak słucha i rozumie. Tylko czy zadaniem katechety na przełomie XX i XXI wieku jest wychowywanie do wiary w duchu apologetycznym? Intymności sali katechetycznej, do której docierali ci, którzy chcieli, nie da się w szkole niczym zastąpić. Szczera rozmowa o sprawach wiary, jeśli chcemy w nią zaangażować dzieci i dorastającą młodzież, powinna się odbywać w warunkach jak najbardziej temu sprzyjających. 

3. Szkolna katecheza zaciera w świadomości dziecka różnicę między wiedzą i wiarą. Wciśnięta w harmonogram lekcji szkolnych, szczególnie w szkole podstawowej, traci sakralny charakter, staje się nauką, a właściwie tworem naukopodobnym. Musi tak być, bo szkoła jest miejscem, w którym pobiera się nauki, od historii po lekcje wuefu. Teoretycy mogą sobie i innym tłumaczyć, że nie, że to przygotowanie do sakramentów, że to formacja moralna i duchowa, ale dla dwunastolatka szkolna katecheza to jeszcze jedna z lekcji, na którą trzeba odrobić zadanie, dzieje apostolskie to jeszcze jeden fragment tekstu, z którego trzeba się nauczyć, kto, gdzie i kiedy, Pismo Święte to jeszcze jeden podręcznik, wciśnięty na biurku między matematykę i język angielski. W ten sposób już na wstępnym etapie kształcenia zaciera się różnicę między sferą wiary i sferą nauki, rozmywa się tę szczątkową intuicję metodologiczną, którą zdolniejsi uczniowie zwykle potrafią sobie wypracować, rozmywa się rozumienie takich terminów jako dowód, przesłanka, wniosek, teoria. Wyuczona Trójca Święta formalnie zaczyna funkcjonować w umyśle ucznia tak jak Traktat Wiedeński – i nie pomogą tutaj teoretyczne zaklęcia katechetów. Wyrastają młodzi ludzie, którzy za ministrem Orzechowskim będą powtarzać, że teoria ewolucji jest tylko teorią, a nie faktem naukowym i stawiać ją na jednej płaszczyźnie metodologicznej z Księgą Rodzaju. Zatarcie różnicy między wiarą i nauką skutkuje nie tylko upośledzeniem zdolności naukowych dziecka – jeszcze silniej upośledza jego wiarę.

4. Katecheza szkolna oddala od kościoła. Piszę „kościół”  małą literą, bo chodzi mi po prostu (i aż) o miejsce, o budynek, a właściwie o pewien obszar sakralny, od którego katecheza – przeniesiona do szkoły – została oderwana. Moja salka katechetyczna mieściła się w suterenie nowopowstającego kościoła. Idąc na katechezę, szedłem do kościoła, miałem poczucie, że te zajęcia odbywają się, by tak grubo rzec, na terenie sakralnym. Dla dorosłego człowieka  może to nie mieć większego znaczenia, dla dziecka jednak ma. Przynajmniej dla mnie miało. Dziecko porządkuje sobie świat, terytorium po którym się porusza, wedle wyrazistych miejsc: szkoły, domu, kościoła, boiska; między tymi obszarami, wraz z ich przyległościami, wytycza o wiele silniejsze granice, niż czynią to dorośli. Przekroczenie granicy oznacza dla dziecka wejście w nową rolę: ucznia, parafianina, domownika, kolegi z podwórka. Z dziecięcym entuzjazmem potrafi się w każdej z tych ról „zatracić”. To jedna z przyczyn, dla których ogromna część z nas nie lubiła odrabiać zadań w domu (znakomicie rozumieją to pedagodzy tych krajów, w których lekcje odrabia się w szkole, pozwalając dziecku po powrocie do domu, „zatracić” się w swojej roli syna czy córki). Lekcje religii w szkole zrywają związek z kościołem, zmuszają dziecko do podejmowania problematyki wiary nie z pozycji wiernego, ale z pozycji ucznia.

5. Katecheza jako przedmiot szkolny przyczynia się do wykluczenia dzieci niewierzących oraz wyznających inną religię niż rzymski katolicyzm. To oczywiście argument najczęściej przywoływany – i nie pozbawiony racji. Szkoła jest miejscem, w którym w jednej klasie spotykają się dzieci wierzące z niewierzącymi, wychowane w tradycji rzymskiej, z dziećmi protestantów, zielonoświątkowców, żydów, muzułmanów, świadków Jehowy. Rodzice tych ostatnich mają święte prawo wychowywać swoje dzieci w ich własnej wierze. Tylko co te dzieci mają robić podczas lekcji rzymskiej katechezy? Słuchać o wierze swoich kolegów i koleżanek – niby nic w tym złego, szkoda tylko, że mało kto będzie miał ochotę słuchać, co oni, inaczej wierzący, mieliby do powiedzenia. Czy przyjdą na katechezę, czy też przeczekają ją w świetlicy, przez tę jedną godzinę będą uczniami drugiej kategorii, innymi, obcymi, dla których nikt nie przewidział stosownego miejsca.

Oczywiście, są szkoły, które proponują uczniom formę zastępczą w postaci lekcji etyki. Zdaje się, że jest ich – niestety – coraz więcej. To absurdalne rozwiązanie ma aż nazbyt oczywiste konsekwencje: wychowujemy sobie pokolenia, dla których etyka ma być alternatywą religii, czymś na kształt papierosów cichcem wypalanych na trzepaku. Dzieci będą albo religijne, albo etyczne, albo będą gryzły kapcie na korytarzu i cieszyły się pogardą zarówno pierwszych jak i drugich. Cudownie pouczająca jest tu autentyczna historia (a takich historii są tysiące) dwunastoletniego baptysty, którego rodzice stanęli przed wyborem: wysłać dziecko na katechezę rzymską czy na etykę. Miejsce głęboko religijnego baptysty w polskiej szkole jest bowiem, jak widać, albo na lekcjach obcej religii, albo wśród niewierzących słuchających o etyce niezależnej Kotarbińskiego. Chyba, że wybierze snucie się po szkolnym korytarzu.

Nie sądzę, nie chciałbym sądzić, by wśród głęboko wierzących katolików znalazł się ktoś, kto uważa niewierzących lub wyznających inną religię kolegów swojego dziecka za dzieci gorszej kategorii. Dlaczego więc nie mamy nic przeciwko temu, żeby wspólnota szkolna była miejscem budowania pierwszych murów ksenofobii, pierwszą dla wielu dzieci lekcją nietolerancji i płaszczyzną wykluczenia? Wykluczenia, które miewało w historii o wiele poważniejsze konsekwencje niż drwiny z nadwagi czy grubych okularów.

6. Nauczanie katechezy w szkole ma negatywne konsekwencje nie tylko dla dzieci, ale dla samych katechetów. Wejście religii do szkół to – jako się rzekło – potężna pomoc finansowa dla Kościoła. Ale i ten kij ma dwa końce. To także, w przypadku księży-katechetów, potężne wyzwanie, o którym mówił swego czasu ks. Zaleski-Isakowicz: „młody wikary, tuż po święceniach, ma dwa źródła utrzymania: pensję ze szkoły plus utrzymanie z parafii. Jeżeli nie ma dyszla moralnego, to posiada tych pieniędzy coraz więcej, a zarazem nie bardzo wie, co z nimi robić. Etaty państwowe spowodowały, że księża nauczyli się, jakie są ich stawki godzinowe, i zaczęli swoje zaangażowanie przeliczać na pieniądze”[2]. Ktoś powie: cóż to wielkie pieniądze zarobi katecheta, nawet jeśli doda je do utrzymania z tacy? Dla człowieka utrzymującego rodzinę, płacącego czynsz,   gaz, prąd, telefon – to rzeczywiście niewiele. To jednak dość istotne kieszonkowe dla wikarego, szczególnie jeśli spojrzymy na nie w duchu słów Jana Pawła, apelującego do księży, by stylem życia byli „bliscy przeciętnej, owszem, raczej ubogiej rodziny (Szczecin 11 VI 1987)”.

Zwolennicy obecności religii w szkole chętnie dziś wspierają swoje stanowisko badaniami opinii społecznej: rzeczywiście, trzech na czterech rodziców opowiada się za katechezą w szkole, rzeczywiście na lekcje katechezy uczęszcza dziewięciu na dziesięciu uczniów. Tyle że dzieci ankietowanych nigdy nie miały do czynienia z katechezą inną niż szkolna – pytanie o katechezę w szkole staję się więc nieuchronnie pytaniem o nauczanie religii w ogóle, rezygnacja z uczestnictwa w lekcjach religii staje się nieuchronnie rezygnacją z religii w ogóle. Czy aby na pewno dane statystyczne dowodzą tego, czego miałyby dowodzić?

Zdaję sobie sprawę, że usuwanie religii ze szkół wciąż jeszcze i długo jeszcze kojarzyć się będzie wielu Polakom z postaciami Bieruta i Gomułki, że i dziś dla wielu oznaczałoby pośmiertny tryumf propagandy komunistycznej. Ale też wierzę głęboko, że musi wreszcie przyjść czas, kiedy nasze myślenie zdoła wywikłać się z politycznych kołtunów i kiedy będziemy zdolni na chłodno spojrzeć na rzeczywistość polskiej szkoły i polskiej religii, i postawić sobie kilka pytań, których dotąd wstydliwie unikaliśmy.


[1] Wróciła na jeden rok w liceum, pod postacią niezwykle ciekawych wykładów o religiach świata, które zawdzięczaliśmy nie tyle programowi, ile pasji znakomicie wykształconego księdza.

[2] Zob. Kościół na manowcach, „Znak” 612 (5/2006), s. 45.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata