70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tramwaj zwany niepokojem

Skaza Magdaleny Tulli zaczyna się od technicznego opisu przedsięwzięcia, jakim jest budowanie świata. Zaczyna się od figury krawca, od razu podejrzanej i ciągnącej za sobą ogon metaforycznych sensów. Może ma w sobie coś z tytułowego krawca ze sztuki Mrożka, może coś z dwuznacznych rzemieślników, szyjących nowe szaty cesarza u Andersena. W każdym razie, jeżeli to jemu przypada rola tego, który powołuje do istnienia, to jakie to będzie istnienie i co mamy myśleć o takiej kreacji?

„Zamęt wyłoni z siebie fałd tkaniny, spięty szpilką zawiązek zaszewki. Zaszewka stworzy całą resztę. Jeśli jest odpowiednio głęboka, to powoła do istnienia wydatny brzuch błyskający złotą dewizką, ciężki oddech, łysinę zroszoną kropelkami potu. Jedno pociąga za sobą drugie. Aparycja narzuca właściwości: łakomstwo, pychę i niemiłą rzeczowość, która gasi odruchy serca.”

Te sławetne szczegóły, charakterystyczne i indywidualne, które zazwyczaj mają nas przekonać, skłonić, byśmy uwierzyli i wzięli sobie do serca to, co mówi literatura, zostają z miejsca skompromitowane jako płody rozkręconego automatu do produkcji fabuł – „historyjek”, jak pisze Tulli. Ale nie dajmy się zwieść temu wzgardliwemu zdrobnieniu. Literatura wychodzi tu na swoje, i to jak. Zdumiewające, że można  jednocześnie uruchamiać tak potężne energie języka i tak precyzyjnie nimi sterować.

Krawiec, majstrowie i praktykanci, „ludzie w drelichach” – raz, pod koniec, nazywa się ich też „upadłymi aniołami” – działają na zapleczu, zwanym też „przestrzenią manewrową”. To tu szyje się kostiumy, klei dekoracje – to tu robi się historyjki. Czyli i historię, tę rzeczywistą, i literaturę, nie do odróżnienia ze sobą wymieszane, naznaczone, wydawałoby się, bliźniaczymi skazami. Na zapleczu szykuje się to, co będzie widać na scenie. Tym razem na scenie będzie widać nieduże, prowincjonalne miasteczko, w okolicach lat trzydziestych dwudziestego wieku. Jego nazwa brzmi najpewniej „legion”. Przedstawione jest ze wszystkimi przynależnościami, a więc z magistratem, notariuszem, studentem-korporantem, służącą, gimnazjalistami, z piekarzem, aptekarzem, fotografem itd. Formułka „itd.” jest tu szczególnie na miejscu, ponieważ miasteczko owo z całym rozmysłem ukazane jest jak produkt spod sztancy, z katalogu wysyłkowego domu towarowego z gotową konfekcją, i w każdej chwili można by do niego dodać kolejne elementy, architektoniczne czy fabularne, zaczerpnięte z tego samego katalogu. Mieszkańcy są równie schematyczni i poruszają się według szablonowych reguł. Każdy chciałby mieć lepiej, notariusz nie chciałby stracić, student chciałby zyskać, policjant chciałby awansować, gimnazjalista chciałby przewodzić grupie rówieśniczej. Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy wyglądają, jakby ich wyciągnięto z lamusa setki razy już przećwiczonych i opowiedzianych losów.

Scena poraża więc schematyzmem. Ale czy może być inaczej, skoro wiemy, co dzieje się na zapleczu? Do budowania świata używa się materiałów zastępczych, „zręcznych imitacji”, w tym także takich, których użyto już kilka razy przedtem, w innych podobnych przedsięwzięciach. W dodatku scena rodzi iluzję, że uwidoczniony na niej fragment świata faktycznie pochodzi z większej, może kompletnej całości, podczas gdy żadnej całości nie ma.

„Na każdej z kilku ulic, które odchodzą od placu, bruk tuż za rogiem się urywa. Kto nazbyt ufnie zawierzy solidnemu wyglądowi bazaltowej kostki i zechce się oddalić, od razu utknie w piaszczystych koleinach, między ślepymi ścianami kamienic, pod oknami narysowanymi kredą wprost na tynku”.

„Zamykając przestrzeń, arkusze z dykty otwierają ją zarazem i łudzą głębią”.

Literatura nie tylko jest robiona – to już wiedzieliśmy, od dawna – ale w dodatku robiona tandetnie, z kiepskich ersatzów i zawsze tylko „odtąd-dotąd”. Zamiast otwierać szersze horyzonty i przebijać nowe okna, zamiast sprawiać, żeby widać było więcej, zastawia perspektywę tandetną malowanką. Kapitalny jest ten obraz świata, który we wszystkich swoich kierunkach okazuje się niedorobiony i niedomyślany.

W pewnym momencie dochodzi do katastrofy. Gdzieś tam, „w innej historyjce” doszło do krachu giełdy czy zamachu stanu, wskutek czego na scenę – na miejski placyk – wjeżdża tramwaj, z którego wysypują się uchodźcy. Nie wiadomo, co z nimi zrobić, ponieważ szablony, według których skrojono miasteczko i mieszkańców, jak to szablony, są odporne na nowe i niepożądane fakty. (Trochę jak w wierszu Szymborskiej „Spis ludności”, gdy nagle trzeba coś zrobić z populacją aż siedmiu odkopanych przez archeologa miast, a przecież „my mamy swoje sprawy” i „tak lekko było nic o tym nie wiedzieć”). Tramwaj zresztą ma znamiona uporczywego koszmaru albo przekleństwa o wiekuistej mocy. Wyrzuca z siebie coraz to nowe tłumy uchodźców. „Z wolna staje się jasne: nie odjedzie nigdy”. „Bezdomny tłum, raz tak, raz inaczej ubrany, przewija się przez wszystkie historie, jakie można wprawić w ruch”.

Od strony zaplecza katastrofa odnotowana jest jako tąpnięcie sejfu z kosztownościami i dokumentacją, który spadając trafia w „splot słoneczny infrastruktury”, gdzie pracuje aparatura klimatyzacyjna. Odtąd, dowcipkują ludzie w drelichach, „zamiast grzania będzie chłodzenie”.

Specyfika topografii polega na tym, że Tulli demontuje żelazną kurtynę, oddzielającą zaplecze od sceny. I nawet nie w tym rzecz, że w każdym momencie narracja swobodnie przechodzi ze sceny na zaplecze i odwrotnie. Owszem, przechodzi i jak zawsze daje to gwarantowany efekt. Tyle że do takich efektów zdążyliśmy przywyknąć, autotematyczne wstawki, demaskowanie własnych chwytów i strategii, przełamywanie szczelnej zabudowy fikcji przez ingerencje z nadrzędnego zewnętrznego stanowiska to częste zabawy literatury. Aczkolwiek Tulli wykonuje te przejścia i salta z wyjątkową brawurą, to przecież nie one stanowią o sile i oryginalności całej książki.

Między sceną a zapleczem zachodzi stosunek jednokierunkowej zależności. Ale zachodzi między nimi też symetryczne, przygnębiające podobieństwo. Ludzie w drelichach są akurat tak samo schematyczni i ograniczeni w swoich poczynaniach, jak mieszkańcy miasteczka. Zaplecze bynajmniej nie jest siedzibą autonomicznej jaźni, suwerennej twórczej wolności. Na zapleczu, tak samo jak na scenie, toczy się nieustający handel wymienny. Charakterystyczną cechą tych transakcji jest zamiana lepszego na gorsze. Na zapleczu prawdziwe materie zamienia się w imitacje. Uchodźcy zmuszeni są wymieniać to, co zabrali z domu, na jedzenie: oddają dobytek przeszłości w zamian za odrobinę przyszłości. Bułki, które miały nakarmić głodnych, okazują się gipsowymi atrapami o twardości kamienia. W toku wydarzeń także społeczne role ulegają wymianie – na coraz bardziej epizodyczne i nietrwałe. „Nadzieje, oczekiwania i kalkulacje” z czasem „z natury rzeczy” obracają się w rozczarowania. Obecność zmienia się w nieobecność, ciepło w chłód. Niezależnie od rodzaju waluty, gorszy pieniądz zawsze wypiera lepszy. I na końcu też dochodzi do takiej właśnie transakcji: gdy prawdę o losie uchodźców zamienia się w jakże kojącą bajkę o tym, że wszyscy wyjechali taksówkami do Ameryki.

Czy wzmianka o uszkodzeniu podziemnych agregatów sugeruje, że zaszły jakieś nieodwracalne zmiany w klimacie kultury, która odtąd zamiast rozgrzewać, będzie ziała chłodem? A kiedy czytamy o korzystaniu z malowanych plansz, które noszą „widoczne ślady ocenzurowania”, czy znaczy to, że wszystko odnieść należy w szczególności do dzisiejszej polskiej kultury i jej sposobu radzenia sobie z niewygodnymi problemami? Na pewno warto się nad tym zastanawiać.

I jeszcze ten fotograf: wprawdzie uwiecznił na kliszy przestraszonych i bezradnych uchodźców, ale czy to dość? „Zdjęcia, zrobione na placu, gdzie ludzie ci znaleźli się wbrew swej woli i gdzie ich uczucia zostały podeptane, nie mogłyby się im spodobać. […] mogliby pokazać liczne wyjęte z portfeli prywatne fotografie, na których, trudno nie przyznać, wyszli bez porównania lepiej. I dopiero tamte, wcześniejsze zdjęcia, gdzie widać ich jeszcze w pełni urody, zdrowia i pomyślności, byłyby właściwą po nich pamiątką”. Słychać tu pogłos tego, co Walter Benjamin pisał o przeszłości, która apeluje do naszej „słabej mesjanistycznej siły” i domaga się nie po prostu dokumentalnej rekonstrukcji, ale raczej czegoś na kształt zbawienia.

Oczywiście w pewnym momencie lektury po prostu się zagubimy. Stracimy orientację między piętrami i drugimi dnami. Zwykłe sprawy spuchną od głębszych sensów, a rozpędzone, lotne przenośnie staną na twardym gruncie dosłowności. Użyteczne dystynkcje i celne kategorie – takie jak świat przedstawiony, wielka metafora, metanarracja – na nic się nam tu nie zdadzą. Będziemy musieli przyjąć do wiadomości, że ten świat niby to tylko przedstawiony i skażony fałszem bardzo przypomina nasz własny świat.


M. Tulli, Skaza, Warszawa 2006; W. Szymborska, „Spis ludności”, w zbiorze Sto pociech, Warszawa 1967; W. Benjamin, Tezy historiozoficzne, przeł. J. Sikorski, w: W. Benjamin, Twórca jako wytwórca, Poznań 1975.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata