70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Utopia

Utopia jest człowiekowi niezbędna jako cel nigdy nie realizowalny, marzenie i obietnica. Dlatego nawet w czasach tak antyutopijnych jak dziś, w świecie, który jeszcze nie podniósł się z ruin po wieży Babel, utopia wciska się wszędzie tam, gdzie jest obecny ludzki strach i ludzka nadzieja.

Na pewno żyjemy w czasach antyutopii. Po straszliwych doświadczeniach XX-wieku nie mamy już chyba ochoty dalej majstrować przy przyszłości, bo na własnej skórze poznaliśmy, do jakich nieszczęść prowadzą lekkomyślne eksperymenty. A jednocześnie wiemy – jak nigdy dotąd w dziejach – że możliwości ludzkie są ograniczone, a zasoby bliskie wyczerpania. Dlatego wyobraźnia śpi, a kiedy się obudzi, jest przeganiana do sfery prywatnej. Od spraw zbiorowych jej wara; nie damy się nabrać na kolejną wersję „nowego wspaniałego świata”, gdzie wkrótce zobaczylibyśmy drugą stronę bramy ozdobionej napisem „Arbeit Macht Frei”, a w najkorzystniejszym razie nadzorowany przez tajniaków niedobór i nudę. Nie marzymy już o lepszej przyszłości ani – tym bardziej – o idealnym ustroju. Przyszłość będzie mniej więcej taka jak teraźniejszość, oby nie była gorsza. Na pewno komputery będą szybsze, telefony komórkowe jeszcze zabawniejsze, a samochody wygodniejsze, ale wzbraniamy się pomyśleć o tym, czy nasze życie mogłoby być lepsze? Owszem, człowiek nie potrafi żyć bez marzeń, marzymy więc o forsie, podróżach, eleganckim samochodzie, pięknym domu, ciele ponętnym i sprawnym, bo udoskonalonym przez chirurga plastycznego albo innego szarlatana. Dzisiejsze utopie są płaskie i narcystyczne, marzenia limitowane. Lepszą przyszłość proponuje nam najwyżej reklama pod warunkiem natychmiastowego zakupu polecanego przez nią produktu. Ideologia umarła, a politycy niczego już od dawna nie proponują, nigdzie nie wiodą. Są zresztą – jak to w demokracji – przeciętniakami, a nie przywódcami. Ich polityka sprowadza się do telewizyjnych gestów, kosmetycznych korekt i unikania prawdziwych zmian.

WYGODNE  SZARAWARY 

Ale przecież rozmaicie nazywana – zawsze z nadzieją opisywana – wyspa Utopia towarzyszyła ludziom dużo wcześniej nim u zarania czasów nowożytnych nadał jej kształt Tomasz Morus. W starożytności umieszczano ją w zamierzchłym „złotym wieku”, kiedy ludzie byli równi bogom, a przynajmniej mocniejsi, piękniejsi i lepsi niż dzisiaj. Ale do tych czasów doskonałości, obfitości i pokoju nie ma już powrotu, podobnie jak w przypadku chrześcijan do raju: zgrzeszyliśmy, okazaliśmy się niegodni i stąd skazani na dzisiejszą niedolę. Tamte społeczeństwa żyły w niezmiennym kształcie; proponowanie czegoś innego było tylko burzycielską herezją. Nadzieja mogła być lokalizowana jedynie w życiu przyszłym, nie na tym świecie,chociaż starogrecki Hades czy żydowski Szeol nie wydają się miejscami zachęcającymi. Od dawien dawna projektowano wprawdzie lepsze urządzenie życia publicznego i oddanie władzy we właściwe ręce – dość przypomnieć Państwo Platona czy św. Augustyna O Państwie Bożym – ale dopiero kres średniowiecza rozbudził nieśmiałą zrazu nadzieję, że lepsze i sensowniejsze życie na tym padole jest jednak możliwe. Właściwie prekursorem utopii nowożytnej jest Francis Bacon ze swoją Nową Atlantydą wydaną ponad sto lat po Utopii Morusa. Także jest zlokalizowana na odległej i odciętej od świata wyspie, ale u Bacona – tak jak u utopistów dużo późniejszych – siłą motoryczną, dzięki której ludzie kształtują i rozwijają swój postulowany raj, jest nauka. Tomasz Morus w XVI wieku jeszcze czerpie wzory od Platona czy św. Augustyna, Bacon w XVII wieku już z laboratoriów uczonych, choć rewolucja przemysłowa miała dopiero nadejść za następnych z górą sto lat.

Dotąd można było mówić o „utopii miejsca”; natchnieni fantaści lokalizowali swą idealną społeczność na odległej wyspie, gdzie z woli Bożej lub nadania mądrego prawodawcy ludzie żyją sensowniej i pełniej. Jeszcze nasz Ignacy Krasicki z Mikołaja Doświadczyńskiego Przypadkami należy do tego samego rodu. Izolacja od świata była warunkiem przetrwania takiej oazy szczęśliwości: utopia miejsca nie była mesjańska, nie usiłowała świata zbawiać, najwyżej trochę go pouczyć przez uchylenie rąbka mądrości chociażby przed poczciwym Mikołajem. Ale już u Bacona, gdzie uczeni są nazwani bohaterami, gdzie dzięki nim rośliny (przewidział modyfikację genetyczną?) są większe i rodzą obficiej, utopia odkrywa swą uwodzicielską moc: dzięki nauce każdy może znaleźć się w raju, a przynajmniej w jego pobliżu! „Sapere aude!” – jak pisał jeszcze Horacy – miej odwagę posługiwania się własnym rozumem. Tędy i tylko tędy prowadzi droga do samozbawienia ludzkości.

Tak w czasach Oświecenia utopia miejsca zmienia się stopniowo w „utopię czasu”. Idealne społeczeństwo może zaistnieć nie tylko na izolowanej wyspie, ale stopniowo objąć świat cały; dzięki wyzwolonemu rozumowi – jak u Kanta – ludzie nauczą się żyć w wiecznym pokoju, albo dzięki poznaniu sensu Historii jak u Marksa zbudują komunistyczne społeczeństwo bezklasowe. Tu już następuje „utopizacja dziejów”: nie są one teraz przypadkowym ciągiem bitew, dynastycznych kombinacji i kaprysów władców, ale zmierzają do swego zwieńczenia, gdzie osiągniemy powszechną szczęśliwość i wyplenimy zło. Historia uzyskała sens i ideologiczne zwieńczenie. Trzeba tylko jeszcze trochę wysiłku pod mądrym i dalej patrzącym w przyszłość kierownictwem, a jak ktoś się leni albo wątpi, to należy go perswazją lub siłą zmusić do współudziału w zbiorowych dokonaniach.

Wiek XIX jest złotym stuleciem utopii. Wciąż jeszcze mamy relikty staroświeckiej utopii miejsca, mnóstwo zwykle nieudanych prób jej zbudowania w izolacji do wrogiego i zepsutego świata. Na nowym kontynencie poszukiwały swej oazy społeczności purytanów czy menonitów, potem usiłowano tworzyć w różnych miejscach utopijne gminy socjalistyczne, w XX-tym stuleciu wysypały się komuny hipisowskie. Wszystko to szybko upadało albo rozpływało się w otoczeniu. Od opisów organizacji i funkcjonowania tych idealnych w zamyśle światów aż się roi: w jednym z nich, już nie pamiętam czyjego autorstwa, znalazłem nawet przepis kroju „wygodnych szarawarów”, w których mieli pracować mieszkańcy tak szczegółowo zaprojektowanego raju. Ale coraz wyraźniej nad utopią miejsca zyskuje przewagę scjentyczna utopia czasu, zwłaszcza gdy sięgnęła po powierzchownie rozumiane nauki społeczne i przez nie wsparta uwierzyła we własny mesjanizm. Utopizacja dziejów swój złowrogi szczyt osiągnęła w leninowskim komunizmie (Stalin to tylko jego owoc) i w różnych odmianach utopii rasowej z nazizmem na czele. Co było dalej, wiemy aż nadto dobrze i na własnej skórze.

Chrześcijanin mógłby powiedzieć, że dzieje utopii czasu, to kara Boża za bluźnierczą złudę samozbawienia. Albo inaczej: metaforą późniejszych dziejów niszczycielskiej utopii jest biblijna wieża Babel. Tylko że utopie u władzy upadały znacznie bardziej dramatycznie i krwawo, niż ta jedna budowla, cóż z tego że niebotyczna? Dziś – tutaj w Europie Środkowej – wszyscy żyjemy na jej gruzach.

NA  RUINACH  WIEŻY  BABEL 

Czy dziś w świecie XXI wieku – tak okrutnie doświadczonym, aż do bólu pragmatycznym i antyutopijnym – rzeczywiście nie ma miejsca na żadną utopię? Zarówno na doszczętnie ośmieszoną przez te „wygodne szarawary” utopię miejsca, jak i na usiłującą wydestylować jakiś sens dziejów utopię czasu? Czy w ogóle można żyć bez utopii?

„Człowiek zawsze musi zaprząc swój pług do jakiejś gwiazdy” – napisał pięknie Ralph Waldo Emerson, pierwszy wielki filozof, jakiego wydał kontynent amerykański. Być może dlatego dzisiaj – w czasach antyutopijnych – tak kwitną utopie narcystyczne. One nie wymagają narzucenia innym swego punktu widzenia i swojej organizacji społeczeństwa, ale też są utopiami czasu, bo postęp nauki bez wątpienia je przybliży. Wystarczy zaufać reklamie, mieć zasobny portfel albo przynajmniej wierzyć, że jutro ceny usług odmładzających spadną, a ich skuteczność będzie coraz wyższa. Jak nie dać się uwieść mitowi wiecznego zdrowia i pięknego ciała, kiedy nie wypada mówić o starzeniu i śmierci, a wypada być młodym, sprawnym i ponętnym seksualnie, jak postaci z reklam proszku do prania. Nieuchronność tego, co w ludzkim życiu musi nadejść, jest tu zgrzytliwą herezją, tym bardziej, że nie ma na nią dobrej odpowiedzi, o czym zwodnicza gwiazda nowej utopii nie chce wiedzieć. Jeśli dopadła cię starość i choroba, sam sobie jesteś winien!

Natura nie znosi próżni nawet na gruzach wieży Babel. Napędzane przez reklamę utopie narcystyczne zajęły to miejsce w sercach ludzi, w jakie kiedyś wciskali się mesjanistyczni propagatorzy „nowego wspaniałego świata”. Dzisiaj czują się zapędzeni do kąta i jeśli do czegoś namawiają, to raczej półgębkiem, bo zgliszcza po niszczycielstwie ich poprzedników są aż nadto widoczne. Ale w innych kręgach cywilizacyjnych, które nie mają za sobą podobnie traumatycznych doświadczeń: proszę bardzo! Dość przypomnieć teokratyczne utopie świata islamu i terrorystów odpalających bez wahania ładunki wybuchowe, którymi są opasani, by zabrać ze sobą do piekła choć kilku niewiernych. Będąc daleko – chociaż przez obecność naszych żołnierzy coraz bliżej – od Afganistanu, Iraku czy Palestyny możemy śmiać się z wiary, że wystarczy zmusić każdego (nas również!) do wypowiedzenia formuły „Allach jest wielki”, zapuścić mężczyznom brody, kobiety zakryć burkami i wprowadzić szariat do kodeksu, by zapanowała powszechna szczęśliwość, ale u nas także wyznawcy „katolickiego państwa narodu polskiego” wciąż kultywują swoje mrzonki.

Nie trzeba szukać tak daleko. Czyż polityczny antyglobalizm nie jest utopią zyskująca powoli zwolenników i przypominającą trochę religijne albo naiwnie socjalistyczne komuny starej daty? Wystarczy pohamować międzynarodowe instytucje i ich niszczycielską żądzę zysku, wzmocnić granice i strzegące ich cła, odizolować się od świata, postawić na samowystarczalne i najlepiej rękodziełem się posługujące lokalne społeczności. Albo dogmatycznie pojmowana ekologia, wedle której cale zło bierze się z nieposzanowania odwiecznych praw Matki Natury. Najgorzej wróżącą na przyszłość utopię obecnych czasów i naszej cywilizacji głosi jednak nie ów zlepek organizacji antyglobalistycznych i ekologicznych, który – owszem – potrafi zakłócać różne spotkania, ale nie jest w stanie zmienić zasadniczego kierunku polityki światowej. Jest nią pomysł amerykańskich neokonserwatystów, by eksportować liberalną demokrację przy pomocy sił zbrojnych USA i sojuszników. Jeżeli gdzieś jeszcze dają o sobie znać wpływy marksowskiego myślenia i marksowskiego mesjanizmu, to właśnie tutaj. Podobnie jak Marks ci ideologowie neokonserwatywni, którzy wyrobili sobie pozycję pod koniec XX wieku, postrzegają historię jako proces o charakterze postępowym, zmierzający do ustanowienia jednolitego systemu ekonomicznego i politycznego w skali globu. Będzie to oczywiście nie komunizm, lecz wyidealizowana wersja „demokratycznego kapitalizmu” po amerykańsku; również i on – podobnie jak marksizm – zakłada konieczność głębokiego przekształcenia ludzkiej wspólnoty, jeśli trzeba to przemocą. Tak samo jak Marks i jego dwudziestowieczni uczniowie, neokonserwatyści zaangażowali się w projekt, o którym już z góry wiadomo, że niemożliwy do realizacji.

Gwiazda, do której zaprzęgli oni swój pług, jest bardzo amerykańska, emersonowska, ale zwodnicza. Nie dlatego, że liberalna demokracja to mrzonka; demokracja istnieje na różne sposoby w wielu krajach. Demokracja szwajcarska bardzo się różni od brytyjskiej, brytyjska funkcjonuje inaczej niż amerykańska czy francuska, we wszystkich tych i jeszcze wielu innych przykładach da się rozpoznać różne wersje liberalnej demokracji. Podobnie idea stopniowej demokratyzacji nie jest jeszcze projektem utopijnym. Jest nim natomiast dążenie do narzucania demokracji od zewnątrz i to w warunkach, w których jest oczywiste, że nie ma ona szans funkcjonowania i najprawdopodobniej przeobrazi się w coś innego, na przykład w ludową teokrację islamską, jaka kształtuje się dziś w znacznej części Iraku.

Dla tych dwu utopii – islamskiej i neokonserwatywnej – nie ma miejsca pod jednym niebem. Jak trafnie napisał Leszek Kołakowski we wstępie do swego trzytomowego dzieła o marksizmie, był on „ideą, która zaczęła się od prometejskiego humanizmu i skończyła monstrualnościami stalinowskiej tyranii”. Utopie zaczynają się od szczytnych dążeń i porywających marzeń – dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Tej prawdy rozumieć nie chcemy. Z tej perspektywy świat nie wyciągnął wniosków z upadku komunizmu, a doświadczenie ludzi, którzy w komunizmie żyli i komunizm obalali, zostało zaprzepaszczone.

GWIAZDA  U  PŁUGA 

Utopia jest obietnicą wolności, chociaż wcześniej lub później przekształci się w gułag albo Guantanamo. Emersonowska gwiazda świeci jasno i kusząco wszystkim, którzy nie wiedzą, do czego zaprząc swój pług. Dlatego tak często zaprzęgamy w byle co.

Utopia jest człowiekowi niezbędna jako cel nigdy nie realizowalny, marzenie i obietnica. Dlatego nawet w czasach tak antyutopijnych jak dziś, w świecie, który jeszcze nie podniósł się z ruin po wieży Babel, utopia wciska się wszędzie tam, gdzie jest obecny ludzki strach i ludzka nadzieja, a przecież to rodzeństwo jest zwykle nierozłączne. Gdy gruzy bardziej porosną zielskiem zapomnienia, zobaczymy stada fałszywych proroków niosących fałszywe odpowiedzi na ten prawdziwy strach i tę prawdziwą nadzieję.

„Podstawowym zarzutem, jaki można postawić waszemu reżimowi” – pisze Emil Cioran do rodaka tkwiącego wciąż w bloku sowieckim – „jest to, że zniszczył utopię, tę zasadę odnawiania instytucji i narodów”.

I dalej: „Życie bez utopii staje się na dłuższą metę duszące, przynajmniej dla większości: światu pod groźbą skamienienia potrzeba nowego obłędu”.

Świat bez utopii kamienieje, ale utopia jest zwykle fletem szczurołapa. To sprzeczność nierozwiązalna. Czego się trzymać? Jak żeglować między Scyllą „nowego, wspaniałego świata”, a Charybdą skamienienia z braku nadziei?

Chrześcijanie i liberałowie mówią w zasadzie to samo: wszyscyśmy grzeszni, ideał nie jest do osiągnięcia na tym świecie, trzeba pogodzić się z jego nieuniknionym skażeniem i niedoskonałością wszystkiego co realizujemy. Taka rezygnacja i wyrzeczenie się utopii jest jednak ponad ludzką miarę. Jeśli uznajemy jedynie człowieka, rzeczywiście pozostaje tylko rozpacz i Cioranowskie skamienienie. Ale ta pokorna rezygnacja jest sednem wiary: oznacza bowiem zgodę na to, że zbawienie i ideał możliwe są tylko Tam, a nowego Mesjasza nie będzie. Chrześcijanin ma więc tę przewagę nad „czystym” liberałem, że ratuje go miłość, o której mówił jego Bóg, gdy jeszcze wędrował po Ziemi. Chrześcijanin oczywiście co chwila jej się sprzeniewierza, bo sam przecież grzeszny, ale przynajmniej ma się do czego odwołać i o co wesprzeć. Dlatego jest mu łatwiej.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata