70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Skończyło się oblężenie. Miasto z początku bez prądu, bez wody. Już zaraz też zimno. W październiku pierwszy śnieg. Za mało, by zbierać. Stoję z wiadrem w kolejce do pompy. Wiem już, że na powierzchni trzeba położyć gałązkę, żeby woda się nie wychlapywała. Upieram się, że nabiorę pełne wiadro, chociaż jestem mała. Powoli niosę to wiadro. Jakiś chłopak mnie popycha, ale broni mnie syn sąsiadki: „Nie rusz, ona z mojego podwórka”. Potem razem biegniemy za konną platformą, z której czasem spadają kawałki węgla. Zbieramy je, potrzebne, by podpalić pod płytą. I jeszcze kawałki asfaltu.

PIERWSZY SIERPNIA

Przed kolejną rocznicą Powstania Warszawskiego ciągle mnie ktoś pyta o wspomnienia – na starość zostałam „dzieckiem Powstania”. Nie podoba mi się ten tytuł. Jest on może odpowiedni dla tego chłopczyka, o którym mówi film Powstanie zwykłych ludzi – on urodził się 1 sierpnia jako syn powstańczego żołnierza i jego osiemnastoletniej żony. Przeżył dzięki matce i dzięki dzielności dobrych ludzi. Ona i ja pamiętamy, opowiadamy; możemy zabrać głos jako córki naszych matek i może istotnie jako dzieci Warszawy, gdziekolwiek przyszłyśmy na świat (ja w Toruniu) – nasz los był w tamtym czasie cząstką losu Warszawy.

Młody fotograf pragnie zrobić piękne zdjęcia dawnym dzieciom warszawskim dziś wspominającym swój los. Twierdzi, że redakcja „Przekroju” chciałaby mieć nasze zdjęcie pod pomnikiem „Mały Powstaniec”. Mówię, że tam nie pójdę. – Dlaczego? – pyta pan Marek. – Bo mnie ten pomnik wścieka.

Powinnam raczej powiedzieć: wkurza. W ogóle czuję, że mówię staroświeckim językiem.

Panu Markowi czasownik „wściekać” (kogoś) bardzo się podoba. Chce jednak bliższych wyjaśnień. Co tak na mnie działa? Dość trudno wytłumaczyć. Kierunek wskazują słowa: „patos”, „fałsz”, „nieprzyleganie do przeżyć”. Na pewno jakiś rodzaj wstydu wobec przejawu „ojczyźnianości”. Nie u dzieci, którym udało się być z walczącymi, pomagać im i towarzyszyć, lecz u autorów takiej koncepcji pomnika. Nie zdobyłam się dotąd na wizytę w muzeum poświęconym Powstaniu; wciąż mam to tylko w planie. Myślę o dziecku z Groznego, które tam zbladło, zmartwiało i szepnęło nauczycielce, że to tutaj wszystko prawda, jak tam, u nich. Mały Asłanie, ja też pamiętam.

Gdybym odwiedziła to muzeum, dowiedziałabym się dużo nowego. Bo uczestnicząc w wydarzeniu historycznym, doświadcza się tylko tego, co się wiąże z własnym drobnym wątkiem. Rzadko się zdarza panorama – taka jak panorama płonącego miasta widziana z Zieleniaka, nocą wyraźniejsza, różnobarwne płomienie silniejsze od dymów. A tak widzisz tylko kilku żołnierzy niemieckich polewających płynem łatwopalnym wejście do klatki schodowej, skąd przed chwilą wyszłaś, skręcające się dzikie wino, trzask, strzały.

Nie chcę dalej tego filmu, za dużo rzeczy ponurych i strasznych nawet w jednym wątku. Jak się więc zdobyć na oglądanie całej ekspozycji? Ludzie to robią i chwalą doświadczenie.

Wszystko zależy od tego, co oglądanie czegoś może w nas uruchomić. Najbardziej bym chciała, by było to współczucie dla Asłana i innych dzieci z miejsc oblężenia. To współczucie nie musi być bezsilne, jest możliwa jakaś szeroka skuteczność skierowana ku temu, by „więcej nie”. I ku tworzeniu miejsca na świecie dla tych, którym się wszystko spaliło.

*

Co dla mnie wynika z tych doświadczeń przeżycia Powstania? Lepiej to sama zapiszę, mając tu miejsce, ciszę wokół siebie, pianie koguta. Bo nad tym warto się zastanawiać wiele razy (ten jest nie pierwszy). To chyba prawda, że właśnie przez to nigdy później nie byłam tak sobie po prostu „małą patriotką”, grzeczną dziewczynką i „dobra Bozia” nie miała do mnie przystępu, raczej „pióro z ognia”, jak u Słowackiego. Rzecz jest w wymiarach. Tym ważniejsze staje się robienie czegoś, co ma sens, pomimo wszystko; tak pewny sens jak najprostsze usługiwanie dziecku czy umierającemu.

Stopklatki

Momenty z filmu życia szczególnie utrwalone, te, w które jeszcze dziś mogę spojrzeć. O niektórych z nich ciągle opowiadam, do innych prawie nie wracałam. Są i takie, o których nie napiszę, choć wyłaniają się z pamięci nieproszone.

Prolog w dzieciństwie

Opowiadam o tym młodym, którzy chcą zostać dziennikarzami. Zachęcam, by opowiadali sobie samym, co się im dopiero co wydarzyło, jakby chodziło o kogoś innego. „Upadła, rozbiła sobie kolano”. Zdarta skóra, krew spływająca pomału aż na skarpetkę, żwir tkwi w rance, piekący ból… Wszystko to na ścieżce wokół krągłego klombu gdzieś na skwerku… To ja, z czerwoną kokardą żałośnie chwiejącą się we włosach. To ja wtedy, opowiadająca sobie. Ryszard Kapuściński zgodzi się, że tak właśnie zostaje się reporterem.

Pełna wanna

Musiałam często rozbijać sobie kolana. Bo to wspomnienie też z czymś takim się łączy. Łazienka w zaleszczyckim pensjonacie, piecyk Junkers szumi, gorąca woda ledwie przykrywa dno ogromnej wanny. „Ja chcę, żeby było pełno wody!”. „Jutro” – obiecuje mama. Na ten następny dzień zamawia podwójną czy potrójną kąpiel. Pokojówka napuszcza po brzegi. A tymczasem ja właśnie stłukłam kolano. Przeraża mnie zanurzenie skaleczonej nogi w gorącej wodzie. „Nie chcę do wanny!”. „Ale chciałaś, woda jest nalana, teraz już musisz”. Przedtem chciałam, teraz muszę… Zapamiętałam do dziś, chociaż w tej wannie zanurzono mnie naprawdę na moment.

Parkiet

Kiedyś bardzo ważne było, by nie robić plam na wywoskowanym parkiecie. Te parkiety polerowało się specjalną ciężką szczotką froterką osadzoną na mocnym kiju w ruchomym okuciu. Szczotka poruszała się raz za razem, wygładzając nawoskowaną powierzchnię. Ten wosk miał swój szczególny zapach, a froterka wydawała dźwięk – szelest i jeszcze coś, co dziś określiłoby się jako klikanie.

Ordynans woził mnie na froterce, pewnie dla zabawy mojej i swojej, ale twierdził, że dodatkowy ciężar przyczynia się do lepszego połysku.

Ten opis to uzupełnienie często przeze mnie opowiadanej historii białych plam od wody, jaką rozchlapywałam, i morału, jaki się z nią wiązał. To fakt. Nawoskowany, wyfroterowany parkiet był ładniejszy od takiego jak dziś – powleczonego lakierem o martwym połysku. Ale jak tu malować wodnymi farbami i nic nie porozlewać? A od wody natychmiast robią się trwałe plamy, typu „siedzę tutaj mocno srodze”. Na upomnienie mamy ja beztrosko odpowiedziałam, że to nic, przecież ordynans zapastuje i wyfroteruje na nowo i plama zniknie. To przy tej okazji otrzymałam pamiętną lekcję: „Będziesz mogła robić plamy, kiedy już sama będziesz umiała je usuwać”.

Czy ktoś dziś jeszcze uznaje, że przysparzanie innym pracy jest czymś złym? W tym duchu podjęty był protest przeciw „moralnemu wyzyskowi pracy”, o którym Tischner w swojej Etyce solidarności.

To wyniosłam z mojego domu. Czy był on „dobry”? Zależy od sensu tego słowa. Tak bywa na ogół określany dom ziemiański.

Dom

Nasz dom przedwojenny był umiarkowanie zamożny. Były w nim książki, mapy, które ojciec czasem kolekcjonował, dobre radio, pianino, na którym trochę grał, rośliny w doniczkach i na balkonie. Pamiętam też wełniane kilimy na ścianach i na podłodze. Czyściło się je małą ryżową miotełką.

O czym jeszcze opowiedzieć? Mam nadzieję, że to wspominanie układa się trochę jak film, bo w mojej pamięci jest filmem. Widzę na przykład jasny drewniany regał, wysoko książki, niżej radio, wielkie pudło z pokrętłami, z wylotem głośnika za płaszczyzną srebrzysto-złotawej tkaniny. Obok radia pudełka po gilzach na papierosy, pełne moich skarbów, głównie kamyków, ale były też maleńkie, kilkucentymetrowe laleczki, pojedyncze figury szachowe, szyszki i własne wyroby z plasteliny.

Chyba w tym pokoju było też jakieś biurko ojca, chyba też niewielki stół z jasnego drewna i zydle, które były bardzo niewygodne i łatwo przewracały się z hukiem.

Gdzieś w kątku na ścianie mała fotografia „Dziadka” – marszałka Piłsudskiego, od 1935 przepasana czarną wstążką. Wiedziałam, że „Dziadek” nie żyje, tak samo jak dziadek – ojciec mamy, który trzymał mnie do chrztu i jak mi opowiadano, cały czas gwizdał, by dziecko nie płakało. Byłam jego pierwszą i jedyną wnuczką. Dziadka nie pamiętam, pamiętam tylko Pannę Felę, jego ostatnią partnerkę, u której, już w czasie wojny, bywałam na działce. Film: Panna Fela, piękna, postawna starsza pani, uśmiechnięta, z naręczem kolorowych floksów. Tak siebie pamiętam: stoję w kręgu pełnych serdecznego podziwu dorosłych – bezdzietne ciocie, wujkowie, wszyscy eleganccy, to może jakieś urodziny? Podziwiają mnie, bo jestem mądralinką, bo z moich gęstych brązowych loków jeszcze nie zsunęła się wielka czerwona kokarda. Mam na sobie białą markizetową sukienkę z kolorowym haftem, którą ojciec przywiózł z podróży do Estonii (dziś wiem, że służbowej, dla oceny sytuacji w Pribałtice. Wkrótce ZSRR miał pochłonąć tę część Europy). Potem ciocia Hela artystycznie powiększała sukienkę, bym mogła wciąż ją nosić, aż do Powstania, kiedy będzie z niej snop iskier.

Ściana morza

To opisałam w cyklu wspomnień o plażach. Do tej migawki chętnie wracam. W Hallerowie pierwszy raz widzę morze – szaroniebieską ścianę zamykającą prowadzącą w dół uliczkę. Pociąga mnie ku sobie, zniża się, kładzie pod stopy, więc w nią wbiegam po mokrym piasku.

W Złoczowie

Do Lwowa z tatą pociągiem zwanym lukstorpedą. Jemy miękką białą czekoladę. Dlaczego to pamiętam? Była bardzo dobra, a takie zjadanie całej tabliczki było czymś wyjątkowym.

Dom oficerski i plac zabaw wokół niego. Piaskownica. Tam zapomniany, zagrzebany, długowłosy miś pluszowy – Misiówka. Czy o tym opowiadałam, że nocą była burza, a rano Misiówki nie znaleźliśmy? To coś też zapamiętanego – jak mama pocieszała, że ktoś Misiówkę znalazł i przygarnął, że jest u dziewczynki, która dotąd nie miała żadnego misia. Jeszcze dziś widzę Misiówkę, który stał się tak ważny właśnie przez rozstanie.

Dom czyjejś mamy? Babci? Chata z maleńkimi okienkami, kwiaty białe i różowe podobne do motyli sięgają po dach. Wąska ścieżka przez ten gąszcz, a w drzwiach malutka babuleńka prosi do środka.

Szkoła, pierwsza klasa po dzisiejszemu mówiąc „z klasą”: dobrze uczy gromadkę dzieci dzielących się na „oficerskie” i „żydowskie”. Dostajemy żółte podłużne zeszyciki z rysunkami i słowami. Z zeszycika można od razu czytać, potem odgrywać w klasie historyjki o ludzikach z wełny, a także z kasztanów.

W klasie trzy rzędy małych stolików? Ławek? Pamiętam tylko, że tak siedzimy, że ja w środkowym rzędzie.

Pamiętam, że żydowskie dzieci wychodziły na swoją lekcję religii „z rabinem”, a my czekaliśmy w klasie na kogo? Nie pamiętam, kto się zjawił.

*

Mila, nasza służąca z zaścianka, duża, mocna, wesoła, pełna uśmiechów. Raz jedziemy do jej domu z wizytą. Tylko to mi utkwiło: nad rozłożystą chatą wysokie drzewo oblepione prawie białymi, ogromnymi jabłkami. Kosz takich jabłek „na galaretkę”.

*

Zbliża się wojna

Pospieszny powrót ojca do Warszawy, do sztabu. I ja też wracam. Mama jeszcze zostaje w Złoczowie, żeby pakować mieszkanie.

Taras willi wujka Witka tuż koło lotniska. Widać, jak lądują i startują samoloty. Bardzo często. Wszyscy wybiegają, by podziwiać, jak stromo startuje autożyro. Rysuję w zeszycie samoloty, kartka za kartką. Nudzi mi się bez szkoły. Tata pomaga mi pisać książkę – nie pamiętam o czym, chyba ważne w niej były właśnie samoloty. Czasem potrzebuję słowa, którego jakoś nie daję rady skombinować ze znanych elementów. To musi dorysować Tata. Dobrze nam idzie to pisanie.

Poznaję też psa – pierwszego w życiu. To Nira, bokserka maści, jak mówią, „marengo”. Nira jest ciągle jakby smutna. A może pamiętam smutek Niry późniejszy, gdy już po oblężeniu Warszawy odnalazła mamę i mnie, ale nie wujka, który już wyjechał z ciocią z Warszawy. Sama chciałabym teraz wiedzieć, co się stało z Nirą, dokąd poszła, bo w dalszym życiu jej nie było.

*

Wojna

Zupełnie inaczej pamiętam siebie z lat przedwojennych, a inaczej od tamtego września. Wspomnień jest więcej, obfitsze, bardziej moje. Świat w czasie wojny jest w nieciągłości wobec o tak niewiele wcześniejszego świata wypielęgnowanej tłuścioszki, koło której zawsze byli  uważni, przyjaźni dorośli.

Jedna stop-klatka, żeby to pokazać.

Skończyło się oblężenie. Miasto z początku bez prądu, bez wody. Już zaraz też zimno. W październiku pierwszy śnieg. Za mało, by zbierać. Stoję z wiadrem w kolejce do pompy. Wiem już, że na powierzchni trzeba położyć gałązkę, żeby woda się nie wychlapywała. Upieram się, że nabiorę pełne wiadro, chociaż jestem mała. Powoli niosę to wiadro. Jakiś chłopak mnie popycha, ale broni mnie syn sąsiadki: „Nie rusz, ona z mojego podwórka”. Potem razem biegniemy za konną platformą, z której czasem spadają kawałki węgla. Zbieramy je, potrzebne, by podpalić pod płytą. I jeszcze kawałki asfaltu.

Poduszka gorąca, przykrycie za ciężkie. Nocny początek choroby, chyba wietrznej ospy. Ale dręczy też myśl o grzechu, który popełniłam już dawno, w lecie, nim wróciłam do szkoły sióstr niepokalanek, do drugiej klasy, z pierwszą komunią w programie. Myślę o tym grzechu, nie o atakach złości, dokuczaniu koleżankom… To było tak (do dziś pamiętam!): namówiona przez jakąś Stefcię zabrałam zabawkę porzuconą na trawniku przez kuzynów. Schowałyśmy tę rzecz w krzakach i potem tamta dziewczynka wzięła ją dla siebie. Na tym mój udział się skończył. Ale później dowiedziałam się, że to musiał być grzech kradzieży i bardzo się nim dręczyłam, wydawał się większym wstydem niż to, że uderzyłam Dorcię piórnikiem i mówiłam o niej, że jest bez honoru, jak pan Hácha, który poddał Czechosłowację szkopom.

Trzeba było aż przedkomunijnych rekolekcji z siostrą Deodatą, bym zrozumiała, że to z Dorcią to także grzech i wstyd i że trzeba przeprosić. Siostra Deodata wpoiła w nas zadowolenie z powodu czekającej nas spowiedzi, która miała nas uwolnić od grzechów. Spisywaliśmy uroczyście nasze dobre postanowienia, każde z dzieci przed swoim ustawionym na szkolnym stoliku ołtarzykiem. Przy tym ołtarzyku siostra powiedziała mi to, co na pewno mówiła wszystkim dzieciom: że gdy przyjmę komunię, Bóg będzie przy mnie, we mnie, ze mną, będę mogła Mu wtedy coś powiedzieć. Nie powtórzę, jak to siostra powiedziała, ale uwierzyłam, że kiedyś Bóg coś mi sam powie i to będzie ważne.

To wszystko nie wpłynęło na moją motywację przystapienia do Krucjaty Eucharystycznej: Dlaczego chcę? Bo Niemcy na to nie pozwalają!

Zielony beret

Przed wojną uczennice szkoły pani Szachmajerowej – a właściwie pięciu panien Posseltówien – nosiły ciemnozielone mundurki i berety. W czasie wojny, gdy trafiłam do tej szkoły, w zasięgu marzeń pozostał jedynie beret. Ciocia Hela uszyła go bardzo ładnie z równych klinów cienkiego zielonego sukna, którym nakrywano stolik do kart. Powstał też długi czarny pompon. Pamiętam siebie, jak przed lustrem wciskam swoje roztrzepane loki pod beret, tak by zakrywał marznące uszy. Nie chciałam nosić na głowie nic innego.

Szkoła zielonych beretów była tam, gdzie przed wojną, na Kopińskiej. Z całego budynku tylko dwie klasy były nasze – resztę zajmował niemiecki lazaret.

Szkoła była niesłychanie ważna. Tylko lekcje religii ze starszą panią katechetką były nudne. Reszta! Reszta była przedsionkiem do udziału w konspiracji i odkrywaniem świata swoich możliwości, ambicji, marzeń o sobie kiedyś. Nie ufam swojej pamięci, nie zapiszę tu nazwisk naszych niby-to-jawnych nauczycieli, z których każdy pracował z nami nad czym innym, niż miał to oficjalnie robić.

Wydawany przez niemiecką administrację „Ster” leżał na ławkach. Nigdy tego nie czytaliśmy, choć w zeszycie trzeba było zapisać „datę” i „Lekcja: czytanie ze >>Steru<<”. Robótkę ręczną nosiłyśmy w tornistrach (wciąż na tym samym początkowym etapie), w planie lekcji pełno było „robót ręcznych”. Naprawdę były to godziny historii, geografii oraz dodatkowe – polskiego. Wpatrywałyśmy się w rysowane kredą na tablicy przedwojenne zarysy państw europejskich. Słuchałyśmy z napiętą uwagą panny Posselt od historii, Ireny. Nie zawsze byłyśmy w tej szkole takie z przekonania grzeczne. Miałyśmy swoje ważne sprawy, przyjaźnie i antypatie. Bardzo się liczyło, kto koło kogo siedzi – chciało się mieć obok, za plecami same przyjaciółki. Jeszcze coś takiego widzę jak dziś: ogłoszona wczoraj zmiana miejsc, takie generalne przetasowanie. Kto pierwszy zajmie miejsce, będzie siedzieć tam, gdzie chce. Ja mam zająć dla całej naszej paczki. Uczymy się na zmiany – wychodzą dwie klasy z przedpołudniowej, z dużej przechodniej salki i z naszej. Teraz! Któraś z nauczycielek zagradza mi drogę. „Dziecko, spokojnie!”. Odpycham ją siłą – nie mogę przecież zawieść, pozwolić na zniweczenie planu zajęcia miejsc. Wyrywam się, aż pryskają guziki fartuszka. Jestem w klasie, blokuję ustalone miejsca. Nic to, że mama ma przyjść do przełożonej na rozmowę. Mamy nie mogę denerwować, przyjdę sama. I to się udaje. Pani Sz. rozumie, że ja zamiast rodziców, bo tatuś na wojnie, a mama dostanie ataku woreczka… Doświadczoną starszą panią, zresztą prawdziwą damę, wzrusza mała rozczochrana grubaska w przekrzywionym fartuszku, bardzo serio tłumacząca, dlaczego musiała wtedy koniecznie wejść pierwsza, że za szamotaninę przeprasza.

„Szczotka”

W szóstej klasie (na rok przed Powstaniem) założyłyśmy organizację, oczywiście tajną. Było nas chyba ze sześć, w różnym stopniu aktywnych. Organizacja nazywała się „Szczotka”. Cele: „Prawda – Dobro – Piękno” oraz „Ojczyzna” były zapisane w moim maleńkim pamiętniku-notesiku. Była tam jeszcze dewiza „Ku H…”. „H” to była moja nieco starsza kuzynka, która dostąpiła już przyjęcia do Szarych Szeregów. Jej imię było symbolem wejścia w krąg, do którego aspirowałyśmy. Na razie z przedwojennej książeczki uczyłyśmy się prawa harcerskiego oraz węzłów, które tam były narysowane. Marzyłyśmy o udziale w małym sabotażu, o ćwiczeniu pomocy rannym. Na razie ukradkiem sprzątałyśmy otoczenie pomnika Marii Skłodowskiej-Curie (stał wtedy wśród krzewów, a żołnierze niemieccy wyrzucali tam zużyte prezerwatywy). Ten pomnik nie był strzeżony, mogłyśmy spokojnie kłaść przy nim kwiatki z działki. To była wiosna, ostatnia przed Powstaniem.

Nasz pokój sublokatorski

Ostatni z wojennych: u państwa S. na ulicy Adama Pługa 1/3. Na wprost drzwi wejściowych do mieszkania – drzwi do tego obszernego, dwuokiennego pokoju. Między oknami – to się teraz wyłania z pamięci – jakiś portret należący do gospodarzy. Po prawej tapczan mamy, pokryty szafirowym szorstkim pluszem. Musiałyśmy tu go jakoś zataszczyć – czy ktoś przewiózł? Bo resztę dobytku, w tym książki, przenosiłyśmy w ręcznych torbach, piechotą przez  ogromne Pole Mokotowskie. Torba szara, czerwone rączki. Ciężka. Od latarni do latarni donieść.

Po lewej stronie pokoju moje łóżko z siennikiem. Jeszcze fotel, okrągły stolik. Na parapecie moje akwarium (szklana kula, w której pływają rybki: złocisty „Żarłok”, „Czarny” z fosforyzującymi plamkami oraz malutki wąsaty sumik). Jeszcze na ścianie obraz, nasz własny, przedstawiający las o zachodzie słońca.

To wszystko się spali. Szkło się stopi. Kawałki – jak niebieskawe kamienie – znajdę potem, oglądając wypalony dom podczas wycieczki szkolnej w 1945 roku.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata