|
JANUSZ PONIEWIERSKI
„W tym znaku zwyciężysz”. Krótka historia miesięcznika „Znak”
Dekada pierwsza (1946–1956): Spotkanie z Goliatem
Praca w „Znaku” była „radosna, ale znojna, bo miesięcznik nie miał pieniędzy” - opowiadał Stanisław Stomma. „Kiedyś urząd finansowy zastosował taki domiar podatkowy, że zapłacenie go było zupełnie niemożliwe. Spłacaliśmy po trosze, ratami, z tych zaległości nigdy się nie wykopaliśmy, aż do zamknięcia pisma w roku 1953”. Pod kierunkiem Malewskiej i Stommy wyraźnie zarysowała się linia programowa pisma. Żartobliwie mówiono o niej, że wyznaczają ją trzy terminy: tomizm, atomizm i stommizm.
Miesięcznik „Znak” powstał z inicjatywy „niedużej, nieformalnej
grupy osób związanych z »Tygodnikiem Powszechnym«” – wspominał
Stanisław Stomma. Oprócz niego w skład tej grupy wchodzili:
Hanna Malewska, Stefania Skwarczyńska, Jerzy Turowicz, Stefan
Swieżawski, Józef Feldman oraz najmłodszy z nich Jerzy Hubert
Radkowski. Rzecz ciekawa, profesor Feldman, wybitny historyk, nie
znalazł się w końcu w zespole nowego pisma (nigdy też nie opublikował
tu żadnego artykułu!). Stomma zapamiętał dyskusję, w trakcie
której doszło do istotnej kontrowersji programowej: państwo
Feldmanowie (w pracy nad założeniem „Znaku” brała bowiem udział
także pani profesorowa) „chcieli mieć miesięcznik społeczno-literacki,
my upieraliśmy się przy treści filozoficzno-religijnej. Ostatecznie
Feldmanowie wycofali się, nieco urażeni. Bardzo z tego powodu
rozgniewał się na nas ks. Konstanty Michalski. Merytorycznie zgadzał
się z nami, ale uważał, że wykazaliśmy nietolerancję, »klikowość
«, i bardzo na nas gderał”. Z kolei, zdaniem Stefana Swieżawskiego,
rzeczywiście był między nimi spór, ale jego przedmiot wyglądał
nieco inaczej: chodziło o to, czy „Znak” będzie pismem
„profesorskim”, w którym „publikowaliby swoje artykuły jedynie luminarze naszego życia umysłowego”, czy też powinien on być
otwarty dla wszystkich, zwłaszcza dla młodych. Większość opowiedziała
się wówczas za poszukiwaniem prawdy bez względu na wiek
i wykształcenie autorów. Swieżawski wspominał, że w trakcie jednego
z zebrań „wypowiedział tę myśl w sposób dość radykalny, narażając
się nawet obecnemu na tym spotkaniu księdzu rektorowi
Michalskiemu, który uczestniczył w nim wraz z prof. Feldmanem...”.
Pierwszy numer „Znaku” ukazał w czerwcu 1946 roku. Jego
wydawcą była powołana specjalnie w tym celu Spółdzielnia Wydawnicza
„Znak”, a zatem – inaczej niż w przypadku „Tygodnika Powszechnego”
– miesięcznik zachowywał formalną niezależność od
Kościoła, choć jego narodzinom towarzyszyło błogosławieństwo księcia
metropolity Adama Sapiehy. Redaktorem naczelnym (a także redaktorem
technicznym i w ogóle jedynym płatnym pracownikiem
pisma) został Radkowski, który nie miał, jak się zdaje, żadnego innego
źródła utrzymania – i w związku z tym mógł się tej pracy całkowicie
poświęcić. Niemniej był jeszcze jeden powód takiej decyzji
personalnej: według Jacka Woźniakowskiego to właśnie „Jerzyk”
Radkowski namówił ekipę „Tygodnika” do założenia poważnego
i elitarnego miesięcznika, a potem załatwił zgodę wysokiego działacza
partyjnego Stefana Żółkiewskiego na jego wydawanie (tyle razy
do niego jeździł – opowiada Woźniakowski – „wiercił mu dziurę
w brzuchu”, zasypywał argumentami, że w końcu Żółkiewski dał się
przekonać). Poza grupą inicjatywną w zespole pisma znaleźli się także:
prawnik Leon Halban i Jerzy Zawieyski (w numerze 25. ze stopki
zniknie prof. Halban, a na jego miejsce pojawi się Antoni Gołubiew
i – trochę później – Maria Morstin-Górska). Redakcja mieściła
się (tymczasowo, jak zaznaczano) przy ul. Piłsudskiego 6, w lewej
oficynie, na III piętrze, żeby już wkrótce przenieść się na ul. Sobieskiego
3 m. 8 (III piętro).
W artykule wstępnym deklarowano:
Podejmujemy wydawanie
„Znaku” z wolą czynnego współuczestnictwa w tworzeniu nowej rzeczywistości
z jasno nakreśloną linią programową. Z podłoża najautentyczniejszego
i najpełniejszego katolicyzmu chcemy wywieść człowieka
zdolnego dzisiejszej rzeczywistości podołać, napór jej wytrzymać
i zwycięsko poddać ją sobie.
I dalej:
Do ważnych zadań naszego pisma zaliczamy pogłębienie życia religijnego w szerokich warstwach
polskiej inteligencji. (...) Droga ku lepszej Polsce i lepszemu światu
wiedzie (...) przede wszystkim przez przebudowę dusz ludzkich i przepojenie
ich światłem wiary Chrystusowej.
Wiele tekstów zamieszczonych w tym numerze „Znaku” ma charakter
programowy. Takie właśnie są artykuły: Stefanii Skwarczyńskiej
(Człowiek zagubiony w świecie), Jerzego Turowicza (W stronę
uspołecznienia) czy ks. Konstantego Michalskiego (Dokąd idziemy).
Redaktorzy wyraźnie czuli powagę chwili, jej dramatyczność (w owym
dramacie – pisał Turowicz – „k a ż d a osoba ludzka ma swoją r o l ę,
i do odegrania tej roli została p o w o ł a n a”). I odpowiedzialność
wobec historii (bo to, kim jest człowiek, „kształtuje historię”).
Wyjaśnienie tytułu nowego pisma przynosiła czwarta strona
okładki – umieszczono na niej monogram Chrystusa i napis: „In hoc
signo vinces” („W tym z n a k u zwyciężysz”).
Jerzy Radkowski niedługo pełnił funkcję naczelnego. Zakochany
w Angèle Fumet, córce francuskiego intelektualisty Stanislasa Fumeta,
wyjechał za nią do Francji i tam już pozostał. Po nim – już od
trzeciego numeru – redakcję „Znaku” objęli wspólnie: Hanna Malewska
i Stanisław Stomma, który jednocześnie pracował jako adiunkt
(był doktorem habilitowanym) przy katedrze Prawa Karnego UJ. Do
czasu. Komunistyczni rządcy uniwersytetu nie wyobrażali sobie bowiem,
żeby redaktor katolickiego pisma mógł być jednocześnie nauczycielem
akademickim. Postawili Stommie ultimatum – a kiedy
ten próbował mimo wszystko godzić ogień z wodą, został z uniwersytetu
zwolniony (1949).
Praca w miesięczniku była „radosna, ale znojna, bo »Znak« nie
miał pieniędzy” – opowiadał później Stanisław Stomma. – „Pismo
nie było samowystarczalne, dotacje z Kurii nieregularne i skromne
(...), pensje redaktorów arcyskromne i, co gorsza, nie mogły być regularnie
pobierane”. W tej sytuacji przyszły poseł i kawaler Orderu
Orła Białego musiał jeździć po Polsce i kwestować na pokrycie kosztów
każdego numeru. Sytuacja finansowa odbijała się na miesięczniku, który stawał się z tego powodu coraz bardziej nieregularny (numer
trzeci na przykład nosił datę: wrzesień – grudzień 1946). Po
latach redaktorzy przyznawali, że popełnili
błąd, nie wiążąc się ściśle z „Tygodnikiem”,
wydawanym wówczas przez krakowską Kurię.
Owszem, Kuria pomagała i im, ale to nie pokrywało
nigdy całego deficytu. Raz dostali pieniądze
tylko dlatego, że sekretarka „Znaku” (to
mogła być Maria Michałowska) rozpłakała się
w trakcie rozmowy z księdzem kanclerzem.
Stomma wspominał to jako „epizod zabawny,
acz smutny”. Bywały jednak – dodawał – momenty bardziej dramatyczne:
„Kiedyś urząd finansowy unieważnił nam księgi i zastosował
taki domiar podatkowy, że zapłacenie go było zupełnie niemożliwe.
Spłacaliśmy po trosze, ratami, z tych zaległości nigdy się nie wykopaliśmy,
aż do zamknięcia »Znaku«” w roku 1953.
Pod kierunkiem Malewskiej i Stommy wyraźnie zarysowała się
linia programowa pisma. Żartobliwie mówiono o niej, że wyznaczają
ją trzy terminy: tomizm, atomizm i stommizm.
Tomizm to było „meblowanie głów”. Dbał o to głównie profesor
Swieżawski (który już w drugim numerze zamieścił artykuł: Dlaczego
tomizm?), a w pewnym stopniu również Turowicz, zafascynowany
myślą Maritaina. W ramach tego nurtu ukazał się w „Znaku”
głośny artykuł o. Innocentego Bocheńskiego ABC tomizmu, traktowany
przez czytelników jako odtrutka na wszechobecny wówczas
materializm dialektyczny. A ponieważ nakład miesięcznika był ograniczony,
a zainteresowanie tym tekstem ogromne – redakcja zdecydowała
się na powtórną (!) jego publikację.
„Atomizm” stanowił domenę Hanny Malewskiej. Zdaniem Stommy,
Malewska – z wykształcenia historyk – dobrze rozumiała dziejowe
znaczenie zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki.
Uważała je za „groźny, okrutny sygnał początku nowej epoki”. Może
chciała w ten sposób naprawić błąd „Tygodnika”, który... wybuchu
tej bomby niemalże nie zauważył? Czterdzieści lat później Jerzy Turowicz
wspominał, iż redakcji „TP” „wydawało się wówczas, że jest to (...) tylko jedno z wydarzeń toczącej się wojny. Jakoś nie widzieliśmy
specjalnego powodu, żeby ten fakt komentować”.
Hanna Malewska taki powód widziała. I to chyba dzięki niej
„Znak” (o ile, oczywiście, pozwalała mu na to cenzura) starał się
reagować na bieżące wydarzenia. Na przykład na antysemicki pogrom
w Kielcach – i jego przyczyny („W społeczeństwie polskim,
w jego masie... tkwi niebezpieczna psychoza... Psychoza ta wyraża
się sporadycznie w czynach, ale częściej w aprobacie tych czynów,
a jeszcze częściej w milczącej zgodzie na nie (...) trzeba, by każdy
inteligent przepracował zagadnienie żydowskie na nowo w sobie,
w swoim sumieniu katolickim i polskim”). Ową aktualność miesięcznik
zachowywał dzięki redagowanej osobiście przez Malewską rubryce
„Zdarzenia – Książki – Ludzie”. Stefan Wilkanowicz, który
był wtedy studentem KUL-u i czytał „Znak” od deski do deski, mówi,
że po przejrzeniu „Zdarzeń” z kilku kolejnych numerów „miało się
jakiś obraz tego, co się dzieje na świecie w kulturze, i to w kulturze
szeroko rozumianej”.
Z kolei „stommizm” oznaczał próbę pokazania katolikom miejsca,
jakie powinni zająć w nowej polskiej rzeczywistości. Nazwa odwoływała
się do artykułu Stommy Maksymalne i minimalne tendencje
społeczne katolików (nr 3, 1946). Autor, przewidując, że życie
polityczne i gospodarcze zostanie już niedługo całkowicie zdominowane
przez komunistów, postulował wycofanie się katolików w dziedzinę
kultury i życia religijnego. Kościół – pisał – to „stary dąb, z którego
wiekowych konarów tryskają młode pędy”; prawdziwe dlań
niebezpieczeństwo polega na „usychaniu gałęzi z powodu braku krążenia
żywego nurtu w duszach” (a nie na nieobecności Kościoła w życiu
społecznym!). I dalej: „Nie wiemy, czy, kiedy i jak rozegra się
w Polsce konflikt obozu katolickiego z obozem wojującego socjalizmu.
Być może rezultatem konfliktu będzie dalsza utrata pozycji społecznych
przez katolicyzm u nas posiadanych. Istotną jest pewność,
że ze starego dębu tryskać będą nowe pędy. Katolicyzm polski znajdzie
nowe tereny i nowe formy dla wielkiej ekspansji duchowej”.
To był tekst kontrowersyjny. I wywołał gorącą dyskusję. Stanisława
Stommę oskarżono o defetyzm i kapitulanctwo, oddawanie
komunistom pola (czytaj: dziedziny życia społecznego) bez walki. Głównym adwersarzem był publicysta o poglądach zdecydowanie
chadeckich Jerzy Braun („Tygodnik Warszawski”). Z inicjatywy
ks. Jana Piwowarczyka doszło nawet do publicznej debaty na ten
temat. Świadkowie tamtego spotkania zapamiętali, że Stomma i Braun
byli nastrojeni niezwykle ugodowo, a na zakończenie „podali sobie
ręce i ucałowali się”. No cóż, jako ludzie obdarzeni temperamentem
politycznym, obaj musieli zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę są
sojusznikami w starciu z prawdziwym przeciwnikiem. Przy okazji
warto pamiętać, że już w roku 1948 władze zlikwidowały „maksymalistyczny”
„Tygodnik Warszawski” i aresztowały jego redaktorów,
w tym Jerzego Brauna. „Minimalistyczny” „Tygodnik Powszechny”
i „Znak” miały nieco więcej szczęścia...
Oba pisma, borykając się z coraz bardziej dotkliwą cenzurą, przetrwały
do wiosny 1953 roku. Jak wiadomo, po śmierci Stalina „Tygodnik”
odmówił publikacji peanu na jego cześć. W ten sposób wydał
na siebie wyrok: został zamknięty i przekazany Stowarzyszeniu PAX,
zrzeszającemu katolików bardziej uległych wobec komunistycznej
władzy. Zlikwidowano wówczas również bratni miesięcznik.
Dla redaktorów nadeszły czasy bardzo trudne. Na początku bardzo
realna wydawała im się groźba uwięzienia. „Ustały skromne źródła
dochodu i trzeba się było jakoś urządzić” – wspominał Stanisław
Stomma. Łapano więc każdą okazję zarobienia pieniędzy. I tak:
Malewska zaczepiła się jako archiwistka w Bibliotece Kórnickiej,
Stomma opracowywał fiszki w Instytucie Łaciny Średniowiecznej,
Gołubiew robił zabawki na choinkę, Turowicz dorabiał tłumaczeniami
i – jak w swoim dzienniku zapisał Leopold Tyrmand – „szlifował
bruki”.
Trzeba przyznać, że pomagali im wówczas ludzie Kościoła. Na
przykład proboszcz parafii Mariackiej ksiądz Ferdynand Machay:
„Wziął kilku redaktorów [„Tygodnika”], którzy mieli małe dzieci,
na pensje i wypłacał je regularnie co miesiąc” – wspominał ks. Andrzej
Bardecki. Wśród darczyńców był również młody współpracownik
„Tygodnika” i „Znaku”, ks. Karol Wojtyła.
W wolnych chwilach kwitło życie towarzyskie. „Niemal co wieczór
– pisze Jacek Żakowski w książce o „Tygodniku” (Pół wieku
pod włos) – Gołubiewowie spotykali się z mieszkającymi opodal Stommami, żeby do późnej nocy grać z nimi w nogę, przypominającą kierki
karcianą grę, której nauczył ich Kisiel”. Miejscem szczególnie ważnym
był dla nich salon pani Zofii Starowieyskiej-Morstinowej, gdzie
bez końca toczyły się ważne rozmowy, czytano teksty wyjęte z szuflad
itp. Ktoś wymyślił dla tych debat nazwę: KA-KA-DU (czyli Katolicki
Klub Dyskusyjny), a Kisiel ułożył nawet kuplet:
KA-KA-DU papuga
bardzo mądry ptak
lewym okiem mruga
przyśpiewując tak:
KA-KA-DU papuga...
itd.
Tak mijały im kolejne miesiące i lata. Aż przyszedł rok 1956.
*
Twórcy „Znaku” wyraźnie wzorowali się na przedwojennym
kwartalniku „Verbum”. Punkt odniesienia stanowił dla nich również
francuski miesięcznik „Esprit”, założony przez Emmanuela
Mouniera. Zresztą Mounier był w roku 1946 w Krakowie i rozmawiał
ze Swieżawskim, Malewską, Turowiczem. Ten ostatni – próbując
kilka lat później nakreślić cele przyświecające założycielom krakowskiego
pisma – pisał o „wypracowywaniu kształtu współczesnego
humanizmu integralnego, opartego o pełną, a więc także religijną
koncepcję człowieka”. Tak rozumiano wówczas „znaki czasu” – i tak
odpowiadano na głębokie „społeczne zapotrzebowanie”. Co ciekawe,
kiedy w roku 1966 (na dwudziestolecie pisma) ogłoszono wśród
czytelników ankietę, niektórzy respondenci wspominali ważne dla
nich, „formacyjne” artykuły z przeszłości. Teksty przy tej okazji najczęściej
wymieniane to: ABC tomizmu Bocheńskiego (1950) oraz
artykuł Antoniego Gołubiewa Dlaczego jestem katolikiem? (1951).
„Znak” był wówczas, bez wątpienia, katolickim „oknem na świat”.
Zamieszczano tu teksty: Chestertona, Claudela, Gilsona, Guardiniego,
Lewisa, Maritaina czy kard. Suharda (listy pasterskie: Rozkwit
czy zmierzch Kościoła? oraz Zmysł Boży). Tutaj też, począwszy od numeru 1/1952, zaczął się ukazywać Posiew kontemplacji Thomasa
Mertona. W roku 1951 artykułem O humanizmie św. Jana od Krzyża
zadebiutował na tych łamach ksiądz Karol Wojtyła.
Ale „Znak” już wtedy otwierał się na dialog z innymi światopoglądami,
innymi „punktami widzenia”. Tekstem z tego względu programowym
był zamówiony przez redakcję esej Gołubiewa: Katolickość
Conrada. Jak wyjaśniał Stanisław Stomma, „chodziło o ukazanie chrześcijańskiego
fundamentu u ludzi pozornie niewierzących”. W tym
„pierwszym” „Znaku” można też znaleźć artykuły: Henryka Elzenberga
o Gandhim, ks. Franciszka Tokarza o Upaniszadach czy króciutki
tekścik (sygnowany literkami AW): U Dalajlamy i Panczenlamy.
Krakowski miesięcznik był „oknem” także i w tym sensie, że ofiarowywał
czytelnikom łyk „świeżego powietrza”. „Znak” nie kłamał,
a to, co mówił – mówił inaczej, zupełnie innym językiem. Z ówczesnej
prasy państwowej wylewał się przecież nieprzerwany strumień
nowomowy – a w „Znaku” publikowano: Tatarkiewicza i Konińskiego,
Borowego i Parandowskiego, Zawieyskiego i Malewską... Nawiasem
mówiąc, to właśnie Hanna Malewska jest autorką opowiadania,
które uważam za najważniejszy tekst ogłoszony w tej dekadzie
na łamach miesięcznika: Sir Tomasz More odmawia – ubranej
w XVI-wieczny kostium opowieści o świadectwie, do którego wciąż
na nowo wzywani są uczniowie Chrystusa.
JANUSZ PONIEWIERSKI, ur. 1958, członek redakcji „Znaku”, autor
książek Pontyfikat. 1978–2005 (III wyd. 2005) i Kwiatki Jana Pawła II
(2002).
Ciąg dalszy historii „Znaku” (lata 1956–1966)
Pozostałe odcinki kalendarium
POWRÓT NA GÓRĘ STRONY
|