|

TEMATY I REFLEKSJE
Gołdap (fragment)
DOROTA ZAŃKO
Mężczyzna ma na sobie sportową koszulkę i rozpięty sweter. Średniego
wzrostu, zadbany, na łysince starannie zaczesana „pożyczka”.
Dowcipy opowiada sprawnie, jakby czytał z książki, między jednym
a drugim umiejętnie pozostawia przerwy na śmiech. Otaczające go
kobiety zaśmiewają się w rytmicznych sekwencjach. Mężczyzna wypuszcza
dym z papierosa. Na budynku, przed którym stoi, widnieje
napis: „Sanatorium Uzdrowiskowe”.
Gołdap, początek sierpnia 2007 roku.
Dzwoni komórka. Jedna z kobiet odbiera telefon, odchodzi na
bok i mówi do słuchawki: „Przywieź mi biały sweter i te spodnie
w paski…”
„…spodnie ze sztruksu bordowe, koszulę flanelową, może być
Taty, papier toaletowy, ile macie. I aksamitkę zieloną do włosów,
jest u mnie w szafie…”, wyliczała potrzebne rzeczy w liście do rodziny
inna kobieta, którą zimą 1982 roku przywieziono do tego samego
budynku.
Jak wszystkie pozostałe, które wtedy tu zamieszkały, nie przyjechała
na turnus. W nocy z dwunastego na trzynastego grudnia 1981
zabrano ją z domu i osadzono najpierw w areszcie śledczym. Obskurna cela, więzienny rygor i funkcjonariusz, od którego dostała
w twarz. Po dwóch tygodniach, razem z kilkoma innymi kobietami,
została wsadzona do „suki”. Jechały zmarznięte, głodne i przerażone,
że wiozą je za sowiecką granicę. Ja nie wiem, gdzie jedziecie –
mówił milicjant z konwoju – ale tam nie ma już domów, tylko hitlerowskie
bunkry…
Po kilkunastu godzinach jazdy samochód zjechał z asfaltu
na wąską leśną drogę. Długie łapy świerków gładziły niezdarnie jego
burty, bezszelestnie osypywał się śnieg. Kobiety podskakiwały na wybojach.
Kiedy przejechały, zatrzasnęła się za nimi noc.
Wysadzono je przed piętrowym budynkiem, weszły po kilku stopniach
do holu. Zmrużyły oczy oślepione blaskiem świateł. Nie martw
się, dziewczyno, jesteś w Polsce, powiedziała do jednej z nich Anna
Walentynowicz.
Budynek, postawiony na gruzach wojennej kwatery Göringa,
w latach 70. był ośrodkiem wypoczynkowym dla pracowników Radia
i Telewizji. Teraz mieści prywatne sanatorium. Między jedną
funkcją a drugą pełnił jeszcze trzecią: w 1981 roku przekształcono
go w „ośrodek odosobnienia” dla aktywnie działających w Solidarności
kobiet z całej Polski.
Zamieszkały w pokojach, gdzie okna zabite były gwoździami.
O rzut szyszką stało skute lodem jezioro, o kilka kilometrów dalej
miasteczko Gołdap, po którym kiedyś przechadzał się Kant. W okolicy
pod śniegiem spały wioski o niezrozumiale brzmiących nazwach:
Botkuny, Żytkiejmy, Dubeninki, Skajzgiry, Kiepudreje, Pluszkiejmy…
Kawałek dalej ciągnęła się radziecka granica.
Na zewnątrz, między świerkami, stały wojskowe posterunki.
Żołnierze źle byli nastawieni do internowanych kobiet – powiedziano
im, że to kryminalistki (w innej wersji: prostytutki) z całej Polski.
Ale wzajemna niechęć przemieniła się dość szybko w sympatię. Wyrwani
z domów i marznący na śniegu chłopcy zaczęli wzbudzać
w uwięzionych kobietach poczucie solidarności. One w nich – współczucie.
Dla poprawy stosunków nie bez znaczenia był też pewno
częściowy striptiz brawurowo wykonany raz przez jedną z dziewcząt: chciała udowodnić przestraszonym koleżankom, że choć złamie
zakaz stawania w oknie, żołnierze nie będą strzelać. Rzeczywiście,
jakoś nie strzelali.
Więcej na łamach wrześniowego numeru „Znaku”
Zamów numer
DOROTA ZAŃKO, tłumaczka, pracuje w redakcji miesięcznika „Znak”.
POCZĄTEK STRONY |