|

SPOŁECZEŃSTWO NIEOBOJĘTNYCH
Uzdrawiająca przyjaźń
MARIUSZ GARBOL
Było słoneczne październikowe przedpołudnie, gdy z nadzieją na to,
że wreszcie znalazłem właściwe miejsce do życia, wnosiłem kartony z rzeczami
na pierwsze piętro domu „Effatha” w Śledziejowicach. Wylądowałem
w pokoju tak małym, że rozłożywszy szeroko ręce, można było
niemal dotknąć przeciwległych ścian. Na biurku leżały czekoladki i ręcznie
malowana kartka z podpisami mieszkańców i słowami: „Witaj w domu”.
Kiedy Jean Vanier ponad czterdzieści lat temu zamieszkał razem
z Raphaelem i Philippe’em, mężczyznami z upośledzeniem umysłowym,
w małym domu w Trosly-Breuil, nie przypuszczał, że w ten sposób rodzi
się L’Arche i że podobne domy powstaną w wielu miejscach świata.
Prawdziwy dom jest miejscem otwartym dla wędrowców oraz zaproszeniem
do budowania wspólnoty i dlatego jest tak ważny dla wszystkich
członków Arki. Wiele lat temu podczas remontu domu w Śledziejowicach
ktoś postawił pytanie: „Jak go nazwać?”. Kazek, mały brat Jezusa,
odpowiedział błyskawicznie: „Effatha – otwórz się”. Takie imię dodaje otuchy, ale nakłada też ogromne zobowiązanie troski o każdego mieszkańca
i przybysza. Siły ludzkie nie wystarczą, aby podołać temu zadaniu,
dlatego jest tutaj kaplica z Najświętszym Sakramentem.
Nazaret w Śledziejowicach
Pamiętam bardzo wyraźnie pierwsze odczucie – zachwyt nad pełnym
prostoty życiem „arkowym”. Wspólne gotowanie, sprzątanie, jedzenie
posiłków, praca w warsztacie i modlitwa. Jesteśmy tutaj razem, a każdy
jest całkiem inny. Od takiej inności zaczyna się prawdziwa rozmowa. „Jeżeli
ja to jestem ja, bo ty to jesteś ty, to ani ja nie jestem ja, ani ty nie jesteś
ty. Ale jeżeli ja to jestem ja, bo ja to jestem ja, a ty to jesteś ty, bo ty to
jesteś ty, to wtedy ja to jestem ja, a ty to jesteś ty – i możemy rozmawiać” (Byron L. Sherwin, Duchowe dziedzictwo Żydów polskich, Warszawa 1995, s. 79). Tak właśnie opisał istotę dialogu żyjący w XIX wieku mistrz chasydzki
rabin Menachem Mendel z Kocka. Inność może być źródłem fascynacji
życiem jako darem Opatrzności. Inność oznacza również bardzo
wiele kłopotów w komunikacji międzyludzkiej i krzyż codzienności.
Moim Nazaretem był nie tylko dom, ale i pracownia świec ulokowana
w garażu samochodowym. W zimie świeczkowe królestwo jako
żywo przypominało wędzarnię, bo wentylacja nie była w stanie pochłonąć
oparów parafiny topionej na kuchni elektrycznej. Jednak powstające
tu ozdobne świece wprawiały w niekłamany zachwyt nawet najbardziej
obojętne i zblazowane istoty ludzkie. Ręczna robota znajdowała
nabywców w kilku największych polskich miastach (głównie w Krakowie).
Nasze świece były i są dziełem wspólnej pracy „ludasów” (osoby
z upośledzeniem umysłowym – termin wymyślony przez Alinkę Domnicz,
malarkę i bajkopisarkę, rezydentkę domu w Śledziejowicach) i asystentów.
Jedna z głównych zasad pracy w warsztatach jest prosta w teorii
i trochę bardziej skomplikowana w praktyce: każdy uczestnik powinien
umieć wykonać jak najwięcej różnorodnych czynności samodzielnie.
Miałem ogromne szczęście zakosztowania twórczej, spokojnej i owocnej
pracy. W garażu nie siedziały szczury uczestniczące w bezustannym
wyścigu, lecz byli tam ludzie budujący dzięki pracy własnych rąk swoje
poczucie godności i niepowtarzalności. Byli szczęśliwi, mając zagospodarowany
czas, miłą atmosferę, niewielkie kieszonkowe oraz świadomość,
że zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce kupić nasze świeczki. Praca
potrzebna innym i godziwie wynagradzana prowadzi do odkrywania
własnego człowieczeństwa, staje się integralną częścią życia. Świece, ikony,
obrazy i kartki okolicznościowe były ucieleśnieniem tego, co dobre
we wspólnocie. Zajęcia warsztatowe dopełniane były wyjazdami na basen,
hipoterapią oraz odwiedzaniem krakowskich galerii i wystaw. Jeden z takich wyjazdów wypadł w okresie ogromnych czerwcowych upałów.
Kasia i ja czekaliśmy przed domem w Śledziejowicach na Karola.
Nagle pojawił się w drzwiach: z wygoloną głową, w czarnych okularach
i czarnym prochowcu sięgającym niemal ziemi do złudzenia przypominał
członka zespołu punkowego. Na krakowskim Rynku Karol stanowił
nie lada sensację – czarna postać, której niestraszny żar lejący się z nieba.
Kto by przypuszczał, że ta niesamowita postać zmierza pewnym krokiem
do przybytków sztuki.
Ruchome schody
Życie „arkowe” ma tę niesamowitą właściwość, że wypełnione jest
relacjami. Martin Buber mógłby tu dojrzeć różnorodne odcienie filozofii
dialogu w praktyce. Przenikające się nawzajem mikrokosmosy osób
i asystentów są pod wieloma względami fascynujące. Trudno dziś znaleźć
takie miejsca, gdzie najważniejszy jest człowiek, z jego małymi i dużymi
sprawami. Wiele domów Arki na świecie stwarza przestrzeń, w której
słucha się, by usłyszeć, patrzy, aby zobaczyć, i rozmawia się, by budować
przymierze między ludźmi oraz między człowiekiem a Bogiem.
U początków historii niektórych osób z upośledzeniem znajduje się
odrzucenie. Gdy na świat przychodzi zdrowe dziecko, wszyscy pytają:
dziewczynka czy chłopczyk? Gdy pojawia się dziecko niepełnosprawne,
zapada głucha cisza, kłopotliwa i raniąca. W samym sercu tej ciszy jak
cierń uwiera pytanie: cóż począć z takim kłopotem? Odrzucenie jest jak
miecz obosieczny: u rodziców zamienia się w poczucie winy, a w życiu
ich dzieci skutkuje chronicznym brakiem miłości. Lucek przyszedł do
Śledziejowic naznaczony – użyjmy eufemizmu – bolesnymi doświadczeniami
z przeszłości i niemal od progu objawił się jako człowiek złożony
z samego uporu. Jednak dzień po dniu odsłaniał jakiś element swego
wewnętrznego bogactwa i piękna. Zostałem poproszony o zostanie jego
asystentem. Wiele się od niego nauczyłem również dlatego, że okazał
się niezwykle wymagającym towarzyszem „arkowej” wędrówki, która
rozpoczynała się codziennie o ósmej rano, a kończyła o drugiej w nocy.
Towarzyszenie może być procesem wymiany darów opartym na
wzajemnym zaufaniu oraz poszanowaniu odmienności drugiego. Czasem
zaufanie rodzi się powoli i w wielkim bólu obumierania naszego
egoizmu. Bolesną rzeczą jest stawanie w prawdzie o sobie samym, szczególnie
gdy myślimy o naszych lękach i ograniczeniach. Lucek jak mało kto potrafił sprawdzać poziom cierpliwości asystentów. Zawsze miał
swoje zdanie, a sposób jego wypowiadania idealnie korespondował z majestatycznym
i powolnym krokiem, którym poruszał się po domu. Cokolwiek
otrzymał, niemal natychmiast rozdzielał między mieszkańców.
Kiedyś kupił butelkę piwa i poprosił mnie o rozlanie zawartości do dziesięciu
szklanek. Zmartwił się bardzo, zobaczywszy niewielką ilość płynu
w każdej szklance. Stanął zakłopotany na środku kuchni, drapiąc się po
głowie. Po chwili dolewał już do każdej porcji kranówkę, uśmiechając
się przy tym promiennie.
Naszą przyjaźń scementowało niezwykłe wydarzenie na Dworcu
Centralnym PKP w Warszawie. Cała wspólnota śledziejowicka wybierała
się na kilkudniowe rekolekcje do Konstancina. Stanęliśmy przed
ruchomymi schodami, obładowani ciężkimi plecakami. Lucek niecierpliwie
przestępował z nogi na nogę. Ująwszy go mocno pod rękę, zaproponowałem:
„Policzymy do trzech i razem wejdziemy na schody”.
Prosty plan okazał się katastrofalny w skutkach – leżeliśmy na plecach,
mając nogi w górze, a głowy na dole. Lucek, wystraszony, ściskał moją
szyję tak mocno, że ledwo oddychałem, a schody wiozły nas do góry.
Asystenci stojący na górze musieli za nogi ściągać nas ze schodów. Byłem
wściekły, a wszyscy wokół zaśmiewali się do rozpuku. Kilka dni
później pojąłem prawdziwe znaczenie owej niesamowitej podróży –
poznałem smak upokorzenia i bezradności, smak jakże często nieobcy
osobom niepełnosprawnym.
Droga przemiany
Człowiek, który decyduje się zostać asystentem w Arce, jest trochę
podobny do ucznia Chrystusa. Musi opuścić dom rodzinny, przyjaciół,
rozstać się z marzeniem o dostatnim i wygodnym życiu, a czasem zrezygnować
z kariery naukowej. Jeśli jednak zachowa minimum otwartości,
już po kilku tygodniach dowie się o sobie więcej, niż odkrył przez kilka
ostatnich lat życia. Proste pytania osób niepełnosprawnych dotykają
najgłębszych zakamarków duszy. Wiedza o własnej małości uwiera i boli,
a nieświadomość ukrytych w nas darów zbyt często hamuje wzrost wewnętrzny.
Zaczyna się proces odkrywania swojej prawdziwej tożsamości
i zmagania: z pokusą władzy, kompleksami, żądzą posiadania ludzi
i rzeczy, ale także proces dostrzegania w sobie dobra, z którego każdy
może zaczerpnąć.
Od wielu lat z głębokim wzruszeniem obserwuję, jak rezydenci (osoby
niepełnosprawne) domów Arki przyjmują nowych asystentów, a potrafią
robić to wyjątkowo pięknie. Świadectwo asystentów nie pozostawia
najmniejszych wątpliwości: „Poczułem się zaakceptowany taki, jaki
jestem”. Owo doświadczenie już na wstępie buduje przestrzeń do prawidłowego
wzrostu oraz bardzo pomaga rozpoznać swoje powołanie. Nie
traci się wówczas czasu na udowadnianie innym swojej wartości opartej
na niezmierzonej inteligencji, zasobności portfela i wyjątkowym sprycie
w myśl zasady „cel uświęca środki”. W odkrywaniu powołania potrzebujemy
najbardziej łaski Boga, który często mówi do nas poprzez ubogich.
Pamiętam chwilę kryzysu, poczucia, że już się wypaliłem i dalej nie
pójdę. Siedziałem pogrążony w myślach, jak sobie z tym wszystkim poradzić,
kiedy nagle podszedł do mnie Karol i zaproponował: „Może
porozmawiamy o pokorze?”. Usiedliśmy razem w jego pokoju pochyleni
nad Biblią, Katechizmem Kościoła Katolickiego oraz różnymi słownikami
i długo rozmawialiśmy. To było dotknięcie łaski właśnie w chwili,
gdy krzyż zmęczenia fizycznego i psychicznego wydawał się zbyt ciężki.
„Jezus żyje zawsze tam, gdzie jesteś najbardziej sobą, najbardziej ludzki,
najsłabszy. Jednając się ze swym słabym »ja«, godzisz się z Jezusem” (Henri J. M. Nouwen, Wewnętrzny głos miłości, Poznań 1996, s. 56).
Wielokrotnie doświadczałem i doświadczam dzisiaj życiodajnej mocy
płynącej ze spotkań z osobami niepełnosprawnymi. W czasie tych spotkań
zacząłem odkrywać własne ubóstwo oraz to, że ubogim jest nie
tylko ten, któremu towarzyszę, ale jestem nim również ja sam.
Niezwykle istotnym momentem „arkowej” wędrówki jest chwila,
w której odkrywamy, że prawdziwe powołanie do bycia asystentem nie
oznacza powołania do bycia pobłażliwym i współczującym belfrem. Przed
nami stoi bowiem znacznie trudniejsze wyzwanie: zaproszenie do budowania
przyjaźni.
Uzdrawiająca przyjaźń
Wspominałem już o znaczeniu relacji w życiu Arki jako wspólnoty.
Ich mądre i odpowiedzialne budowanie może stać się źródłem uzdrowienia.
Jeśli za punkt wyjścia przyjmiemy wyjątkowość i unikalność każdej
osoby ludzkiej, odsłoni się przed nami dobro w tej osobie ukryte.
Wspólne życie wypełnione pracą, modlitwą i odpoczynkiem stwarza przestrzeń do takiego poszukiwania i budowania. Jeśli sposób oddziaływania
autorytetu we wspólnocie owocuje służbą w miłości, a nie rozszerzaniem
wpływów kontrolującej wszystkich i wszystko władzy, poszukiwanie
i budowanie, o którym mowa, jest naprawdę możliwe.
Z własnego doświadczenia wiem, że aby taka relacja powstała, strona,
która czuje się „mocniejsza” (zwykle jest nią asystent, ale nie zawsze),
musi przyjąć postawę otwartości i słuchania, pozwolić się zaskakiwać
i w tym zaskakiwaniu umieć odnaleźć radość. Słuchanie stawiam na pierwszym
miejscu przede wszystkim dlatego, że dzisiejszy świat nie jest na tym
polu dobrym nauczycielem. Gazety, radio, telewizja i Internet szantażują
nas swoim bełkotem w tempie wręcz zawrotnym. Osoba niepełnosprawna
bardzo często potrzebuje dużo czasu, żeby się wypowiedzieć. W Arce
jesteśmy wezwani do ofiarowania czasu i cierpliwości potrzebnych do
zaistnienia takiej wypowiedzi. I obojętnie, czy będzie to wypowiedź artysty
pełna neologizmów („artysty niepełnosprawnego”), błyskotliwa refleksja
osoby z upośledzeniem czy też kilka prostych zdań z trudem skleconych
na podstawie niewielkiego zasobu słów. Każda z tych wypowiedzi
zasługuje na naszą najgłębszą uwagę i szacunek, zasługuje również na
wysłuchanie jej do końca oraz na odpowiedź. Asystenci, którzy doświadczają
tego typu dialogu, podkreślają wyjątkowość spotkania. Często mówią
o tym, że spotkanie i dialog z niepełnosprawnym zmieniło ich sposób
myślenia o rzeczywistości i dotknęło serca. Ubodzy pozwalają nam doświadczyć,
jak bardzo jesteśmy przez nich obdarowani.
Uzdrawiająca przyjaźń czerpie swoją moc ze źródła o znanej nazwie:
„bardziej być niż mieć” (Jan Paweł II). W Arce jesteśmy po to, by być
z drugim – ubogim, który sprawia, że serce i umysł pokornieją. To ubogi
stawia mi najważniejsze pytanie w życiu: „Czy mnie kochasz?”. Nieraz
trzeba wielu lat, aby to pytanie usłyszeć i umieć na nie odpowiadać
każdego dnia. Tego właśnie uczymy się my, asystenci, w trakcie budowania
przyjaźni z osobami. Bycie razem, budowanie wspólnoty, choćby
tej najmniejszej, złożonej z dwóch osób, uzdrawia każdego z nas z odwiecznej
troski o siebie. Współczesny kult asertywności połączony z przesadną
dbałością o własny rozwój zaprowadzić nas może w ślepy zaułek.
Troska o drugiego i odpowiadanie na jego potrzeby (czasem bardzo proste)
wskazują właściwą drogę do innego człowieka i do Boga. Ucząc się
dawać z siebie, przekraczamy siebie i powolutku dorastamy do miłości.
POCZĄTEK STRONY |