|

DIAGNOZY
Nie wierzę w szkolną katechezę (fragment)
MICHAŁ BARDEL
Zdaję sobie sprawę, że usunięcie religii ze szkół
dla wielu oznaczałoby pośmiertny tryumf propagandy
komunistycznej. Ale też wierzę głęboko,
że musi wreszcie przyjść czas, kiedy nasze
myślenie zdoła wywikłać się z ekonomicznych
i politycznych kołtunów, kiedy będziemy zdolni
na chłodno spojrzeć na rzeczywistość polskiej
szkoły i polskiej religii i postawić sobie kilka
pytań, których dotąd wstydliwie unikaliśmy.
Kiedy przysłuchuję się sporom o ocenę z religii na świadectwie
szkolnym, odnoszę silne wrażenie, że oto – z dobrej woli, ze słusznych
i zacnych pobudek – zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Słucham argumentów
przeciwnych ocenianiu tak subtelnej i nie do końca mierzalnej
wartości, jaką jest religijność lub nawet samo zaangażowanie
w sprawy wiary, słucham i – ogólnie rzecz biorąc – zgadzam się. Słucham
następnie argumentów drugiej strony (katecheza jako przedmiot
nieoceniany lub oceniany bez negatywnych konsekwencji staje
się przedmiotem niepoważnym) i zgadzam się z nimi równie chętnie.
Mam przy tym nieco próżne przekonanie, że moje koncyliarne
stanowisko, a właściwie jego brak, nie bierze się z lenistwa intelektualnego, ale wyrasta z sytuacji, która sama w sobie zawiera niedającą
się przezwyciężyć sprzeczność. Tą sprzecznością jest obecność
katechezy w szkole.
Nader rzadko powracamy dziś do tego tematu. Nader niechętnie
wraca do dyskusji nad obecnością religii w szkole duchowieństwo.
Powody są ku temu przeróżne: od politycznych po finansowe. Powrót
religii do szkół był w roku ’90 tryumfalnym symbolem zmiany
ustrojowej, symbolem zwycięstwa nad szkołą zideologizowaną. Wtedy,
po Okrągłym Stole, sprzeciwiać mu się mogli przede wszystkim
„wrogowie Kościoła”. Głos kilku jego „obrońców” zadających ważne
pytanie, czy to na pewno dobry pomysł, nie został poważnie potraktowany.
Dziś, po siedemnastu latach szkolnej katechezy w III
Rzeczypospolitej, warto to pytanie postawić na nowo: czy to był na
pewno dobry pomysł? Czy ten pomysł sprawdził się w nowej polskiej
rzeczywistości? Nie będę się rozpisywał o innych powodach,
dla których Kościół hierarchiczny nie powraca dziś do tego tematu,
ponieważ są dość przyziemne: wynajem sal katechetycznych (teraz
często odnajmują je od parafii prywatne szkoły wyższe, szkoły policealne
itp.), pensje nauczycielskie dla wikarych – to wszystko ważny
i potrzebny Kościołowi zastrzyk gotówki, dzięki któremu powstają
nowe świątynie i domy rekolekcyjne. A wszystko to za cenę, którą
chętnie i z wielkimi nadziejami zgodziliśmy się płacić na początku
lat 90.: za cenę uczynienia religii jednym z przedmiotów szkolnych.
Czy nie jest to jednak cena zbyt wysoka?
Moje pokolenie miało okazję doświadczyć tej zmiany na własnej
skórze. W roku ’90 kończyliśmy szkołę podstawową, w siódmej klasie
opuściliśmy salkę katechetyczną i odtąd uczęszczaliśmy na katechezę
do sali chemicznej. Z pełną świadomością twierdzę, że wtedy
również skończyła się dla mnie prawdziwa katecheza1 . Ksiądz z dziennikiem
pod pachą przestał być dla nas prawdziwym księdzem, nigdy
też (choć bardzo tego chciał) nie stał się prawdziwym nauczycielem.
To doświadczenie pokoleniowe pozwala mi sformułować kilka wcale nienowych tez, które – jak sądzę – powinniśmy dziś raz jeszcze
przemyśleć.
Więcej na łamach wrześniowego numeru „Znaku”
Zamów numer
MICHAŁ BARDEL, dr filozofii, wykładowca w Wyższej Szkole Europejskiej
i Collegium Civitas, p.o. redaktora naczelnego miesięcznika „Znak”.
POCZĄTEK STRONY |