|

TEMATY I REFLEKSJE
Czyste mieszkanie (fragment)
HANNA MALEWSKA
W noweli jest jakieś przejmujące szaleństwo i pulsowanie młodości.
Tak, jest strach, ale jest również subtelne szczęście, wynikające
z tego, że nie żyje się dla siebie. Malewska w prywatnych notatkach:
„Noc. Stukam na maszynie. I myślę o tym fantastycznym buzującym
zapale, który wkładało się w pracę tyle lat – to jednak było niezwykłe.
Myślałam w tragiczną wiosnę 1940 o Norwidowskim »kto subtelniej
na świecie szczęśliwy«. I czułam się tak właśnie. Teraz robię to,
co trzeba”.
Czytając Czyste mieszkanie, jesteśmy po stronie życia.
(ze wstępu Anny Głąb)
„Jedźcie sobie, jedźcie, trąbcie – i tak jutro poskręcacie karki!” –
słynna ciężarówka gestapowska, mknąca ulicami jak straż ogniowa i przeznaczona
wyłącznie na postrach, przyprawiała zawsze Zosię o śmiech.
Dziecinny, powodujący buraczkowe rumieńce śmiech, którego starała
się oduczyć.
Z kamienną już miną wyminęła znajomą smarkulę z gazetkami, patrząc
na nią przepisowo jak na powietrze. Chętnie zaimponowałaby tamtej,
że nazywa się już Anita i g d z i e pozostawiła zabawę z gazetkami! –
ale oczywiście mowy o tym nie było. Sama musiała napawać się rozkoszną
myślą, że dopiero dziewiąta, a ona ma już za sobą trzy samodzielne,
pierwsze samodzielne, nowe chody. Na punkcie w czytelni poszło
gładko – blada panienka, która widziała ją wczoraj z Tuśką, bez
słowa wręczyła „zamówioną” książkę. W kwadrans później Anita przewinęła
się, bezmyślnie oglądając wszystkie wystawy koło witryny szwedzkiej
firmy na Brackiej i stwierdziła, że dzisiaj jest w oknie globus, więc
nic. Wcisnęła się w tramwaj w sposób wręcz konkursowy (dzisiejsza
harcerska sprawność numer jeden: jeździć osiemnastką!) i punktualnie
co do minuty na ulicy Suchej wymieniła uścisk dłoni i parę słów z siwą
panią, która poklepała ją z uśmiechem po ramieniu i każdy musiał sądzić,
że to dawna wychowawczyni zatrzymała uczennicę, pytając: co
porabiasz? (Stara dama była rzeczywiście emerytowaną nauczycielką,
choć nie Zosi-Anity. Dopiero teraz czuła, że żyje: boć i POW za młodych
lat było ostatecznie raczej grą amatorską...). Zosia, pomykając
dalej, wsunęła rękawiczki z nową zawartością za podszewkę celofanowej
torby. Koło szczekaczki zatrzymała się pół minuty i sapnęła przez
nos z irytacji. „... Admiralicja brytyjska przyznała się oficjalnie do straty
15 000 ton tonażu od dnia...”
– Krugom już trzy razy całą flotę zatopili – skomentował ktoś w tłumie.
Dopiero na drugiej ulicy Anitka zrozumiała dowcip. Na trzeciej zrobiło
się jej gorąco z pośpiechu i wepchnęła szalik w otchłanie torby.
Mama okutała ją nim rano, „bo na pewno się zaziębisz”. Za czasów
harcerskich Zosia wpadała na taką uwagę w szał, za gazetkowych – parskała
śmiechem: mama nie była przecież ostatecznie w nieświadomości co do ładunku jej tornistra względnie walizki. Teraz, jako osoba dojrzała,
bez protestu nauczyła się brać nawet ciepłe majtki: bądź co bądź
matka i tak dosyć miewa czasem zdenerwowania.
Następny chód był na Ułanów Krechowieckich i znów dopadła tam
w porę co do minuty; może trochę zanadto gnała do tramwaju. „Nigdy
się nie spiesz”, pouczyła Tuśka. Numer, jak wszystkie wczoraj podane,
płonął jej w głowie jak neon.
Zadzwoniła i zastukała dwa razy. – Tu podobno można kupić dżem
truskawkowy? – rzuciła z nonszalancją handlarki.
Pan w binoklach, stojący w drzwiach, zmierzył ją oczyma z nerwowym
niesmakiem i cofnął się w milczeniu. Anita czuła jednak, że to tu,
tylko coś odrobinę nie klapuje. Tak, pan w binoklach był na pewno
grubszą szyszką, zarówno nieświadomą haseł, jak i nielubiącą nowych
twarzy. Zaraz też zastąpiła go w mrokach przedpokoju przystojna i wyniosła
blondynka. – Pani zapewne od Tuśki? – wycedziła niechętnie.
– Truskawkowy dżem można tu dostać? – powtórzyła Anita dobitnie,
nieco zgorszona.
– Mam tylko dżem ze śliwek – raczyła poinformować platynowa.
(„Stare konsp-krowy i nie nauczą się odzewu: a g r e s t o w y miało
być”).
– Czy mogę dostać pięć kilo?
Poczta od Żab? Wy z a w s z e jesteście takie: przysyłają mi nową
bez uprzedzenia.
Pan w binoklach znów wychynął, nie patrząc, przyjął od Anity złożony
papierek wielkości dużego paznokcia, otworzył go, przysunął do
szkieł, odwrócił, wreszcie doręczył blondynce. Pretensja na jej obliczu
ustąpiła miejsca zakłopotaniu. – To nowy „guzik” pocztowy... Czy pani
umie nowy szyfr pocztowy? – zapytała surowo.
– Łączniczka, która nosi, nie powinna umieć – westchnęła Szyszka
w binoklach. – Tylko tyś powinna umieć. Mam spotkanie o czwartej,
a nie wiem adresu.
– Proszę o książkę telefoniczną – wyrzekła Anita, smakując słodycz
triumfu. – O, ta cyfra to stronica, a mianownik kolumna i... O, widzi
pani: K o s z y k o w a . A tak się czyta numer...
Szczytem dyskretnej sprawności było, że Anita nie wyrachowała sama
numeru, tylko pouczyła blondynkę. Tamta z kolei wręczyła jej świstek maszynowego pisma: – Do „za” dla Żab. Jutro najdalej ma być nadane!
– Do „za” dla Żab? – powtórzyła Anita, czując, że blednie, choć
przy jej cerze było to złudzenie.
– Tak. „KKK”: to znaczy bardzo pilne.
Nie mogła pogrążyć się tutaj wyznaniem, że nie wie, co to znaczy
„do za”.
Tuśka, rozłożona wygodnie w fotelu na centralce pocztowej, była
jak zwykle zabójczo elegancka. A olbrzymia modna torba stanowiła chyba
prywatną własność bez skrytek. (Istotnie, Tuśka należała do wyznawczyń
starożytnej mody pończoszanej. Twierdziła, że z tego powodu powinna
mieć kazionne gazówki). Koniec nosa meldującej łączniczki zaczerwienił
się lekko z emocji. Bo wesołe z natury, pięknie ocienione oczy
Tuśki były dziś wyraźnie srogie i zaledwie ją dostrzegały. Czyżby już coś
nawaliła?
– Anitka? Nie, wiesz, dziecko, muszę cię przezwać. To na nic, to ja
już pierwsza zaraz zapomnę. Jesteś, dziecko, L i s e k wykapany.
– Szkoda... Ale może by Tessa? – podsunęła słabo, czując, że i to nie
przejdzie. – No to może Wilczek? – ciekawy, zadarty nos jeszcze poczerwieniał.
Wilczek? Szafirowe oczy Tuśki nadal patrzyły tym nieobecnym spojrzeniem,
które młodzi zawsze biorą za nieżyczliwość. Może wilczek –
taki w workowatej skórze psiak, przechylający się całym ciężarem na
smyczy z miną niedospaną i zawadiacką, i niepewną, i sprytną? Przymrużyła
oczy.
Pełny tekst opowiadania drukujemy
w wakacyjnym numerze „Znaku”
Zamów numer
HANNA MALEWSKA (1911–1983), pisarka, w czasie wojny działaczka ruchu oporu, za udział w powstaniu warszawskim odznaczona Krzyżem Walecznych. Związana ze środowiskiem krakowskiej inteligencji katolickiej, była wieloletnim redaktorem naczelnym miesięcznika „Znak” (w latach 1945–1953 wraz ze Stanisławem Stommą oraz samodzielnie: 1960–1973).
O „Znaku” Hanny Malewskiej czytaj również w kalendarium historii pisma autorstwa Janusza Poniewierskiego.
POCZĄTEK STRONY |