Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LIPIEC–SIERPIEŃ 2007, NUMER 626–627

Strona główna


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 


TEMATY I REFLEKSJE



Czyste mieszkanie
(fragment)

HANNA MALEWSKA


W noweli jest jakieś przejmujące szaleństwo i pulsowanie młodości. Tak, jest strach, ale jest również subtelne szczęście, wynikające z tego, że nie żyje się dla siebie. Malewska w prywatnych notatkach: „Noc. Stukam na maszynie. I myślę o tym fantastycznym buzującym zapale, który wkładało się w pracę tyle lat – to jednak było niezwykłe. Myślałam w tragiczną wiosnę 1940 o Norwidowskim »kto subtelniej na świecie szczęśliwy«. I czułam się tak właśnie. Teraz robię to, co trzeba”.

Czytając Czyste mieszkanie, jesteśmy po stronie życia.

(ze wstępu Anny Głąb)



„Jedźcie sobie, jedźcie, trąbcie – i tak jutro poskręcacie karki!” – słynna ciężarówka gestapowska, mknąca ulicami jak straż ogniowa i przeznaczona wyłącznie na postrach, przyprawiała zawsze Zosię o śmiech. Dziecinny, powodujący buraczkowe rumieńce śmiech, którego starała się oduczyć.

Z kamienną już miną wyminęła znajomą smarkulę z gazetkami, patrząc na nią przepisowo jak na powietrze. Chętnie zaimponowałaby tamtej, że nazywa się już Anita i g d z i e pozostawiła zabawę z gazetkami! – ale oczywiście mowy o tym nie było. Sama musiała napawać się rozkoszną myślą, że dopiero dziewiąta, a ona ma już za sobą trzy samodzielne, pierwsze samodzielne, nowe chody. Na punkcie w czytelni poszło gładko – blada panienka, która widziała ją wczoraj z Tuśką, bez słowa wręczyła „zamówioną” książkę. W kwadrans później Anita przewinęła się, bezmyślnie oglądając wszystkie wystawy koło witryny szwedzkiej firmy na Brackiej i stwierdziła, że dzisiaj jest w oknie globus, więc nic. Wcisnęła się w tramwaj w sposób wręcz konkursowy (dzisiejsza harcerska sprawność numer jeden: jeździć osiemnastką!) i punktualnie co do minuty na ulicy Suchej wymieniła uścisk dłoni i parę słów z siwą panią, która poklepała ją z uśmiechem po ramieniu i każdy musiał sądzić, że to dawna wychowawczyni zatrzymała uczennicę, pytając: co porabiasz? (Stara dama była rzeczywiście emerytowaną nauczycielką, choć nie Zosi-Anity. Dopiero teraz czuła, że żyje: boć i POW za młodych lat było ostatecznie raczej grą amatorską...). Zosia, pomykając dalej, wsunęła rękawiczki z nową zawartością za podszewkę celofanowej torby. Koło szczekaczki zatrzymała się pół minuty i sapnęła przez nos z irytacji. „... Admiralicja brytyjska przyznała się oficjalnie do straty 15 000 ton tonażu od dnia...”

– Krugom już trzy razy całą flotę zatopili – skomentował ktoś w tłumie.

Dopiero na drugiej ulicy Anitka zrozumiała dowcip. Na trzeciej zrobiło się jej gorąco z pośpiechu i wepchnęła szalik w otchłanie torby. Mama okutała ją nim rano, „bo na pewno się zaziębisz”. Za czasów harcerskich Zosia wpadała na taką uwagę w szał, za gazetkowych – parskała śmiechem: mama nie była przecież ostatecznie w nieświadomości co do ładunku jej tornistra względnie walizki. Teraz, jako osoba dojrzała, bez protestu nauczyła się brać nawet ciepłe majtki: bądź co bądź matka i tak dosyć miewa czasem zdenerwowania.

Następny chód był na Ułanów Krechowieckich i znów dopadła tam w porę co do minuty; może trochę zanadto gnała do tramwaju. „Nigdy się nie spiesz”, pouczyła Tuśka. Numer, jak wszystkie wczoraj podane, płonął jej w głowie jak neon.

Zadzwoniła i zastukała dwa razy. – Tu podobno można kupić dżem truskawkowy? – rzuciła z nonszalancją handlarki.

Pan w binoklach, stojący w drzwiach, zmierzył ją oczyma z nerwowym niesmakiem i cofnął się w milczeniu. Anita czuła jednak, że to tu, tylko coś odrobinę nie klapuje. Tak, pan w binoklach był na pewno grubszą szyszką, zarówno nieświadomą haseł, jak i nielubiącą nowych twarzy. Zaraz też zastąpiła go w mrokach przedpokoju przystojna i wyniosła blondynka. – Pani zapewne od Tuśki? – wycedziła niechętnie.

– Truskawkowy dżem można tu dostać? – powtórzyła Anita dobitnie, nieco zgorszona.

– Mam tylko dżem ze śliwek – raczyła poinformować platynowa. („Stare konsp-krowy i nie nauczą się odzewu: a g r e s t o w y miało być”).

– Czy mogę dostać pięć kilo?

Poczta od Żab? Wy z a w s z e jesteście takie: przysyłają mi nową bez uprzedzenia.

Pan w binoklach znów wychynął, nie patrząc, przyjął od Anity złożony papierek wielkości dużego paznokcia, otworzył go, przysunął do szkieł, odwrócił, wreszcie doręczył blondynce. Pretensja na jej obliczu ustąpiła miejsca zakłopotaniu. – To nowy „guzik” pocztowy... Czy pani umie nowy szyfr pocztowy? – zapytała surowo.

– Łączniczka, która nosi, nie powinna umieć – westchnęła Szyszka w binoklach. – Tylko tyś powinna umieć. Mam spotkanie o czwartej, a nie wiem adresu.

– Proszę o książkę telefoniczną – wyrzekła Anita, smakując słodycz triumfu. – O, ta cyfra to stronica, a mianownik kolumna i... O, widzi pani: K o s z y k o w a . A tak się czyta numer...

Szczytem dyskretnej sprawności było, że Anita nie wyrachowała sama numeru, tylko pouczyła blondynkę. Tamta z kolei wręczyła jej świstek maszynowego pisma: – Do „za” dla Żab. Jutro najdalej ma być nadane!

– Do „za” dla Żab? – powtórzyła Anita, czując, że blednie, choć przy jej cerze było to złudzenie.

– Tak. „KKK”: to znaczy bardzo pilne.

Nie mogła pogrążyć się tutaj wyznaniem, że nie wie, co to znaczy „do za”.

Tuśka, rozłożona wygodnie w fotelu na centralce pocztowej, była jak zwykle zabójczo elegancka. A olbrzymia modna torba stanowiła chyba prywatną własność bez skrytek. (Istotnie, Tuśka należała do wyznawczyń starożytnej mody pończoszanej. Twierdziła, że z tego powodu powinna mieć kazionne gazówki). Koniec nosa meldującej łączniczki zaczerwienił się lekko z emocji. Bo wesołe z natury, pięknie ocienione oczy Tuśki były dziś wyraźnie srogie i zaledwie ją dostrzegały. Czyżby już coś nawaliła?

– Anitka? Nie, wiesz, dziecko, muszę cię przezwać. To na nic, to ja już pierwsza zaraz zapomnę. Jesteś, dziecko, L i s e k wykapany.

– Szkoda... Ale może by Tessa? – podsunęła słabo, czując, że i to nie przejdzie. – No to może Wilczek? – ciekawy, zadarty nos jeszcze poczerwieniał.

Wilczek? Szafirowe oczy Tuśki nadal patrzyły tym nieobecnym spojrzeniem, które młodzi zawsze biorą za nieżyczliwość. Może wilczek – taki w workowatej skórze psiak, przechylający się całym ciężarem na smyczy z miną niedospaną i zawadiacką, i niepewną, i sprytną? Przymrużyła oczy.

Pełny tekst opowiadania drukujemy

w wakacyjnym numerze „Znaku”


Zamów numer

HANNA MALEWSKA (1911–1983), pisarka, w czasie wojny działaczka ruchu oporu, za udział w powstaniu warszawskim odznaczona Krzyżem Walecznych. Związana ze środowiskiem krakowskiej inteligencji katolickiej, była wieloletnim redaktorem naczelnym miesięcznika „Znak” (w latach 1945–1953 wraz ze Stanisławem Stommą oraz samodzielnie: 1960–1973).

O „Znaku” Hanny Malewskiej czytaj również w kalendarium historii pisma autorstwa Janusza Poniewierskiego.

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK

 

 

 


E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.