|

DIAGNOZY
Czy we Francji nastała era Sarkozy'ego?
(fragment)
EWA BIEŃKOWSKA
Ogólną sympatię budzi jego pochodzenie – Sarkozy
jest synem emigranta z Węgier. Mieszkający we
Francji Polacy przypuszczają, że geograficzna
bliskość ojczyzny jego przodków i Polski sprawi,
iż będzie miał więcej wyczucia dla polskich
problemów.
Spróbujmy przyjrzeć się wybranemu. Pięćdziesiątka, nieduża,
drobna postać. Przy długim Chiraku wydawał się malutki – i z pewnym
rozbawieniem oglądano, jak stopniowo zaczął wygrywać turnieje
ze swoim dotychczasowym szefem, narzucając mu się jako ktoś
nie do wyminięcia, mimo dużej niechęci eks-prezydenta i jego najbliższej
drużyny. Narzucił się także jako szef prawicy, jako minister
spraw wewnętrznych w niebezpiecznym okresie rewolty bezrobotnych
przedmieść, podpalania samochodów i budynków publicznych.
Nie cierpi go lewica (podejrzewająca go o skłonności autorytarne),
ale trafia do serc tzw. milczącej większości jako ten, kto może „zrobić
porządek”. Niemałą sztuką było zmuszenie partii prezydenckiej
do wysunięcia go jako kandydata prawicy. Chirac długo próbował
go podkopywać i ustąpił dopiero przed naciskiem opinii publicznej
– nie odważył się, wobec jego popularności, wysunąć swojego faworyta
(był nim jego ostatni premier, Villepin).
Ogólną sympatię (może poza Frontem Narodowym) budzi natomiast
jego pochodzenie – jest synem emigranta z Węgier. On sam to
podkreśla – zawsze w kontekście wdzięczności i miłości do Francji,
których wyznanie w jego ustach brzmi dość autentycznie. W kandydackich
wystąpieniach mówił o pięknie kraju i wielkości jego kultury – tak jak trzeba: nie za często. Mieszkający we Francji Polacy przypuszczają,
że geograficzna bliskość ojczyzny jego przodków i Polski
sprawi, iż będzie miał więcej wyczucia dla polskich problemów. Jest
to również ważne w płaszczyźnie symbolicznej, bo to właśnie imigrant
w drugim pokoleniu zaproponował utworzenie ministerstwa
do spraw imigracji i tożsamości narodowej, co przez lewicę zostało
okrzyknięte jako skandal. Nie wiemy jeszcze, jakie będą zadania i prace
tego ministerstwa. Ale Francji został dany znak: nie chcemy rozpływać
się w chaotyczną masę, gdzie poszczególne wspólnoty (etniczne,
religijne) okopią w swoich cytadelach. Będziemy otwarci dla
przybyszów, pod warunkiem, że zgłoszą chęć uczestniczenia w jednej
społeczności, której język i historia nie będą dla nich lądem nieznanym
(a i niezbyt interesującym). Ten projekt jest w pierwszej kolejności
odpowiedzią na problem przedmieść zamieszkanych głównie
przez ludność kolorową i bezrobotną, przez młodzież, która
brutalnie demonstruje swoje rozczarowanie i resentyment do kraju,
w którym żyje. Częściowe bodaj zaradzenie temu problemowi to jeden
z punktów, z jakich nowy prezydent będzie za pięć lat surowo
rozliczany.
Sarkozy i jego nowy rząd zapragnęli od razu stworzyć obraz ekipy
młodej i energicznej – nie licząc się z rytuałami i hierarchiami,
tak ważnymi dla Francji, której ustrój nie bez powodu określa się
często jako monarchię prezydencką. Premier rządu zajeżdża na posiedzenia
rady ministrów (w Pałacu Elizejskim) w szortach po joggingu
i przebiera się w ostatniej chwili. Prezydent jeszcze przed oficjalnym
objęciem władzy pojechał do najbardziej zagrożonego zwolnieniami
przedsiębiorstwa i spędził dzień na rozmowach ze strajkującymi pracownikami.
(Bagatela, chodzi o największą chlubę Francji i Europy:
European Aeronautic Defense and Space Company, francusko-niemieckie
konsorcjum produkujące między innymi airbusy!) Na ogół
uważa się, że o ile Sarkozy jest neoliberałem w anglosaskim stylu, o tyle
dobrał do swojej ekipy wielu ludzi z wrażliwością społeczną. Czas
pokaże, czy będą mu oni tylko służyć za alibi.
Niemniej trzeba przyznać, że pierwszy gest po wyborze był bardzo
niezręczny: elekt dał się zaprosić na jacht jednego ze znajomych
miliarderów, jakby – świadomie czy nie – pokazując, jakie jest środowisko, w którym chce przebywać.
Francuzi byli zniesmaczeni,
oczekiwali innego znaku. Ale
wydaje się, że Sarkozy potrafi
szybko się uczyć. Zorientował się,
jakie popełnił faux-pas, i prędko
przerwał „nierepublikański” (jak
to się mówi we Francji) pobyt u
przedstawiciela wielkiej finansjery.
Sam oznajmił wcześniej, że
dojrzewał podczas kampanii wyborczej
i że teraz jest innym człowiekiem.
Więcej na łamach wakacyjnego numeru „Znaku”
Zamów numer
EWA BIEŃKOWSKA, eseistka,
tłumaczka, członek zespołu „Zeszytów
Literackich”. Wydała
m.in.: Pisarz i los. O twórczości
Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
(2003) oraz W ogrodzie ziemskim.
Książka o Miłoszu (2004).
POCZĄTEK STRONY |