70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Piętno stalinizmu

Dałoby się wymienić kilka powodów, dla których warto zapoznać czytelnika z pracą Anny Bikont i Joanny Szczęsnej. Ale jest też co najmniej jeden, który może powstrzymywać pióro recenzenta – to emocje, jakie wzbudza Lawina i kamienie. Trzeba się opowiedzieć „za” lub „przeciw”. Ktoś, kto chciałby uniknąć zajmowania stanowiska w tym sporze, może mieć niejakie kłopoty. Nawet wbrew intencjom krytyka jego głos będzie zakwalifikowany jako dobywający się z jednej lub z drugiej strony barykady. Wydaje się, że jest to nie do ominięcia. Również i moja wypowiedź zostanie zapewne zinterpretowana jako „za” lub „przeciw”.

Mimo iż w Lawinie i kamieniach dominują biografie sześciu twórców (Jerzego Andrzejewskiego, Adama Ważyka, Kazimierza Brandysa, Wiktora Woroszylskiego, Tadeusza Borowskiego, Tadeusza Konwickiego), jest to opowieść mająca o wiele większe aspiracje. Otrzymujemy bowiem panoramę środowiska literackiego, którego losy ukazano od czasów wojny po zmierzch PRL-u. Tę panoramę z konieczności zawężono do prezentacji postaw pisarzy – po pierwsze, uznanych (niekiedy będących klasykami już za życia), po drugie, związanych ze środowiskiem warszawskim. Materiał na inną książkę (książki) stanowią dzieje artystów mniej znanych, drugorzędnych, działających na prowincji. Póki wszakże nie mamy takiego dzieła, powróćmy do luminarzy pióra i zarazem głównych bohaterów Lawiny i kamieni.

Najważniejsze pytanie, które towarzyszy lekturze tej publikacji, brzmi: dlaczego artyści zgodzili się na mariaż z systemem? Jak to się stało, że elity narodu dały się omamić, a zwykli, prości ludzie zachowali powściągliwy dystans. Oczywiście tego typu zestawienia – jakkolwiek narzucające się samowolnie – nie są do końca trafne. Już chociażby z tego tytułu, że władza zazwyczaj nie interesowała się „zwykłymi ludźmi”, choć chętnie przyznawała im prymarne miejsce w pustych hasłach i sloganach propagandowych. Władzy potrzebni byli ci, których mogła umieścić na firmamencie, którymi mogła się podeprzeć i wyręczyć, którzy swoimi czynami i słowami mogli dokonywać jej legitymizacji. Wybór wspomnianej szóstki autorów na wiodące postacie książki wydaje się trafny. Nade wszystko dlatego, że mamy przed sobą wielkich grzeszników, a wśród nich także tych, którzy upadli najniżej. A do tego gorliwych wyznawców o kaznodziejskich zapędach (jak Woroszylski czy Ważyk).

Przykładając miarę moralną do tych czasów, nie wolno nam zapominać, że mamy do czynienia z różnymi postaciami winy, różnymi stopniami zaangażowania. Najdalej na drodze akceptacji systemu posunęli się ci, którzy – jak Jerzy Putrament – trwali przy nim do końca. Ale i w tej grupie znajdziemy postawy, które należałoby rozpatrywać indywidualnie i stosować indywidualną taryfę (chociażby wobec Romana Bratnego, twórcy obrzydliwego opowiadania Dawid, syn Henryka, powstałego na fali antysemickiej nagonki w Marcu’68, czy Roku w trumnie – paszkwilu na epokę wczesnej Solidarności). Gdyby skupić się tylko na stalinizmie, który – nie bez racji – rodzi największe emocje i bezwzględnie obfituje w najbardziej hańbiące teksty wydrukowane w okresie PRL-u, to i w nim natrafimy na sytuacje wymykają-ce się czarno-białej optyce. Czym innym bowiem było płacenie haraczu komunizmowi przez Tadeusza Różewicza czy Artura Sandauera (choć ten akurat wystawił sobie fatalne świadectwo w stanie wojennym), a czym innym pełna paroksyzmów publicystyka Borowskiego, czy opowiadanie Kazimierza Brandysa Nim będzie zapomniany oraz cyniczny inicjalny fragment o powstaniu warszawskim i Borze-Komorowskim w powieści Człowiek nie umiera. Na tym tle – chcąc nie chcąc – jaśniej świeci gwiazda tych, którzy nie ulegli. Była w tym gronie Han-na Malewska, Zbigniew Herbert, był outsider klepiący biedę – Leopold Buczkowski i, szykanowany przez komunistów, Jerzy Szaniawski. Byli poeci: Jerzy Braun i Wojciech Bąk. Nie ma ich u Bikont i Szczęsnej, bo to nie oni zawiedli. Tak jak nie ma Jana Parandowskiego. Korci, by zapytać, co miał autor Nieba w płomieniach, a czego nie mieli inni, że w środku stalinizmu 1 maja 1950 roku w swoim dzienniku Luźne kartki – ignorując świat na zewnątrz, schwytany w sidła polityki – rozmyślał o urokach i przytulnej atmosferze własnego pokoju.

Zapewne nie da się wyświetlić wszystkich przyczyn, które wpływały na decyzje po-szczególnych literatów. Być może nigdy nie poznamy ich finalnej listy. Trzeba byłoby bo-wiem uwzględnić również czynniki psychologiczne, skrywane fakty z biografii. Jedyne co pozostaje, to próba rekonstrukcji swoistej siatki motywacyjnej połączona ze świadomością, że każdy przypadek należałoby rozpatrywać indywidualnie. Wymieńmy więc kilka zasadniczych powodów, które rozstrzygnęły o aliansie artystów z systemem. Obok kuszenia dobrami materialnymi, postaw konformistycznych i oportunistycznych (których znaczenia nie należy przeceniać, ale też nie można całkowicie lekceważyć) pojawia się ludzka próżność, skaza wychodząca poza obszar sztuki, znana zwykłym zjadaczom chleba. Władza umiejętnie podsycała te uczucia, łechtała ambicje, zaspokajała potrzebę uznania, bycia na piedestale. Nie wolno również negować wagi tragedii wojennej i łączącego się z nią przeświadczenia o klęsce starych idei, co prowadziło do automatycznej apoteozy komunizmu (ten bowiem jawił się jako nieobciążony grzechami przeszłości). Swoją rolę odegrała też potrzeba włączenia się w tzw. rwący nurt historii, bycia w centrum zdarzeń. Entuzjazm odbudowy, przekonanie, iż uczestniczy się w narodzinach nowej rzeczywistości z pewnością sprzyjały podjęciu decyzji o poparciu planów ekipy rządowej. Do tego dochodziła chwytliwa propaganda o akcie sprawiedliwości społecznej (w Hańbie domowej wspomina o niej jeden z nieugiętych – Jan Józef Szczepański) oraz równie miła wiedza o tym, że opowiadając się za komunizmem, rodzimy prozaik czy poeta mógł się poczuć częścią europejskich elit (w książce Bikont i Szczęsnej tezę taką formułuje Jacek Bocheński).

Na Lawinę i kamienie można spojrzeć jako na publikację polemiczną wobec Hańby domowej Jacka Trznadla. Ale nie z całą Hańbą domową spierają się autorki (Bikont ze Szczę-sną podejmują przecież niektóre wytłumaczenia podane przez interlokutorów Trznadla). Chodzi przede wszystkim o rozmowę ze Zbigniewem Herbertem Wypluć z siebie wszystko. Nie zamierzam teraz roztrząsać konfliktu Herberta z Miłoszem. Pozostawiam na uboczu większe lub mniejsze złośliwości dwóch wybitnych poetów. Chciałbym natomiast zdecydowane słowa Herberta w Hańbie domowej potraktować jako szansę, którą daje postawienie sprawy na ostrzu noża. Tak też rozumiem intencje Herberta i Trznadla. Nie ze wszystkim się zgadzam, co zostało powiedziane w trakcie tego spotkania. Nie przemawia do mnie argument, że pisa-rze działali w złej wierze. Ale też Bikont i Szczęsna, uwypuklając pobudki materialne, strach i złą wolę, „zapominają” o innych wymienionych przez Herberta. Myślę tutaj o naiwności, jaką wykazali się literaci w czasach stalinizmu. O intelektualnej niedojrzałości, którą można im zarzucić. W Bibliotece Głównej UMK na jednej ze ścian widnieje napis: „…sprawą intelektualisty jest widzieć fakty olśniewająco jasno, a jeśli są proste, prosto je nazywać, nauczyć się żyć z rozpaczą na co dzień, powiedzieć sobie, że pisać może trzeba, ale niekoniecznie trzeba publikować”. To słowa Herberta z Hańby domowej. Zabrakło odwagi, by powstrzymać się od druku. Zabrakło elementarnego rozeznania estetycznego i moralnego. Trzeba powiedzieć, że spora część ludzi pióra nie wytrzymała próby. Objawiła własną naiwność i niedojrzałość. Niektórzy nie rozliczyli się ze swego udziału w stalinizmie, nie przemyśleli go i nie ujrzeli w prawdzie, to znaczy bez osłonek. Omawiając biografie polskich artystów, Bikont i Szczęsna sugerują wręcz, że tych kilka lat socrealistycznego zaćmienia było ważnym elementem wewnętrznej edukacji, która zaprowadziła ich w końcu do obozu opozycji. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż przypomina to trochę logikę dziecka, które musi się sparzyć, by nie wkładać więcej ręki do ognia. Od elit zaś trzeba wymagać więcej niż od dziecka.

Nie mogę również bez skrupułów przystać na nieco frywolną konstatację autorek: „Jedni mówili tak, bo wojnę spędzili pod niemiecką okupacją i niewielkie mieli pojęcie o tym, co działo się na Wschodzie. Drudzy, bo wojnę spędzili w łagrze i wiedzieli aż za do-brze, co znaczy sowiecka okupacja. Jedni, bo rozczarowali się do aliantów i czuli, że Polska porzucona została przez sojuszników. Drudzy, bo nie chcieli powrotu do przedwojennych porządków. Jedni, bo byli młodzi i rwali się do życia. Drudzy, bo byli nie pierwszej młodości i nie chcieli trwonić kapitału, który już zgromadzili”. Ci, którzy z tych, czy innych źródeł wiedzieli o procesach politycznych w kraju, którzy posiadali informacje o zbrodniczości sowieckiego systemu, a mimo to produkowali peany na cześć Stalina, Bieruta i Dzierżyńskiego, po prostu zagłuszali własne sumienie. Mówiąc dokładniej – wyzbywali się go w imię abstrakcyjnych pojęć. A tego nie wolno czynić. Czy zresztą potrzebne były aż wieści o zsyłkach i aresztowaniach, by powiedzieć „nie”? Czy nie powinny wystarczyć ohydne insynuacje, obelgi i ordynarne grzebanie w życiorysach kolegów na zebraniach ZLP, by przyzwoity człowiek zerwał zupełnie z partią i przestał sygnować jej praktyki? I czy bierne przysłuchiwanie się samokrytykom i niesprawiedliwym atakom na innych – które dziś może przysparzać chwały takiemu osobnikowi – nie jest też czymś mimo wszystko podłym?

Jestem daleki od negowania dobrych intencji literatów decydujących się na poparcie systemu w okresie stalinowskim. Dobra wola jednak – jak powszechnie wiadomo – nie stanowi wartości samej w sobie. Zawsze trzeba pytać o jej skutki. Dobre intencje towarzyszyły przecież artystom, którzy zawierzyli ideologii faszystowskiej. Tak w przypadku komunizmu, jak i faszyzmu dobre zamiary nie oznaczają jeszcze, że w ich efekcie nie padną zdania obrzydliwe i nie powstaną książki haniebne.

Otrzymujemy publikację potężną objętościowo, naszpikowaną faktami z życia literatów, często znanymi tylko wąskiemu gronu specjalistów; sprawną językowo, z pewnością należącą do ciekawszych przykładów dziennikarskiego warsztatu. Lawinę i kamienie mimo wspomnianej nawałnicy informacji czyta się dobrze. Trudno nie docenić tych walorów, zwłaszcza warstwy dokumentacyjnej. Odbiorcę słabo zorientowanego w realiach epoki i dorobku poszczególnych autorów książka z pewnością przeprowadzi przez meandry skomplikowanej współczesnej historii Polski. Sedno sprawy kryje się wszakże nie w żmudnych re-konstrukcjach zdarzeń, lecz w ich interpretacji. A tej nie mogę przyjąć bez zastrzeżeń.
Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że w dyskusji o postawach ludzi pióra w komunizmie należy odróżnić dwie kwestie: prawo tego, który zbłądził, do nawrócenia oraz uczciwe przemyślenie winy, uznanie i odcięcie się od niej. Gdy idzie o pierwsze zagadnienie, nie-chlubna przeszłość Woroszylskiego, Andrzejewskiego, Ważyka, Brandysa nie dyskredytuje ich jako dobrych pisarzy, a w perspektywie ich późniejszej aktywności opozycyjnej – jako ludzi, którzy zrobili wiele dla przemian społecznych w naszym kraju. Nie odbiera im legitymacji moralnej. Notabene jest coś dziwnego w tym, że mniej oczywiste wydaje się przyjęcie podobnego założenia w przypadku twórców uwikłanych w nazizm (kiedy sięgam po znakomite teksty Ernsta Jüngera, nie potrafię wymazać z pamięci jego opowiedzenia się po stronie hitleryzmu, którego najbardziej wyrazisty przykład stanowi powieść Der Arbeiter). Wszyscy, którzy odmawiają autorytetu naukowego i pozycji intelektualnej Leszkowi Kołakowskiemu, Zygmuntowi Baumanowi czy podważają wartość dzieł i wypowiedzi Konwickiego, bo mają w pamięci Władzę i Przy budowie, są osobnikami przepełnionymi goryczą.

Drugi problem jest innego rodzaju. Jeśli Ważyk, Konwicki czy Woroszylski nie zamierzali wracać do przeszłości, bo byli już zmęczeni ciągłym dopytywaniem, nękaniem o stalinizm, to mieli rację. Jednak żaden artysta zaangażowany w socrealizm nie może utrzymywać, że to, co było, nie jest warte analizy lub – co gorsza – bagatelizować swoją niechlubną przeszłość. Posłuchajmy raz jeszcze Herberta z Hańby domowej: „Tak, to co powinno nas łączyć, to pewna niezbywalność ludzkiego sumienia. Intelektualista jest po to, żeby myślał sam na własny rachunek, nawet przeciwko wszystkim, za to jest opłacany albo bity, wszystko jedno, to jest jego psi obowiązek – klerka”.

Trzeba to powiedzieć jasno i dobitnie: dyskusja wokół postaw elit literackich i intelektualnych wobec komunizmu nigdy nie będzie wolna od emocji. Jeśli jednak uświadomimy sobie ten prosty fakt, może uda nam się ostudzić nieco nasze serca i spróbować spojrzeć chłodniej na sprawę. W tym przypadku bowiem nie wierzę w bezstronność. Zbyt wiele tu zmiennych sprawiających, że uczucia biorą niekiedy górę nad rozumem. Podobnie jak Bikont i Szczęsna nie zaliczam się do zwolenników Czerwonej mszy Bogdana Urbankowskiego. I nie chodzi tylko o formułowane tam tezy, ale o specyficzną retorykę, ton i sposób dowodzenia. To publicystyka w wydaniu, którego nie jestem w stanie zaakceptować. Mimo iż autorkom Lawiny i kamieni daleko do napastliwego języka Czerwonej mszy, to niestety nie udało im się do końca zachować wyważonego i eleganckiego wywodu unikającego argumentum ad personam. Mam na myśli biograficzne uszczypliwości pod adresem Trznadla, z którym można się nie zgadzać, ale któremu trzeba przyznać – tak jak i innym bohaterom tej książki – prawo do błędów młodości.


Anna Bikont i Joanna Szczęsna, Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu, Prószyński i S-ka, Warszawa 2006, ss. 584

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata