70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Moc Conradowskiej utopii. W 150. rocznicę urodzin pisarza

Conradowskie zasady, ideały, wartości wydają się nas przerastać, ale przynajmniej w inteligenckich środowiskach musi trwać przekonanie – ilekroć mamy robić coś prawdziwego razem – że do tych zasad powinniśmy się odwołać.

Jest w powieści W oczach Zachodu passus, który wykłada wiedzę Conrada o Wschodzie, ujawnia resentymenty i lęki, a zarazem rzuca pewne światło na jego system wartości. Conrad pokazuje tam rosyjskiego terrorystę na tle realiów Szwajcarii. Gdy Razumow przechodzi przez bramkę prowadzącą do podmiejskiej posiadłości, zauważa, że nikt tej bramki nie zamyka. To zdaje mu się wstrętnym: „-Demokratyczna cnota! Widocznie nie ma tu złodziei – mruknął do siebie niechętnie. Lecz zanim wszedł do parku, spojrzał jeszcze kwaśno na jakiegoś robotnika siedzącego bezczynnie na ławce w szerokiej czystej alei. Jegomość ten wysoko zadarł nogi, rękę przewiesił przez niską poręcz publicznej ławki i wypoczywał po królewsku z taką miną, jakby wszystko wokół należało do niego.

– Wyborca! Wybieralny! Oświecony! – mruknął Razumow do siebie. – A z tym wszystkim bydlę”.
Świat, w którym ludzie ufają sobie, świat, w którym jest się u siebie „po królewsku”, nawet będąc kimś z niższych warstw, to coś spoza osobistego doświadczenia Conrada, jemu przecież i na Wschodzie, i na Zachodzie dawano niejeden raz do zrozumienia, że nie jest u siebie. I niejeden raz zawiódł się, gdy zaufał. W tym fragmencie powieści W oczach Zachodu odczytuję nie doświadczenie pisarza, a conradowską utopię, utopię zagrożoną przez to, co ów anarchista Razumow po pierwsze i po drugie „mruknął”. Podłość i rozpacz grożą godnemu porządkowi świata.

Taka utopia jest może silniejsza w nas niż ideały męstwa, obowiązku, służby, które są fundamentem etycznego kodeksu kapitana Conrada. W politycznym rezonerstwie Polaków półinteligencki argument – „aby w końcu było normalnie” – w podświadomości wskazuje na tę utopię. Gdyśmy przez dziesięciolecia śpiewali „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie” – ilu z nas marzyło o Ojczyźnie na tym właśnie utopijnym pomyśle stojącej?

Jaki wzór życia dyktowała utopia samemu Conradowi? Po pierwsze – być na lądzie tak bardzo, tak mocno u siebie, jak się bywało na pełnym morzu, na mostku kapitańskim statku. Dowodzić swoim życiem, nadawać mu kierunek. Po drugie – być w języku, być w angielszczyźnie równie mocno u siebie, mieć po stronie swojego pisarstwa Imperium Brytyjskie z cała potęgą jego floty, wojska, historii, tradycji. Czuć, że się jest u siebie w języku panującym od ujścia Tamizy, po szczyty Himalajów, po wyspy Oceanii, po puszcze Konga. Wychodząc z podejrzanych i poniżanych peryferii imperium Romanowów, wejść w samo centrum imperialnej brytyjskości, stać się dżentelmenem, posiadaczem, białym panem. Był nie tylko piewcą godności i honoru, był ich zakładnikiem. Tak zaprojektował sobie Conrad nie tylko sposób na życie. Tak jawił mu się przede wszystkim sposób na polskość i Polskę. Przywrócić godność, dać argumenty nadziei sobie, Polakowi, rozbitkowi – jak ten z Amy Foster – to było wszystko, co zaplanował zrobić dla Polski i to wykonał. Gdyby walczył piórem o swoje tylko, nie miałby w kraju ojczystym takiego odzewu, tak mocnego i trwałego wpływu na kształt etosu elit. Kto nie poszedłby za wizją Polaka należącego do Europy Dżentelmenów?

No tak, było jeszcze zagrożenie podłością. Conrad proponował styl obrony. Etos „kilku prostych prawd”, podstawowych wartości. To one miały służyć realizacji i obronie utopii, one też okazały się ważnym składnikiem rozmaitych odmian polskich postaw etycznych. W moim domu rodzinnym, w którym trwało echo powstańczej legendy i żywe były tradycje legionowe, harcerskie i czerwonokrzyskie, Conrad był oczywistością. Trzeba było czytać i cenić. Byliśmy rodziną lekarzy, nauczycieli, urzędników bankowych o nieodległych chłopskich korzeniach. Conrad umacniał i nobilitował. Od pokolenia rodziców przejęli go synowie. Sięgam po Smugę cienia, spomiędzy kart wypada widokówka z Gambii od mojego młodszego brata – był pediatrą w afrykańskich szpitalach prawie dziesięć lat, otarł się o współczesne „jądro ciemności”. Starszy opłynął Amerykę Południową na jachcie „Śmiały”. Ja całe życie pisałem, a dwunastoletniej córce przeczytałem głośno Nostromo. Ale przecież Conrad był nie tylko nasz. Kodeks potomka Bobrowskich i Korzeniowskich stał się zwornikiem etycznych formacji wielu różnych elit tamtego czasu. Przejęła go inteligencja zakorzeniona w ziemiaństwie lub choćby w mitach dworku i dworu, przejęły duchy bliskie Żeromskiemu, bliskie ideałom PPS-owskiego socjalizmu, kręgi oficerskie i uniwersyteckie. Potem te formacje spotkały się w polskiej wojnie obronnej, konspiracji zbrojnej i Państwie Podziemnym – a pamięć conradowskich zasad pozwalała wspólnie poddać się ideom służby, obowiązku, honoru, odpowiedzialności. Gdy nie było szansy na zwycięstwo, wystarczało conradowskie „tak trzeba”. Taki jest etos AK-owski, gdy odczytujemy go między linijkami Jana Józefa Szczepańskiego, Aleksandra Kamińskiego, Witolda Zalewskiego, Barbary Skargi, Władysława Bartoszewskiego.
W zakończeniu powieści Korsarz angielska korweta holuje kuter, na którym są ciała trzech Francuzów.

Polegli w nierównej walce, spełnili jednak ważną misję.
„ – Co zrobimy z tym kutrem, panie kapitanie?
– Zatopimy go ogniem działowym – oświadczył nagle kapitan Vincent. – Dla marynarza jego okręt jest najodpowiedniejszą trumną, a ci ludzie zasługują na szczególne względy. Nie wyrzucimy ich w morze na igraszkę fal. Niechaj śpią spokojnie na dnie statku, którego nie chcieli opuścić. (…) Czy na kutrze nie było bandery?
– Zdaje się, że mieli maleńki jej skrawek, lecz potem ją zwiało. Nie znalazłem jej na końcu wielkiej rei. (…)
– Weź pan paru ludzi, umocuj francuską banderę na szkotach i podciągnij wielką reję pod sam szczyt wielkiego masztu. – Uśmiechnął się do zwróconych ku niemu oficerów i marynarzy. – Bądź co bądź, oni się nie poddali i, na Boga, zatopimy ich statek z podniesioną banderą”.

Rozkazy zostają wykonane: „Cała załoga odwrócona od zachodzącego słońca, bladego topazu nad niebieskim kryształem morza, stała zapatrzona w kuter. który nagle osiadł, a potem zanurzał się już stale i powoli. Wreszcie przez dławiącą w gardle, nieskończenie długą chwilę, wśród omglonego widnokręgu tylko trójkolorowa bandera wiała samotnie z heroicznym patosem. Naraz znikła i ona jak zdmuchnięty płomień, pozostawiając widzom wrażenie, że sami teraz muszą stawić czoło bezmiernej, nagle powstałej pustce”.

Scena, komentarz, obraz na końcu. Przecież kiedy się to czyta, to nie o trójkolorowej, a o białoczerwonej, tej z Helu, Westerplatte, spod Kocka, z gmachu „Pasty”, z powojennych zrywów w Poznaniu, Trójmieście, Szczecinie, w Stoczni, w „Wujku” i „Piaście”. Zamiast jakiejkolwiek lekkości bytu – nieznośny heroiczny patos, gest konieczny. Po to, aby przeciwnik powiedział „oni się nie poddali”.

Podejrzewam, że to już w nas nie do wykarczowania, mimo błazeństw i cwaniactwa czasu teraźniejszego. Być może, gdyby nie szkoła Conrada Polacy mogliby – na złe czy dobre – zapomnieć Mickiewicza, Słowackiego, Norwida. Przez Conrada muszą – na dobre czy złe – pamiętać. Nie ośmielam, się napisać nic o tym, jak autor Lorda Jima przygotował ten romantyczny stosunek wzajemny, jaki połączył Polaków z ich Papieżem. Karol Wojtyła, syn oficera, był w 1938 roku studentem polonistyki, poetą. Nie wiem, czy i jak czytał Conrada. Wiem, że nie mógł uniknąć conradowskiej aury.

„Wymagajcie od siebie, nawet gdyby nikt od was nie wymagał” – to powiedzenie mógł zapisać kapitan Joseph Conrad Korzeniowski na marginesie dziennika okrętowego. Co do religijności, ateizmu, duchowości Conrada napisano już aż za dużo. On sam był z pewnością przekonany, że dżentelmen powinien te sprawy przemilczeć ze względu na zwyczajną dyskrecję. Stawiając literaturze wymóg „wymierzania sprawiedliwości widzialnemu światu”, dosyć powiedział, bo wskazał bez ostentacji na istnienie niewidzialnego świata, z którego pochodzą zasady sprawiedliwości.

Podejrzewam też, że razem z miłością do bandery nad zatopionym a niepokonanym kutrem to on wszczepił wielu z nas obraz kobiety, styl zakochania. Lena ze Zwycięstwa, Freya z siedmiu wysp, ale także Amy Foster, są w książkach kapitana Conrada dziesiątki kobiecych portretów.

Jan Parandowski napisał w przedmowie do Złotej strzały: „Kto zna dzieła Conrada, doceni doniosłość tego dokumentu. Rzadko bowiem znajdzie się pisarz tak powściągliwy w kartach poświęconych miłości, z takim lękiem zbliżający się do kobiety, i warto zrobić słownik tych ostrożnych, stłumionych wyrazów, w które ją łowi – z daleka.”

Kusi mnie, aby podsumowując romantyzm Conrada i jego romantyczną recepcję w społeczności rodaków, zacytować jeszcze jeden akapit z tej samej przedmowy: „Czy podobna Polakowi uniknąć romantyzmu? Zbyt wiele on dla nas znaczył, zbyt wiele nam objawił, zbyt wiele ran przemienił w płatki Róży mistycznej – nie łatwo się go wyrzec. Conrad był romantykiem, nawet nasza poezja romantyczna nie opuszczała go nigdy; razem z całym swoim pokoleniem, chociaż oddzielony morzami i lądami, przeszedł od Mickiewicza do Słowackiego. Nic by nie zyskał, gdyby usiłował w sobie stłumić romantyzm – ani jako człowiek, ani jako pisarz. U człowieka bowiem był to ożywczy prąd wysokich celów, zuchwałości w zamiarach i honoru w ich dopełnianiu, u pisarza zaś nieuchwytny a przejmujący ton, tak niespodziewany w stylu angielskim: on sam objaśniał go polskością, aby uniknąć niemodnego pojęcia romantyczności.”
Kiedy rozglądam się po literaturze mojej doby, widzę, że dziś jeszcze problemem dla pisarza jest pokonanie – zaprzeczenie – stłumienie w sobie tonu conradowskiego romantyzmu – jak rozmaicie podejmują tę próbę na przykład – Maria Janion, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska. Widzę też, jak Marek Nowakowski czy Eustachy Rylski ulegają dyskretnie conradowskiemu ideałowi męstwa. Pamiętam też, jak bardzo conradowską osobowością – w życiu i twórczości – był Jan Józef Szczepański. Splot emocji, decyzji, wspomnień wiążących kapitana Conrada z przestrzenią mórz i oceanów, powtórzył się u Szczepańskiego w jego taterniczych dokonaniach, rozumieniu i umiłowaniu gór.

Myślę też, że sam Conrad poradził sobie z dziedzictwem romantyzmu najskuteczniej – bez dystansowania czy zaparcia się, raczej przez budowanie pod romantyczną fasadą mrocznych piwnic egzystencjalnego indywidualizmu, humanistycznej tragedii, kostycznej ironii.

Aby to pojąć, aby zostać przekonanym, wystarczy czytać Conrada z pamięcią o jego następcach – Albercie Camusie, Antoine de Saint-Exupéry, Williamie Faulknerze. Osamotnienie wobec absurdu, odwaga wobec mocy żywiołów i zła, wierność wobec przemijania i pustki – oto czego doświadczają ich bohaterowie, zdobywając wiedzę o tragicznym wymiarze ludzkiej kondycji. Ponosząc klęski nie ulegają rozpaczy. Nie deformują świata groteskowymi, subiektywnymi opisami, poczucie tragizmu czerpią z rzetelnego i trzeźwego widzenia materialnej rzeczywistości.

Bohater Złotej strzały decyduje się powrócić na morze: „…I powrócił rzeczywiście, a uczynił to z chwilą, gdy odzyskał dosyć sił na to, żeby móc odczuć w pełni druzgocący ciężar swojej straty – a może korzyści – i kiedy stwierdził, że potrafił tę stratę znieść bez zmrużenia oka. Po tym odkryciu mógł stawić czoło każdemu losowi”.

W przedmowie do tej powieści swoje związki z morzem określił Conrad w sposób bardzo już bliski egzystencjalnej samoświadomości: „Poza linią morskiego widnokręgu świat dla mnie nie istniał, tak jak nie istnieje dla mistyków, którzy chronią się na szczyty wysokich gór. Mówię tu o życiu najwewnętrzniejszym, o burzliwych głębiach naszej istoty, gdzie spotyka nas to, co najlepsze, i to, co najgorsze, gdzie człowiek musi żyć sam, lecz nie potrzebuje się wyrzec wszelkiej nadziei porozumienia się z bliźnimi”.

Takie postacie jak Murzyn z załogi „Narcyza”, jak Lord Jim, jak stewart Ransome ze Smugi cienia, czy Heyst ze Zwycięstwa przekraczają formuły „bohatera romantycznego”, całe Jądro ciemności, modernistyczne w swojej literackiej fakturze, opowiada świat kategoriami absurdu i goryczy – a także uwodzicielskiej tajemnicy. To stamtąd pochodzi cytowane nieraz zdanie: „Śmieszną rzeczą jest życie – tajemniczy, bezlitośnie logiczny system prowadzący do błahego celu. Nie ma na co liczyć prócz odrobiny samowiedzy, która przychodzi za późno i staje się źródłem bezgranicznego żalu”.

Z tego, co pisałem powyżej, można by wywnioskować, że Conrad został przez polskich czytelników przeczytany, zaakceptowany, zrozumiany, a wpływ, jaki wywarł na polskie umysł, to sprawa ważna – ale raczej historyczna, że zostały z tego wpływu zacichające echa. Tak nie jest, spotkanie z Conradem jest jeszcze przed nami. Nawet dziś, kiedy ukazują się nowe tłumaczenia, kiedy mamy na półkach książki Leszka Proroka, Michała Komara, Andrzeja Brauna, Zbigniewa Najdera, mamy 2007 rok Conradowski, wystawę w Muzeum Literatury, internetowy dostęp do kolosalnej ilości wielojęzycznych wydawnictw, dostęp do dziesiątków filmów nakręconych według jego dzieł – nawet dziś można powiedzieć, że jesteśmy ledwie na progu. Odczytania dokonane przez minione i odchodzące pokolenia spełniły swoje zadania w przestrzeni społecznej i w domenie literatury. Potrzebny jest polskiej świadomości, polskiemu dyskursowi wewnętrznemu Conrad nowoczesny, przyswojony, zaproszony do wnętrza aktualnych kłopotów ze zrozumieniem sensu i biedy naszego czasu. Jego trzeba, gdy spieramy się o ustawienie steru na kurs ku przyszłości. On mógłby być gorzkim, ale potrzebnym lekarstwem na pleniące się przyzwolenie na niedojrzałość, nieodpowiedzialność, na życie pozorami, medialnym image’em zastępującym osobę. Jego wierność „paru prostym prawdom” można by postawić za wzór wobec postmodernistycznego „wszystko ujdzie” Paula Carla Feyerabenda, a jego żeglarskie poszanowanie rzemiosła przeciwstawić popularnej w kołach politycznych wzgardzie dla rzetelności i fachowości zamykającej się formułą „stołki dla naszych”.

Utopia Conrada nie straciła dla nas swojej przyciągającej mocy. Świadomi jesteśmy przecież, jak psuje nam jakość życia piekło zarzutów i podejrzeń, brak ufności pozostawiającej otwarte furtki. Media przypominają nam o tym każdego dnia. Społeczeństwo rynkowego dobrobytu pozwala wielu z nas (oświeconym wybieralnym wyborcom – odwołując się do Razumowa) na chwile królewskiego bycia u siebie – w letnim domu na wsi czy na pokładzie mazurskiej łajby. Conradowskie zasady, ideały, wartości wydają się nas przerastać, ale przynajmniej w inteligenckich środowiskach musi trwać przekonanie – ilekroć mamy robić coś prawdziwego razem – że do tych zasad powinniśmy się odwołać. Jest jeszcze skarb conradowskiego kontemplacyjnego postrzegania świata, kontemplacyjnego opisu urody bytu. Kto go dziś potrzebuje, kto piastuje tę tradycję? Nie wiem, ilu ze współczesnych poetów, wiem natomiast – czołówka polskich operatorów filmowych. Pytanie – w jakim stopniu świadomie sięgając do tradycji Conrada-Korzeniowskiego.

W wyborze życiowej drogi idą za autorem Lorda Jima setki tysięcy Polaków znajdujących pracę na obczyźnie, często w krajach anglojęzycznych. Większość z nich wkrótce nauczy się dość, aby czytać w oryginale książki swojego wielkiego poprzednika. Czy znajdą do nich drogę? Może ten problem – jako popularyzatorskie działanie – postawią przed sobą stowarzyszenia conradystów? Myślę sobie też o relatywnej bliskości między muzeum Słowackiego w Krzemieńcu i muzeum Conrada, Bobrowskich i Korzeniowskich w Berdyczowie. Tam, na Ukrainie, zaczęły się szlaki życiowe dwu romantyków, dwu tragicznych wygnańców. Inny wygnaniec, Jerzy Giedroyc całe życie zachęcał nas, abyśmy nastawioną na bieżącą chwilę, ograniczoną aktualną sytuacją, dyplomację polityków i ambasadorów uzupełniali dyplomacją społeczeństw – elit, kultur i dzieł sztuki. Czy nie byłoby więc pożyteczne i logiczne, aby przez Berdyczów i Krzemieniec biegł szlak polsko-ukraińskich spotkań pisarzy, tłumaczy, krytyków, literaturoznawców?

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata