70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Śliwka w cieście

Jankę Katz poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych. Prowadziłem wtedy na antenie Polskiej Sekcji BBC magazyn kulturalny i poszukiwałem współpracowników. Ponieważ chciałem prezentować słuchaczom szeroką europejską panoramę kulturalną, zależało mi na ludziach dobrze osadzonych w swoich krajach, zdolnych do tworzenia ciekawych i wnikliwych opowieści o wydarzeniach i zjawiskach zachodzących w sferze jak najszerzej rozumianej kultury.

Szukałem – ma się rozumieć – osób wrażliwych, inteligentnych, dobrze władających piórem. Ktoś ze znajomych wskazał mi Jankę. Nie była mi zupełnie obca, na łamach paryskiej „Kultury” czytywałem jej żywo i z pazurem pisane recenzje książkowe. Zadzwoniłem więc do niej, do Kopenhagi, wyłuszczyłem, na czym mi zależy, i umówiliśmy się na pierwsze telefoniczne nagranie. Tak zaczęła się nasza przyjaźń, zrazu tylko telefoniczna. Musiało minąć dobrych kilka lat, w czasie których niejeden tekst zapisaliśmy na taśmie magnetofonowej, nim pojechałem do Kopenhagi. Na lotnisku czekała na mnie Janka. Pierwszych lodów nie trzeba było przełamywać; znaliśmy się przecież już dobrze, a nawet bardzo dobrze, ponieważ koncentrując się na głosie rozmówcy, musimy z samego dźwięku wydobywać to, co najważniejsze; byliśmy już po imieniu.

Nasze trzydniowe rozmowy toczyły się wartko. Mówiliśmy o literaturze i kulturze, o poezji i prozie, o polityce i historii, o ciekawych ludziach i wspólnych znajomych. Załamywaliśmy ręce nad duchowym spustoszeniem wyrządzonym przez komunizm, wymienialiśmy uwagi na temat bezbrzeżnej głupoty europejskiego lewactwa, biadaliśmy nad losem „dobrych dzieci”, które troszczyły się o ciemiężonych i wyzyskiwanych. Pełne patosu, idealizmu i dobrej woli, stawały się „użytecznymi idiotami” i poputczikami profesjonalnych rewolucjonistów. W tle tych rozmów pojawiał się Dziennik pisany nocą Herlinga-Grudzińskiego, ostre, a nawet bezlitosne sądy pisarza, który nie był w stanie darować naiwności, z jaką wielu zachodnich intelektualistów, a nawet polityków traktowało komunizm. Ale Janka nie lubiła Herlinga. Ceniła i szanowała go jako pisarza, często się z nim zgadzała, ale miała go za człowieka nazbyt zapatrzonego w siebie i w swoją literacką wielkość. Opowiadała mi nawet, że się na nią obraził, kiedy zirytowana powiedziała mu jakąś złośliwość.

Rozmawialiśmy również o Żydach. Dla Janki żydowskość to nie tylko własna tożsamość, to tajemniczy los, który jak cierń tkwi w duszy i nigdy nie daje spokoju. O tym losie, splecionym jak gruby warkocz z wątków polskich i duńskich, z katolickich i komunistycznych, z pamięci i zapomnienia, opowiada jej książka zatytułowana Moje życie barbarzyńcy. To opowieść o dzieciństwie, w którym tragiczne i niezrozumiałe dla dziecka wojenne losy Żydów łączą się z równie niepojętymi obrazami polskich partyzantów i z magiczną miłością do Najświętszej Panienki. Ojciec Janki zginął w obozie w Płaszowie pod Krakowem, zastrzelony z zimną krwią przez komendanta Amona Goetha, który został po wojnie skazany i stracony. Matka przeszła przez kilka obozów hitlerowskich, ale przeżyła, inni członkowie rodziny nie mieli takiego szczęścia. Siostra matki i jej mąż uciekła do Lwowa, a po wkroczeniu Niemców ukrywali się w bunkrze. Kiedy bunkier został otoczony, mąż ciotki imieniem Wilek zastrzelił najpierw ją, a potem siebie. Jankę oddano do polskiej rodziny na wieś pod Krakowem. Przyjęta została za pieniądze, ale niewykluczone, że jej opiekun chciał mieć na przechowaniu żydowskie dziecko jako alibi, ponieważ nie miał czystego sumienia. Owszem, pomagał Żydom w ucieczce do Rumunii, ale prawdopodobnie pracował również dla Niemców. I być może sam z pochodzenia był Żydem.

Dziewczynka szybko zapomniała o swojej prawdziwej matce i przywiązała się do przybranych rodziców. W Dobczycach było jej dobrze. Została ochrzczona i nauczono ją katolickiej wiary. Modliła się i spędzała długie godziny na klęczkach przed rzeźbą Najświętszej Panienki. Przemawiała też do obrazów świętych wiszących na ścianach i wymyślała ich odpowiedzi. Czy była żarliwie wierząca? I tak, i nie. Wierzyła, w dziecięcej naiwności ducha przekonana była o mocy, a nawet wszechmocy świętych postaci, z którymi często rozmawiała. Z perspektywy czasu nazwie ich swoją duchową podporą. Ale ta duchowa podpora tkwiła w świecie dziecka, które potrzebuje nie tylko wsparcia, ale i zabawy. W książce Najświętszą Panienkę nazwie swoją ulubioną zabawką, i nawet nie pierwszą. „Pierwszą był gumowy marynarz. Krótko po tym, jak zamieszkałam w tym domu – opowiadała mi to później matka – płakałam i krzyczałam, chciałam z powrotem do Loli [matki]. No i dostałam marynarza. Czar musiał być mocny; zapomniałam o Loli, zapomniałam wszystko, co było przedtem. W moim krótkim życiu marynarz był słupem milowym”.

Takim samym słupem milowym była Najświętsza Panienka, opiekunka i pocieszycielka, która z powodzeniem potrafiła przeciwstawić się wszelkiemu złu. Ta dziecięca wiara przetrwała rozstanie z przybranymi rodzicami i powrót do matki po wojnie. Dziewczynka chodziła nadal do kościoła, modliła się i nalegała, by matka się ochrzciła. Nie mogła przecież wylądować w piekle; kiedyś opowiadała, że już tam była. Lecz matka nie dała się przekonać: „Oczywiście, głupia, powiedziała nie”. Później chodziła z matką na szabasowe kolacje do państwa Rottenbergów. Uwielbiała jeść, uwielbiała karpia po żydowsku, którego tam podawano oraz śpiew starszego syna gospodarzy imieniem Dudek. Dlatego tak chętnie tam chodziła. Dudek miał młodszego brata imieniem Henryczek, który podobał się Jance. Po latach tak o nim powie: „Mój pierwszy ideał, jeśli nie liczyć Najświętszej Panienki, krwawiącego serca Jezusa, świętej Teresy, a krótko potem Józefa Stalina, Feliksa Dzierżyńskiego, Lenina, Marksa i Engelsa”. Splot zapewne dziwny, ale Janka pokochała komunizm tak samo mocno, jak Jezusa i nie zaprzątała sobie głowy tym, że między jedną a drugą miłością być może istnieje sprzeczność. Będąc już w szkole, uważała się za dzielną żydowską chrześcijankę, a ponieważ lubiła prowokować, spotykając żydowskich przyjaciół matki, pozdrawiała ich słowami „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Kiedy zwrócono jej uwagę, że jest Żydówką, odparła, że przecież Jezus też był Żydem. Nie umiała wówczas – jak powie po latach – odróżniać fantazji od rzeczywistości.

W szkole została aktywistką. Należała do ZMP i wygłaszała wiele mów o nieuniknionym zwycięstwie postępowych sił nad siłami reakcji. Co wtedy czuła? Kiedy przyszło otrzeźwienie? Możemy się tylko domyślać. Pisząc o sobie i swoim dzieciństwie, odsłaniając własną głupotę i naiwność, Janina Katz w gruncie rzeczy nie zaprasza nas do swojego wnętrza. Cała książka pełna jest niedopowiedzeń i przeniknięta delikatną ironią. Mówiąc o swojej komunistycznej wierze, Janka uśmiecha się i lekko szydzi z samej siebie: „Kiedyś, czytając referat na temat Dzierżyńskiego – byłam dumna z tego, że był Polakiem –wybuchnęłam płaczem; tak mnie wzruszyły moje własne słowa. Wierzyłam, upajałam się swoją wiarą”. W niedopowiedzeniach kryją się nie tylko własne uczucia. Także dramaty i tragedie Żydów opowiadane są dyskretnie, rzeczowo i oszczędnie. Opowiadając o swoich rodzicach, o ich dobrym i szczęśliwym życiu przed wojną, Janina Katz kończy tę opowieść kilkoma prostymi słowami: „zanim nasze życie zostało zmiażdżone”. Ani krzty patosu czy lamentu, ani słowa skargi. O matce i jej rodzicach: „Z getta Lolę zabrano do Płaszowa. Moich dziadków już tam nie było, zostali wysłani do Auschwitz i zginęli w komorze gazowej. Lolę dręczyła myśl, że gdyby trafiła tam wcześniej, kiedy jeszcze żyli, może byłaby w stanie ich uratować.”

I być może to jest właściwy język mówienia o największych tragediach, najgłębszych uczuciach, tym, co nas najbardziej dotyka, co bardzo boli lub co napełnia szczęściem. Literatura powieściowa zaszła dziś bardzo daleko w ekshibicjonizmie, niepohamowanym pragnieniu dotarcia do najbardziej skrywanych zakamarków ludzkiej duszy, czasami nawet masochistycznej woli obnażenia i wypowiedzenia wszystkiego. Może właśnie dlatego niejeden obdarzony wrażliwością pisarz dla spraw najważniejszych i losów najbardziej tragicznych szuka formy wykraczającej poza ramy klasycznej powieści. Czytam teraz książkę o Oświęcimiu napisaną przez Dietera Schlesaka, niemieckiego pisarza pochodzącego z Siedmiogrodu. Myślę, że nie przypadkiem Schlesak zrezygnował z fabularnej narracji na rzecz quasi-dokumentalnej mozaiki, na którą składają się opowieści ocalonych, zeznania świadków, zapisy rozmów z byłymi katami. A kiedy opowiada o najstraszliwszych wydarzeniach, jakie miały miejsce „tam”, ucieka się do niedopowiedzeń i zachowuje daleko idącą powściągliwość. To właśnie robi dzisiaj wrażenie.
Podobnie powściągliwa jest książka Janki Katz. Świetnie napisana i równie dobrze przetłumaczona z duńskiego oryginału, zaprasza czytelnika gładką, potoczystą narracją, jakby była tylko niefrasobliwą opowieścią o chmurnym i durnym dzieciństwie. Lecz kiedy nie damy się zwieść tej lekkiej narracji, kiedy pozwolimy sobie na niewielkie przerwy w lekturze i uciekniemy się do pomocy wyobraźni, za fasadą zabawnie, ironicznie czy beztrosko opowiedzianych wydarzeń zobaczymy dramaty i cierpienie.

Oczywiście, można autorce zarzucić, że tych dramatów wcale nie widzimy, ponieważ spowija je owa delikatna mgła niedopowiedzeń, a lakoniczna narracja nie pozwala nam dostrzec pełnego obrazu. Kiedy z perspektywy dziecka opowiada historię swego wojennego opiekuna i przybranego ojca, możemy tylko domyślać się głębokich i dramatycznych powikłań jego losu; kiedy opisuje przedwojenny Kraków i mówi, że „światowej sławy polski antysemityzm tkwił tuż obok niezwykle bujnego życia kulturalnego Żydów”, tylko wyobraźnia podpowie nam, co naprawdę to przemieszanie oznaczało. Podobnie ma się rzecz z przemieszaniem katolickiej i komunistycznej wiary autorki, ze splotem losów polskich i żydowskich, z ukochaną, a przecież bardzo trudną matką, nazywaną najczęściej po prostu Lola. Co łączyło matkę i córkę? Na czym polegał konflikt między nimi? Łatwo tę niezwykłą więź wyczuć, łatwo zdać sobie sprawę z głębokiego konfliktu. Ale całej reszty możemy się tylko domyślać.

To tak, jakby tragedia żydowskiego losu, o której mówić można tylko oszczędnie i powściągliwie, położyła się cieniem na całym życiu autorki, dyktując jej niefrasobliwą narrację, wstydliwość uczuć i co chwila podsuwając niedopowiedzenia. Może w tym podobna jest do matki, która niczego ze swojej tragicznej przeszłości nie zapomniała ani nie odrzuciła; lecz by móc normalnie żyć, musiała ją odepchnąć na bok. Pamiętajmy też, że książka zatytułowana jest Moje życie barbarzyńcy, a autorka prowokuje nie tylko czytelników, lecz także własne życie i zastane w nim i wpojone jej wartości. Zachowaną po babce koronkę, tylko jedną z dwóch pozostałych po niej pamiątek ufarbowała kiedyś na granatowo i dała uszyć z niej bluzkę. A stało się to dlatego, że – jak wyznaje – „barbarzyńca pokonał we mnie Żydówkę”. Życie takiego barbarzyńcy wbrew pozorom wcale nie jest łatwe. Jest pełne napięć i konfliktów pokonywania w sobie Żydówki, Polki, katoliczki, komunistki i wielu innych oczywistości, którym kres w Polsce położyła wojna i gehenna Żydów. Z tym wszystkim nie tylko niełatwo żyć, lecz również bardzo trudno to wypowiedzieć. Może tu tkwi geneza oszczędnego języka i stylu. Może stąd płynie delikatna ironia otaczająca słowo „barbarzyńca”. Bo przecież barbarzyńca to dla Janiny Katz wcale nie niszczyciel, lecz twórca, to ktoś, kto z trudem buduje własny los i własną indywidualność.

Janka tkwiła w religijnych, narodowych czy ideowych oczywistościach, „jak śliwka w cieście”, trochę naiwnie, a trochę bezmyślnie, zrazu nie zadając sobie trudu stawiania głębszych pytań. Dopiero mieszkający w niej barbarzyńca zakwestionował naiwność i poprowadził ku wewnętrznej przemianie. To nie był młodzieńczy bunt, któremu patronował duch burzy i naporu, to nie było odrzucanie autorytetów, lecz materii, w której była zanurzona, proces bolesny i trudny. Skąd ja to wiem? Nie, wcale nie wiem, ale znów domyślam się, choćby z takiego wyznania: „Polityczna działalność przyjemnie łaskotała moje zbuntowane hormony. Tkwiłam w tym jak śliwka w cieście. Tęskniłam za lepszym światem, w którym wszyscy byliby równi, dobrze ubrani i zadowoleni, i w którym ja sama – któż by inny – byłabym dobrą wróżką, troszczącą się o szczęście innych. Przed moim domem codziennie rano zbierał się tłumek wdzięcznych ludzi i nucił – nie za głośno, żeby mnie nie zbudzić ze słodkiego, zasłużonego snu – pieśń na moją cześć. Byłam małym, tłustym lokajem postępu. Teraz to boli. Ale przecież jakże łatwo mogłoby boleć inaczej”.

Książka Janiny Katz opowiada o bólu śliwki, której przyszło wyjść z ciasta. Opowiada często niefrasobliwie, nawet wesoło, z ironią, z przymrużeniem oka. I tylko od czasu do czasu ból nazwany jest po imieniu. Ale nawet i wtedy relacja jest oszczędna, powściągliwa. Może też dlatego, że Janka – podobnie jak jej matka, za którą ta książka jest kadiszem – bardzo kocha życie.


Janina Katz, Moje życie barbarzyńcy, Wydawnictwo Jacek Santorski & Co., Warszawa 2006

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata