70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Doświadczenia, wzory, zmagania i portrety

Literatura piękna wspiera moralne nauczanie. Ale nie każda literatura – musi to być bowiem literatura „moralnie wrażliwa”, czyli taka, u podłoża której tkwi moralna wrażliwość twórcy, jego własne moralne doświadczenie.

Sytuacja, w której ktoś czyta Metafizykę moralności Immanuela Kanta „do poduszki”, nie jest wprawdzie nierealna, ale zapewne mało prawdopodobna. Owym czytelnikiem mógłby być na przykład student, który nie zdążył się na czas uporać z zadaną lekturą i w ostatnią noc przed czekającym go egzaminem spędza nocne godziny na studiowaniu idei obowiązku w kantowskiej etyce. Jeśli student nie jest zafascynowany filozofią, to zapewne sen go zmorzy, ponieważ dzieła Kanta nie charakteryzują się kunsztem narracji, bogactwem przykładów ani zręcznie prowadzoną przez autora intrygą. To nie znaczy, że nie są fascynujące! Kantowski „bohater dramatu” jest moralnym podmiotem, który nieustannie zmaga się z namiętnościami i pozostaje nieczuły na porywy serca, ale jeśli już przyjmie imperatyw kategoryczny za naczelną normę moralności, to trudno wyobrazić sobie kogoś, kto z większą determinacją będzie zabiegał o poszanowanie ludzkiej godności, nie kierując się przy tym żadnymi przesłankami natury religijnej.

Kantowski bohater nie ma w życiu ważniejszego celu nad poznawanie samego siebie – w ten sposób tylko może bowiem zyskać władzę nad własnymi skłonnościami pozwalającą mu na w pełni autonomiczne działanie. Kiedy czytamy apel Kanta o to, by poznawać samego siebie od strony doskonałości moralnej, wnikać w głębie własnego serca, zyskując przez to samopoznanie będące początkiem wszelkiej ludzkiej mądrości, pobrzmiewa nam w tym już to Ewangelia, już to Augustyńskie noverim Te – noverim me. I nic w tym dziwnego, bo choć daleko Kantowi do Ewangelii, to blisko do fenomenu ludzkiej moralności; fenomenu, który w różny sposób można opisywać, ale będzie to wciąż ten sam fenomen i wciąż te same będą się w jego opisie pojawiały wątki: dramat wyborów, pragnienie doskonałości, słabość i heroizm …
To nie Kant jednak jest autorem, który odsłania w swoich dziełach głębię dramatu moralnych zmagań człowieka (jakkolwiek głębokie mogą być studentów nocne zmagania z Kantem). Język filozofii moralnej – nie tylko kantowskiej – bywa zupełnie pozbawiony polotu, a ona sama dąży do definiowania, wyróżniania kategorii, porządkowania… W usilnym dążeniu do poddania ludzkiego działania moralnego określonym regułom zatraca się bogactwo kontekstu. Filozoficzne analizy kreślą nam schemat – życie nie poddaje się jednak wprost schematom, a sytuacje, z którymi przychodzi się nam w życiu zmierzyć dalece wykraczają poza najbardziej nawet wymyślne przykłady, w przytaczaniu których lubują się zwłaszcza anglosascy przedstawiciele współczesnej filozofii moralnej. Ileż tam rozpędzonych wózków grożących stratowaniem siedzącym na torach ludziom, pilotów, którzy w obliczu nieuchronnej katastrofy lotniczej starają się skierować samolot na jak najmniej zaludniony obszar, zwiedzających skalne groty grubasów, którzy utknęli w wąskim otworze, uniemożliwiając pozostałym wycieczkowiczom ewakuację z jaskini zatapianej zwolna przez napływającą wodę! Nie twierdzę, że przytaczanie tych przykładów nie ma sensu – jakby nie było przywoływane są one jako „modelowe” sytuacje decyzyjne. Prawdopodobieństwo jednak, że staną się one naszym udziałem, jest niewielkie. To nie są nasze doświadczenia … W literaturze pięknej zdecydowanie łatwiej nam własne doświadczenia odnaleźć – dlatego właśnie wydaje się niezastąpiona w zrozumieniu fenomenu moralności; odnajdujemy w niej zresztą nie tylko doświadczenia, lecz również wzory, zmagania i portrety …

Doświadczenia

„Nauczanie moralności” wydaje się niezmiernie trudne, wręcz niemożliwe, jeśli rozumieć je tak, jak uczy się matematyki czy biologii. Można nauczyć etycznych reguł, założeń teorii, sposobów argumentacji … Uczeń „przełknie” je jak opis działania czterosuwowego silnika. Moralność jest fenomenem doświadczanym i przeżywanym; przeżywanym zawsze w jakimś kontekście. Do przekazania tego doświadczenia potrzeba zatem narracji. Odkrył to Sokrates nawiązujący nieustannie w prowadzonych dialogach do znanych Grekom kontekstów, wiedział o tym Chrystus – stąd bogactwo przypowieści zawartych w ewangeliach. Idea wprowadzania narracji do przekazu moralnych prawd jest stosunkowo prosta: egzemplifikacja problemu ma ułatwić adresatowi moralnego przekazu odpowiedź na postawiony problem poprzez odwołanie do jego własnych, moralnych intuicji. Odpowiedź, jaka zostaje wówczas udzielona, jest odpowiedzią, która nie ma czysto spekulatywnego charakteru – wypływa z moralnego doświadczenia. Nie jest to już tylko odpowiedź na problem, ale „moja” odpowiedź na problem. „Moja” nie znaczy z kolei czysto subiektywna, lecz przeze mnie przyjęta za odpowiedź słuszną. Nie tylko zatem twierdzę, że nie należy oszukiwać, jestem wewnętrznie przekonany, że nie należy oszukiwać. Jestem uczciwy nie dlatego, że powiedziano mi, iż uczciwość jest czymś dobrym, czy też zważywszy na to, że „uczciwość się opłaca”, ale dlatego, że sam uważam, iż należy być uczciwym. Różnie to potem w życiowej praktyce z naszymi przekonaniami bywa (etyczny internalizm – podobnie jak sokratejski intelektualizm etyczny wydają mi się nadmiernie optymistyczne), słabość i niewierność własnym przekonaniom moralnym nie przekreślają jednak przekonań. Odwołanie do moralnych przekonań – w istocie odwołanie do moralnego doświadczenia przez nas określonych fenomenów moralnych – jest szansą, chociaż nie gwarantem, że pozostaniemy im wierni. Tylko w taki sposób, tj. poprzez wewnętrzne odkrycie wartości – można sobie przyswoić porządek moralny. Ów wewnętrzny wymiar jest zbędny w poznawaniu nauk przyrodniczych lub formalnych – w rozpoznawaniu moralności jest wręcz niezastąpiony.

Specyfika moralnego nauczania stawia określone wymagania temu, kto przyjął na siebie rolę nauczania nie tylko etyki, ale i moralności. Co prawda może swoją funkcję potraktować w sposób, rzec by można, instruktażowy: udziela informacji, podaje reguły, a potem ewentualnie egzekwuje wiadomości. Byłby to wtedy jedynie przekaz wiedzy, a nie poszukiwanie mądrości, o którym – wychodząc z dwóch różnych punktów widzenia – piszą zarówno autor biblijnej Księgi Mądrości jak i Kant. Filozofia jest umiłowaniem mądrości, jeśli więc filozofowi – etykowi zależy na jej przekazywaniu, będzie szukał środków do takiego jej przekazania, które uczyni z biernego słuchacza aktywnie odpowiadającego na postawione pytania „aktora”. I nie o pląsy tu bynajmniej chodzi, ale o wciągnięcie słuchacza w centrum moralnych problemów, a do tego potrzeba narracji. Jeśli tak długo rozwodzę się nad specyfiką moralnego nauczania, to dlatego, by nie pozostawić czytelnikowi wątpliwości, że moralności bez narracji uczyć się nie da. To dlatego właśnie etycy tak często odwołują się do przykładów, w tym także do literatury.

Literatura piękna wspiera moralne nauczanie. Ale nie każda literatura – musi to być bowiem literatura „moralnie wrażliwa”, czyli taka, u podłoża której tkwi moralna wrażliwość twórcy, jego własne moralne doświadczenie. Niekoniecznie wzniosłe, może to być doświadczenie własnej nędzy, ale nie istnieje bogactwo przekazu bez bogactwa przeżyć. Dramaturgia przekazu pozwala czytelnikowi na zaangażowanie w losy bohaterów. Czyż nie dlatego lektura Na Zachodzie bez zmian Ericha M. Remarque`a napawa niepokojem, Wizyta starszej Pani Friedricha Dürrenmatta wywołuje gorzki uśmiech, a Opowiadania kołymskie Warłama Szałamowa wstrząsają i przerażają? Lektura Kanta nie wywołuje w nas zasadniczo tego typu reakcji. Właściwe literaturze pięknej bogactwo języka, różnorodność form literackiego przekazu – od groteski po literaturę faktu – pozwalają już to przejaskrawić, już to tak dalece zbrutalizować rzeczywistość, że w losach bohaterów dostrzegamy czasem jak w krzywym zwierciadle losy własne. Rozpoznajemy, że król jest nagi, a ideał sięgnął bruku. Niezwykle żarliwy jak na Kanta apel o samopoznanie zyskuje w nas odzew nie w trakcie lektury analizy obowiązków wobec samego siebie przedstawionych przez autora w Metafizyce moralności, lecz w prześmiewczych sztukach Bernarda Shawa wyśmiewających fałszywą religijność i dwulicową moralność, Opowiadaniach Antoniego Czechowa wydobywających z niezwykłym kunsztem zaściankowość i ciasnotę myślenia, powieściach Josepha Conrada ukazujących bolesną drogę dojrzewania do własnych ideałów. Wymienieni i niewymienieni tutaj z imienia twórcy doskonale wiedzieli, że czytelnicy „wcielać” się będą w literackich bohaterów jak aktorzy w sceniczne role. W przedmowie do Lorda Jima Conrad zaznacza, że tytułowy bohater nie jest wytworem północnych mgieł, to jeden z nas … Fikcja to zatem, czy też nie fikcja? Fikcja twórcy, której odpowiadają realne przeżycia biorcy. Bohaterowie o zamkniętych już na kartach książek losach i nasze wciąż jeszcze otwarte historie oczekujące na swoje szczęśliwe zakończenie … Jak na Godota z siwą brodą …

Wzory
Etyka, a dokładniej różnorodne teorie etyczne, nie szczędzą nam przepisów na moralne ideały, wiążąc je w różny sposób z naturalnym dążeniem człowieka do szczęścia. Powiadają cynicy, że winniśmy się wszystkiego wyzbyć, Arystoteles zaś, żeby dążyć do perfekcji, praktykując cnoty. Tomasz z Akwinu skierowuje arystotelesowski teleologizm ku Bogu i w zjednoczeniu z Nim upatruje ideału chrześcijańskiego życia oraz źródła wszelkiego szczęścia, a brytyjscy utylitaryści – Jeremiasz Bentham i John Stuart Mill – porzucają religijną perspektywę, przyznając priorytet nie własnemu szczęściu, lecz szczęściu społeczności. Wedle Kanta z kolei, uznanie własnego szczęścia – czy to w Bogu czy to poza nim – za cel działania, jest obrazą moralności. To w działaniu z obowiązku należy upatrywać ideału działania nie-świętych istot, wszelkie inne motywy działania są uprawnione jedynie wówczas, gdy będą spełnianiu przez nas obowiązków jedynie towarzyszyć. Wielość i różnorodność „idealnych propozycji” – wymieniliśmy jedynie kilka – bardziej zniechęca niż zachęca do szukania w filozofii moralności wzorów postępowania. Któż zresztą szuka moralnych wzorów w abstrakcyjnych dywagacjach, spierając się o to, czy należy je deontologicznie czy też teleologicznie uzasadniać! Musiałby to być wybitnie nawiedzony etyk. Co prawda dla chrześcijanina tomistyczna idea zjednoczenia z Bogiem nie powinna być czystą abstrakcją, ale może się wydawać tak nieziemska, że aż „nie dla mnie”. Do cielesnego, zanurzonego w codzienności człowieka, silniej przemawia „kubek wody” niż traktat De fine ultimo hominis in communi. Ileż realizmu kryje się w jednej z ballad Bolesława Leśmiana opowiadającej o tym, jak to po przybyciu do nieba Urszula Kochanowska zapytana przez Boga, co ją uszczęśliwi, prosi „… by w nieb Twoich krasie Wszystko było tak samo, jak tam – w Czarnolasie”. A kiedy już w niebiańsko-czarnolaskim domu słyszy pukanie do drzwi i biegnie, by je otworzyć, stwierdza z żalem „Nie!… To – Bóg, nie oni! …”. W tęsknotę za Bogiem wpleciona jest tęsknota za człowiekiem, a teologiczne traktaty są „martwe” – to człowiek żyje, nie traktaty. Potrzebujemy „wcielonych wzorów” …

Tam, gdzie etycy spierać się będą o istotę moralnego ideału, literatura nie pozostawi aż tak wielu wątpliwości i – co szczególnie cenne – przedstawi jak ów ideał wyrasta z ziemskiego trudu, jak dźwiga się z upodlenia i wyrasta ponad najśmielsze oczekiwania. Ideały są w zasięgu nędzników, nawet takich, jak Jan Valjean, który ściskając w dłoni dwa ukradzione Gerwazkowi franki przechodzi z nimi na drugą stronę życia, jakby płacił Charonowi daninę za wejście na brzeg krainy, w której człowiek potrafi żyć bez reszty oddany bliskim. I jeszcze Sonia, której nieobce pstre fatałaszki i mdłe światło latarń, śpiesząca za ukochanym z iście niebiańską nadzieją, że w końcu Raskolnikow uroni łzę. I – by nie zapominać o rodzimej literaturze – Marek Winicjusz dojrzewający z wolna do zrozumienia, że miłość to wyrzeczenie się wszelkiej władzy nad drugim człowiekiem, to cicha prośba o przyjęcie daru pozbawiona roszczeń i pretensji. Życie nasze, nasze zbrukane -święte życie… Spoza imperatywu kategorycznego Kanta, hierarchii dóbr Dietricha von Hildebranda, struktury moralnej działania tak wnikliwie analizowanej przez Tomasza z Akwinu wygląda ku nam świat ludzkich zmagań i dramatów, którego nie da się opisać przy pomocy filozoficznych kategorii.

Zmagania
O filozofii moralnej najżywiej dyskutujemy wówczas, gdy napotykamy na problemy moralne, z którymi nie radzimy sobie, wykorzystując posiadaną wiedzę i intuicję. Mozolnie dobywamy argumentacyjnych struktur, pytając Kanta, czemu tak zawzięty w sporze o kłamstwo, a Milla o powody, dla których winniśmy mieć wciąż na uwadze dobro społeczności. Max Scheler pomaga nam ustalić hierarchię wartości, z Davidem Rossem zaś dyskutujemy, który z obowiązków prima facie może zostać uchylony na rzecz innego. W żadnej z etycznych teorii nie udaje się nam jednak znaleźć wprost odpowiedzi na nękające nas pytania. Szczegółowe normy moralne są w odniesieniu do naszego życia dalece ogólne, a ono samo zbyt bogate, by dało się bez reszty ująć w teoretyczne schematy. I jakkolwiek nie zwalnia to filozofii moralnej z trudu poszukiwania recept na nieuleczalną, zdaje się, chorobę moralnych dylematów, to przecież nie jej, lecz literaturze przypada rola ich odsłaniania. Agamemnon poświęca Ifigenię „by krwią niewinną trackie zaczarować wiatry”. Zrozpaczona Klitajmestra wymierza sprawiedliwość: krew ojca za krew dziecka, ale Ajschylos, opisując tragiczne losy bohaterów, nie udziela nam wcale ostatecznej odpowiedzi na pytanie, czy obowiązki wobec kraju mogą wziąć gorę nad życiem bliskich. Rozpaczliwe pytania o słuszną odpowiedź powracają w dziesiątkach sytuacji, w których szukamy wyjścia z beznadziejnie czasem zawikłanych sytuacji. Czy szczytne idee mogą wytłumaczyć odstępstwo od normy? A jeśli już nie idee, to czyż nie istnieje jakieś „dno” ludzkiej wytrzymałości i upodlenia, w którym normy milkną jak muzy? „Rozumieliśmy, że prawda i kłamstwo to rodzeństwo” – pisze Szałamow z głębi kołymskiego piekła – „że na świecie istnieją tysiące prawd…”

Tam, gdzie filozofia moralna zamyka problem, stanowiąc jasno i wyraźnie: „nie kłam”, „nie zabijaj”, tam literatura – i życie (!) – zdają się otwierać furtkę … Wzdrygamy się już na samą myśl, że mielibyśmy odebrać komuś życie, by ocalić je innym. A gdyby „ci inni” byli nam nad wyraz bliscy, a „ten jeden” obcy? „Od początku dziejów” – czytamy w epopei Johna Steinbecka – „uczono ludzi, że zabicie człowieka jest złem, z którym nie wolno się pogodzić. Każdy kto zabija musi być zniszczony, bo to wielki grzech, może najgorszy jaki znamy. I potem bierzemy żołnierza, dajemy mu do ręki broń i mówimy: >>Użyj jej dobrze, użyj mądrze< W chętnie przywoływanej przez etyków powieści Williama Styrona tytułowa Zofia trafia wraz z dwójką dzieci: Jankiem i Ewą na rampę obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Trwa selekcja więźniów. Zofia świetnie mówi po niemiecku. Z obawy, że podzieli los wysyłanych do krematorium w Brzezince Żydów, oznajmia dokonującemu selekcji esesmanowi, iż nie jest Żydówką, że ona i jej dzieci są Polakami i katolikami. W odpowiedzi esesman przedstawia jej cyniczną propozycję: Polacy w przeciwieństwie do Żydów mają wybór, może więc zabrać do obozu jedno dziecko, drugie pójdzie do gazu. Zofia początkowo wzdraga się przed wyborem, ale kiedy esesman dodaje, że rezygnacja z wyboru jest równoznaczna z wysłaniem do krematorium obojga dzieci, zdesperowana Zofia wskazuje na Ewę. Etyczne analizy wyboru Zofii rozkładają jej decyzję na „czynniki pierwsze”: badają intencje i wytyczają zakres odpowiedzialności za skutki, stawiają pytania o obowiązek minimalizowania zła i możliwość porównywania wartości życia obojga dzieci. To wszystko ma sens, ale dramat Zofii i tak „wymyka się” abstrakcyjnym analizom. Literatura – a jeszcze bardziej samo życie – może być dla etyki czymś w rodzaju „uziemienia”. Przez większość czasu zdecydowanie zbędne, ale niezbędne w trakcie burz. Dylematy są jak burze – zakłócają etyce jej abstrakcyjną (i po trosze atrakcyjną) stabilizację, zmuszają do ponownego przemyślenia norm, a co chyba najważniejsze – uczą etyka pokory i dystansu do ferowanych wyroków. I nie o relatywizm tu bynajmniej chodzi, ale o świadomość, że dramatu ludzkiego losu nie da się prosto zamknąć w instrukcji postępowania z wysoce niebezpieczną substancją, jaką jest ludzkie życie. „Tego zaś miejsce wpośród głupców czeka, co bez różnicy twierdzi albo przeczy i wciąż jednako o wszystkim orzeka”.

Portrety
Literatura pokazuje bogactwo osobowości, którego nie znajdziemy w antropologicznych koncepcjach. To portrety postaci, które bawią, fascynują, odpychają i bulwersują. Niekoniecznie stanowią wzory – raczej prowokują do poszukiwania portretu, który będzie mój – własny. W końcu poznanie samego siebie to nie tylko poznanie zalet i wad, ale odkrycie własnej oryginalności. Nie istnieją szarzy ludzie, istnieją ludzie, którzy nie zadali sobie trudu, by poznać, kim są. Filozofia moralna tego wymiaru ludzkiej egzystencji nie odkrywa, ponieważ koncentruje się na stanowieniu uniwersalnych norm, a nie wytyczaniu indywidualnych kolei ludzkiego losu. W świecie literackiej fikcji krążą niepoprawni marzyciele i twardzi reformatorzy, kpiarze i ważniaki, pełni poświęcenia obrońcy prawa i sprawiedliwości, a obok nich niby całkiem zwyczajni, a przecież nad wyraz bogaci wewnętrznym ciepłem bohaterowie codzienności.

I jeszcze ta wrażliwość… Kubuś Fatalista oraz Kubuś Puchatek, przestroga, by nie zabijać drozda, bo jego śpiew niesie niewinną radość nie okupioną żadną szkodą i nieustępliwa pogoń za Moby Dickiem jak za własnym losem. Przypominają się też bohaterowie lat dziecięcych i bolesnego dojrzewania – mgła nad Doliną Issy i wyśniony czar miasteczek opisywanych przez Isaaca Singera … I jeszcze pan Pickwick, który nie żałuje, że dwa lata poświęcił na przestawanie z rozmaitymi gatunkami i odmianami ludzkich charakterów, bo to „rozszerza horyzonty i zapładnia umysł”18.

Nasza rozbudzona wyobraźnia zagląda „za drugą stronę lustra”, przemierza nieznane lądy i sięga gwiazd. Potrzeba wrażliwości i wyobraźni, by mądrze żyć, nie tylko norm, obowiązków i reguł.
Dobranoc Kancie, lampę zgaś …

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata