70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Utyskiwania wielkiego Witruwiusza, czyli o tym, jak i gdzie Rzymianie mieszkali

Gdybyśmy chcieli poczuć atmosferę Rzymu cesarskiego, nie Pompeje, nie Herkulanum czy starożytna Ostia, ale raczej wąskie i ciemne uliczki dzisiejszego Zatybrza byłyby lepszą pożywką dla naszej wyobraźni.

Przedstawmy sobie taką oto scenkę – w realiach Rzymu, szczególnie późnej, cesarskiej epoki, wcale nierzadką: oto wybucha pożar w jednym z maleńkich mieszkanek w potężnej, pięciopiętrowej kamienicy czynszowej. Potrącona lampka z oliwą, wiklinowe przepierzenia, po których ogień przenosi się z mieszkania do mieszkania i między piętrami, wreszcie najwyższe kondygnacje wykonane z drewna – to wszystko wystarczy, by w ciągu kilku minut ogień rozprzestrzenił się do tego stopnia, że nie ma mowy, by dało się uratować coś więcej niż kilka drobiazgów z wnętrza sklepików umieszczonych na parterze. Jak gasić pięciopiętrowy budynek, przybiegając z wiadrem wody, choćby tych wiader były nawet setki?
Na szczęście już w I w. p. Ch. Rzymianie mogą liczyć na pomoc zorganizowanych straży pożarnych. W odpowiedzi na okrzyki przerażonych mieszkańców zjawiają się niewolnicy Marka Krassusa. Są pierwsi na miejscu tragedii, wyposażeni w pompki strażackie i gotowi rzucić się w ogień. Przybywają na miejsce i… czekają cierpliwie na sygnał od zatrudnianego przez Krassusa pośrednika handlu nieruchomościami. Gdy ten potwierdzi, że uzyskał od zrozpaczonego i bezradnego właściciela kamienicy podpis na dokumencie sprzedaży, przystępują ochoczo do gaszenia domu, który w ten oto sposób, szybko i tanio, staje się własnością ich pana, Marka Licyniusza Krassusa, jednego z najbogatszych obywateli rzymskich, a wkrótce także członka triumwiratu niepodzielnie rządzącego przez chwilę tym, co zostało z republiki rzymskiej. Zanim urzędnikom miejskim zaświta myśl o zorganizowaniu państwowej straży pożarnej (choćby po to, by zdobyć sobie poklask mieszkańców, jak w 21 roku p. Ch. Marek Egnacjusz), zanim Oktawian August wyprowadzi na ulice Rzymu zawodowych vigili wraz z towarzyszącymi im lekarzami, Krassus dorobi się majątku na handlu nieruchomościami – tym łatwiej, że ponoć jego niewolników-strażaków, w zgoła odmiennej roli widywano na miejscu zdarzenia, zanim pojawił się w nim ogień.

Za panowania Augusta pożary stały się rzeczywistą plagą Rzymu: liczebność miasta zaczyna sięgać miliona (w II wieku osiągnie – jak się zdaje – maksymalną liczbę 1,2–1,6 miliona mieszkańców ), a jego granice nie poszerzą się wystarczająco, by zachować bezpieczną i wygodną niską zabudowę. Rzym zacznie się niebezpiecznie piąć w górę. Już w I w. p. Ch. Cyceron napisze o „Rzymie w powietrzu zawieszonym” , a będzie to dopiero początek mody (konieczności?) wznoszenia budowli, których nasza wyobraźnia, karmiona widokiem parterowych i jednopiętrowych Pompejów, raczej z antycznym miastem nie kojarzy. Tymczasem, gdybyśmy chcieli poczuć atmosferę Rzymu cesarskiego, nie Pompeje, nie Herkulanum czy starożytna Ostia, ale raczej wąskie i ciemne uliczki dzisiejszego Zatybrza byłyby lepszą pożywką dla naszej wyobraźni.

Z obawy przed pożarami i zawaleniami Oktawian August zabroni budowania kamienic wyższych niż 20 metrów, a Trajan jeszcze o dwa metry zmniejszy ten limit. Rzym wypełniać więc będą kamienice czynszowe (insulae) cztero- i pięciopiętrowe (w II wieku będzie ich w mieście ok. 46 tysięcy!). W IV stuleciu do Wiecznego Miasta przybywać będą z odległych prowincji, Egiptu, Hiszpanii, Afryki, zamożni kupcy, których marzeniem będzie zobaczyć nie Panteon, nie Koloseum czy potężne termy Karakalli, ale… rzymski drapacz chmur, słynny na cały świat dom Felikuli (insula Felices), wyrastający ponad kamienice na łączną wysokość, którą dziś możemy oceniać na jakieś 30 metrów!

Jeśli chcemy przyjrzeć się warunkom, w jakich mieszkali Rzymianie, pierwsze kroki winniśmy skierować właśnie ku skromnym, niewygodnym (nie tylko z naszej perspektywy) i nade wszystko niezbyt bezpiecznym mieszkaniom czynszowym (cenacula) wynajmowanym przez obywateli klasy średniej w tych potężnych i zdumiewająco podobnych do naszych europejskich kamienic insulach. Podobnych raczej tylko z zewnątrz, bo jeśli chodzi o same mieszkania, bliżej im zapewne do ubogich bloków i hoteli robotniczych. Bywały oczywiście insule bogatsze i biedniejsze: w niektórych piętra wypełnione były zaledwie pięcioma czy sześcioma większymi mieszkaniami, w innych musiało się ich zmieścić nawet dwadzieścia. Stąd właściciele, dla których wynajem stanowił nierzadko jedyne istotne źródło dochodu, decydowali się na dobudowę kolejnych kondygnacji. To kolejny powód, dla którego łatwo było o pożar czy zawalenie. Rzym był miastem tak ciasnym, iż przynajmniej w czasach, które opisuje Witruwiusz, autor jedynego zachowanego w całości traktatu o rzymskiej architekturze z końca I w. p. Ch., budowniczym nie wolno było stawiać ścian grubszych niż półtorej stopy. Pół biedy, jeśli wykonano je z ciosanego kamienia czy – jak w wypadku budowli publicznych – marmuru, ale cegła rzymska przy tej grubości ścian, nie mogła utrzymać na dłuższą metę więcej niż jedną kondygnację . Stąd też piętra wyższe stawiane były z nieco lżejszych materiałów, pojawiały się ścianki z wikliny, którymi Witruwiusz gardził i przed którymi ostrzegał, bo stanowiły istne pochodnie, tylko czekające na to, by rozprzestrzeniać ogień . Dodajmy do tego, że cenacula ogrzewane były za pomocą otwartych piecyków pozbawionych komina i oświetlane lampkami łojowymi lub oliwnymi, a nadto oczywiście nie miały na wyższych kondygnacjach bieżącej wody. Dziś pewnie wzdragalibyśmy się przed samym wejściem do takich bomb budowlanych, a co dopiero przed spędzaniem w nich nocy.

Zależnie od wielkości insuli, mogła ona mieć wewnętrzne podwórze, stanowiące centrum życia mieszkańców (tam bawiły się dzieci, matki urządzały pranie, ojcowie lali swoich synów ku ich większemu wstydowi i przestrodze dla rówieśników, tam też od czasu do czasu wystawiano stoły, by urządzić skromne przyjęcie dla zaproszonych gości). Podwórze służyło także jako ciąg komunikacyjny, rozprowadzający mieszkańców przez skomplikowany system drewnianych schodów do poszczególnych sypialni. W insulach mniejszych, pozbawionych podwórka, schody otaczały zewnętrzne mury, niczym stalowe zejścia ewakuacyjne w amerykańskich kamienicach. Podobnie z oknami, które wychodziły bądź na podwórze, bądź – najczęściej, o ile insula zajmowała cały kwartał i nie łączyła się z sąsiednią – na ulicę. To ostatnie rozwiązanie pomagało Rzymianom radzić sobie z najbardziej oczywistymi potrzebami. Mieszkańcy insuli skazani byli bowiem na używanie publicznych latryn, co zazwyczaj czynili w dzień; w nocy jednak opróżniali swoje nocniki w najprostszy z możliwych sposobów, tzn. wprost na ulicę. To jeden z zasadniczych powodów, dla których nocne spacery wąskimi uliczkami Rzymu bywały skrajnie niebezpieczne.

Bieżącą wodą, i nierzadko także systemem odprowadzania odchodów do kanalizacji, dysponowali natomiast obywatele zajmujący pomieszczenia na parterze insuli. Mogło się tam mieścić obszerne i wygodne mieszkanie właściciela kamienicy, ale znacznie częściej parter insuli wypełniały niewielkie manufaktury, magazyny i sklepiki (tabernae). Także te ostatnie, obok swojej zasadniczej funkcji handlowej, mogły służyć za mieszkanie. Na całkowicie pozbawionej wygód antresoli wyposażonej w małe okienko tuż nad wejściem do sklepu nocowali pracownicy zatrudnieni w tabernie lub najbiedniejsi z Rzymian, najczęściej przybysze z innych miast, których nie stać było na wynajęcie godniejszego locum, a interesy wymuszały na nich spędzenie w stolicy kilku dni czy tygodni. Na swoją antresolę, gdzie zazwyczaj nie było nic prócz siennika, wspinali się po drabinie, którą następnie – dla bezpieczeństwa – wciągali za sobą. Chyba że zdarzyło im się przez dłuższy czas zalegać z czynszem. Wówczas zazwyczaj uprzedzał ich właściciel tawerny. Takie uwięzienie niesumiennego lokatora na antresoli przez zabranie mu drabiny do czasu wyjaśnienia sprawy weszło nawet do języka prawniczego pod terminem percludere inquilinum („przytrzymanie czynszownika”).

Jednak ani mieszkania w kamienicy, ani tym bardziej podnajęte sienniki nad taberną nie dają nam pełnego obrazu rzymskiego domu, nawet jeśli większość mieszkańców stolicy imperium tam właśnie spędzała swoje noce. Kiedy piszemy o „rzymskim domu”, mamy na myśli miejsce, w którym Rzymianin pragnął mieszkać, a nie to, w którym – z tych czy innych powodów – mieszkać był zmuszony. Podobnie dziś, opisując nasze upodobania lokalowe, skupilibyśmy się raczej na domach jednorodzinnych i willach niż garsonierach podnajmowanych przez studentów. Odwiedźmy zatem budowle, które sami Rzymianie określali mianem domus, pamiętając, że zajmowali je wyłącznie obywatele wyższych klas oraz bogaci kupcy; pamiętajmy także, że najbogatsi z nich dysponowali zazwyczaj budynkami jeszcze okazalszymi, które dziś nazwalibyśmy pałacami lub małymi miastami, a które Rzymianie skromnie określali jako villae.

Najpierw zaznaczmy, że rzymskie doma z rzadka tylko bywały budowlami wolno stojącymi. Zazwyczaj boczne ściany, a często i zamykającą ogród ścianę tylną, dzieliły z domami sąsiednimi, tworząc w obrębie mniej lub bardziej regularnego kwartału ulic zamkniętą całość (co sprzyjało późniejszemu łączeniu ze sobą kilku mniejszych domów). Taki układ wymuszał projektowanie sypialni wokół niezadaszonych dziedzińców, by przez otwarte drzwi mogło wpaść do nich choć trochę światła. Rzymianie zamieszkujący klasyczne doma, oparte na planie domu etruskiego, obywali się więc właściwie bez okien. Owym otwartym na niebo sercem domu rzymskiego było atrium – zwykle niewielki dziedziniec, pośrodku którego znajdowała się prostokątna sadzawka (impluvium), w deszczowe dni zbierająca wodę wpadającą do pomieszczenia przez otwór w dachu (compluvium). W prostych etruskich domach atrium było miejscem życia rodzinnego i zawodowego pana domu, tu przyjmowano gości, odpoczywano, jedzono i gotowano. Tej ostatniej funkcji atrium zawdzięcza zresztą swą nazwę: dom i sadza z pieca kuchennego szybko nadawały ścianom i sufitom czarną (łac. ater) barwę.

Do atrium z ulicy wchodziło się przez wąski przedsionek (vestibulum), nierzadko wyłożony rzymskim odpowiednikiem naszych tabliczek ostrzegawczych: mozaiką przedstawiającą pieska z napisem cave canem (strzeż się psa). Istotnie, pokój sąsiadujący z westybulem nierzadko służył jako sypialnia odźwiernego i jego czworonożnego pomocnika. Częściej jednak przylegające do ulicy pomieszczenia po obu stronach przedsionka służyły jako taberny, w których właściciel posesji prowadził własną działalność handlową.

Niewielkie pokoje otaczające atrium służyły jako sypialnie (cubicula) mieszkańców i ich służby, czasem także wykorzystywano je na spiżarnie lub ubikacje. Bezpośrednio za atrium znajdował się gabinet pana domu (tablinum) – miejsce pracy, spotkań z interesantami i klientami, skarbiec, a w okresie zimowym także jadalnia. Przez tablinum można było przejść do ogródka (hortus), zamkniętego ścianą, za którą zaczynał się ogródek kolejnego domostwa – całkiem podobnie jak we współczesnych kwartałach szeregowych domków jednorodzinnych.

Mniej więcej w IV w. p. Ch., typowy dom italski zaczyna ulegać przeobrażeniom. Co bogatsi Rzymianie decydują się na powiększenie przestrzeni mieszkalnej o podpatrzony u Greków perystyl (a czasem i kilka perystylów), który teraz zajmuje miejsce ogródka. Zdecydowanie większy od atrium, otoczony kolumnadą z podcieniami dziedziniec staje się teraz głównym miejscem życia rodzinnego. W ten sposób tablinum wyznacza granicę między oficjalną, „służbową” częścią domu, w której pracuje jego właściciel, a której sercem staje się atrium, a częścią prywatną, przeznaczoną dla żony i dzieci, tzn. perystylem otoczonym dodatkowymi sypialniami, kuchnią, prywatnymi łaźniami i – co także jest novum domu hellenistycznego – jadalnią wyposażoną w trzy łóżka ustawione w podkowę (triclinium). O tym, jakie proporcje winni zachować architekci projektujący kolejne pomieszczenia, a także w którym kierunku winny być zwrócone drzwi biblioteki, by księgi nie butwiały, pracownie malarskie, by wydobyć pełnię barw, sypialnie, by wieczorne słońce nagrzewało je na noc – o tym wszystkim szczegółowo informuje nas Witruwiusz w swoim nieocenionym traktacie .

Rzymskie doma, podobnie zresztą jak o wiele uboższe cenacula, bywały nader skromnie umeblowane. W ogóle należy przypuszczać, że Rzymianie nie znali mebli produkowanych dla klasy średniej. Misterne marmurowe czy brązowe stoły, pięknie wykończone łoża, ozdobne piecyki i lampiony spotykamy niemal wyłącznie w willach najbogatszych nobilów. Pozostałym mieszkańcom Rzymu wystarczały zazwyczaj proste drewniane łóżka z siennikiem, na których spali, kochali się, jedli, czytali i przyjmowali gości. Dzisiejsze szafy i komody zastępowały im skrzynie, stoły drewniane w rzymskim domach nie miały większego zastosowania, chyba że służyły niewolnikom: jedzenie przy stole uchodziło kobietom, żołnierzom, kupcom albo bywalcom gospód – szanujący się obywatel rzymski jadał w domu na leżąco.
Tym, co do dziś nas fascynuje, kiedy przechadzamy się po wspaniale zachowanych domach Pompejów czy Herkulanum, są malowidła ścienne, którymi Rzymianie wypełniali dosłownie każdy kąt swoich posesji, tabern, warsztatów czy domów publicznych. Dziś możemy podziwiać zaledwie fragmenty mocno już wyblakłych fresków i enkaustyk, w których otoczeniu wiedli swoje codzienne życie. Trzeba doprawdy ogromnej wyobraźni (wspomaganej dzisiaj znakomitymi multimedialnymi rekonstrukcjami), by poczuć z naszej perspektywy chyba mało przytulny klimat domu rzymskiego, w którym dominowały krwiste czerwienie, purpury i granaty wpadające w czerń. Malowidła ścienne były dla Rzymian tym, czym dla zamkniętych w blokowych celach PRL-u fototapety: oknem na świat, imitacją otwartej przestrzeni. Owo „okno na świat” należy przy tym pojmować dosłownie: wiele fresków ozdabiających ściany rzymskiego atrium przedstawiało właśnie drzwi i okna, za którymi otwierała się szeroka przestrzeń miasta wypełniona choćby tylko schematyczną architekturą. Takie też były początki zdobnictwa ściennego znanego nam z Pompejów. Dzieje kolejnych stylów malarstwa ściennego nie są bowiem niczym innym, jak zapisem kolejnych kroków, jakimi artyści – wychodząc od wiernego naśladowania prostych elementów architektonicznych wykonanych ze stiuku (gzymsy, pilastry itd.), poprzez przejście do ich dwuwymiarowej imitacji – zdążają powoli ku prawdziwej sztuce malarskiej (obok kolumn i attyk pojawiają się pozaarchitektoniczne ornamentacje, nienaturalnie jaskrawe barwy, mitologiczne przedstawienia), by wreszcie skończyć na stylu iluzjonistycznym, w którym przesadna ornamentyka nie ma już nic wspólnego z rzeczywistością. „Obecnie jednak malarstwo wzorujące się na naturze nie znajduje uznania – skarży się pod koniec I w. p. Ch. Witruwiusz. – Zamiast wiernego oddawania określonych rzeczy maluje się ściany w sposób dziwaczny”. Następnie z godnym lepszej sprawy zapałem nasz znawca architektury wyjaśnia czytelnikom, że żłobkowane łodygi nie mogą podtrzymywać dachów, a delikatne i miękkie pnącza nie są w stanie wytrzymać ciężaru umieszczonych na nich figur.
„Tymczasem ludzie, patrząc na te nieprawdziwe obrazy, nie ganią ich, lecz znajdują w ich widoku przyjemność, nie zastanawiając się, czy to jest możliwe w przyrodzie (…). Nie od rzeczy też będzie – powiada – jeśli wyjaśnimy, dlaczego fałszywe zasady zwyciężyły prawdę. To bowiem, co starożytni, nie szczędząc trudów i zręczności, starali się osiągnąć za pomocą rzemiosła, dzisiaj osiąga się za pomocą barw i wyszukanych efektów” .

W ten oto sposób narodziny sztuki malarskiej starożytnego Rzymu umykają całkowicie technicznej umysłowości jednego z najwybitniejszych inżynierów starożytnego Rzymu.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata