70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Noc z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę

W tym roku szczególna, ale najpierw o tym, co powraca nieomylnie rok po roku dzięki oddechowi Kościoła, dzięki jego rytmowi przywołań. Jaka szkoda, że te wielkie przywołania jednak jakby giną w natłoku zachęt do tego, owego i tamtego jeszcze. Wszystko to – koszyczki, zajączki, kurczaczki i jajka z niejajecznych substancji – zawdzięcza swoją kruchą aktualność świąteczności bardziej istotnej. Tej zakorzenionej w zapomnianej, a raczej zapominanej wyjątkowości dni po wiosennej pełni księżyca. Mało kto tę pełnię ogląda. Tylko w Milenkowcach albo podobnym miejscu można sobie przypomnieć, czym ona jest.

Wracam do rytmu kościelnych przywołań, aby podzielić się błyskiem intuicji i znów porozumieć z ludźmi, dla których rytm przywołań i kontaktu z tajemnicami wiary jest ważny (nasze porozumienie zaczęło się od rekolekcji w „Tygodniku Powszechnym”, kiedy odkryłam swój związek z „ludźmi Adwentu”).

*
W tym roku noc wielkopiątkowa i cała Święta Sobota stała się dla mnie świętem „powszechnego zbawienia”, wszechogarniającego ratunku. Przemówiła ikona Zmartwychwstania. Jezus zstępuje do otchłani – dzięki swej prawdziwej śmierci, dzięki ciału złożonemu w grobie, dzięki najzupełniejszemu uniżeniu, z woli Ojca, w jedności z Ojcem, wraca do Ojca, wiodąc za sobą ludzkość w postaci jej prarodziców.

Czytam ikonę nieudolnie, bo jak dziecko – nierozpoznające znaków-liter, tylko słuchające i powtarzające, co czyta ktoś starszy.

Ruch Zmartwychwstania jest ruchem zstąpienia Życia w otchłań, by ją napełnić. To najbardziej odpowiada tęsknocie; jej okrzykowi, wyznaniu wiary: Jezus żyje! To jest treść spotkań w ogrodzie cmentarnym, w Wieczerniku, nad jeziorem przy ognisku. Ta treść rozszczepia się w naszym przyjmowaniu na kolejne wydarzenia, wydarzenia paschalne, światła Paschy Pana.

*
Noc z Wielkiego Piątku na Świętą Sobotę. W Kościele – ucałowanie Krzyża i modlitwa za świat, od tego Krzyża widziany jako coraz szersze kręgi do ogarniania dobrymi życzeniami, pragnieniem, by były zaspokojone tęsknoty, wypełnione miejsca puste, obolałe z powodu krzywd, doznanych i wyrządzanych.
Świat! – Kto?

*

Dni kwietniowe

Chrześcijanie i Żydzi idą razem na Umschlagplatz. Nie pierwszy raz. W tę niedzielę 2000 roku Stanisław Krajewski przypomniał na początku: „tylko modlitwa” – żydowska i chrześcijańska.
Kroki stawiamy razem, choć nierównym rytmem, bo są starzy i młodzi, i dzieci. Warto byłoby te kroki liczyć, unikając liczenia ludzi. Każdy z idących jest inny, tymi krokami wypowiada coś, co go łączy z tym właśnie pochodem, coś bez nazwy, bo do nazywania to się nie nadaje; nazywać TEGO nie uchodzi. Trochę podobnie, jakby śladem nienazywalności Tego, z kim usiłujemy rozmawiać w tym pochodzie – albo nawet nie usiłujemy. Pełni lęku, onieśmieleni, liczymy się z tym, że – może? – patrzy na nas i w nas, obejmuje niewysłowionym spojrzeniem.
Haszem.

*
Czy wspólne są nam słowa psalmisty, a nie-wspólna modlitwa Jezusa podpowiedziana uczniom? W czym się zakotwicza wspólność, bez niczyjej ziemskiej wiedzy czy licencji? W sercu? W oddechu? W krokach? W nich najbardziej czy raczej – najprościej.

Nieskładny pochód – takim jest rzeczywiście życie i dzięki temu pochód pod ścianę śmierci jest obrazem „Ludu w Drodze”, tajemniczej drodze rozpoczętej Paschą-Przejściem Pana.

Idąc tędy, pod pękniętą Ścianą rozpaczy, nie tracić wiary, że Haszem będzie Wszystkim we wszystkich. Chyba musimy wierzyć w to, jeszcze każdy z osobna, anonimowo – bo nawet „teistami” nie wszyscy chcielibyśmy się nazwać. Ale stawiamy swoje kroki jednak w tym właśnie pochodzie, w którym obiecana jest tylko modlitwa, a więc jakiś rodzaj wytęsknionej wolności.

Blog

„Czarna Księga”: źle mi się kojarzy to określenie, z jakimś wronim łopotem, patosem, żałobą, złymi zaklęciami.

Wiem, że się mylę w tym przypadku. To księga solidarności, spis cudzych nieszczęść utworzony po to, by pomóc. Rozesłać wiadomość.

Sen
Staroświeckie drewniane łóżko, zabejcowane na ciemny brąz. Bielutka, świeżo obleczona pościel, równo ułożony żółtawy, wełniany koc w lnianej poszewce. To łóżko stoi pod białą ścianą, a nad nim zwisa – skądś, z wysokiego niewidzialnego sufitu – naga żarówka, nad nią płaski niebieski talerz. Skądś płynie świeże, chłodne powietrze, jakby gdzieś blisko było otwarte okno. Ale znikąd nie dobiega żaden dźwięk, nie nadlatują do światła nocne owady.

Wiosna

Milenkowce, zupełnie ostatnie dni kwietnia. Krajobraz zalany zimnym, przejrzystym powietrzem. Wiatr prawie dokładnie północny przebiera w czubach sosen, z szumem spływa niżej w gałęzie i między pnie czerwone od zachodu. Mimo chmur jakby śniegowych słońce świeci ostro, tu i tam kładzie barwę, na ścieżce świecą rozkwitające żółte mlecze.

Czeremchy strzelają białymi bukietami.

Wieczorem księżyc starannie naświetla i wysrebrza trawę zesztywniałą z zimna. Żaby umilkły, jakby ich staw naprawdę zamarzł. Oczekujemy śniegu, który się zmiesza z płatkami czeremchy i wiśni.

*
O poranku przez zimne powietrze idzie się, jakby brodząc w wodzie. Raczej brak wyraźnych wędrownych tropów. Trochę później słońce budzi przeróżne zapachy, wyraźniejsze, jeśli w międzyczasie spadł krótki deszczyk. Są zapachy, które odnotowuję sama. Czeremcha w wonnej rozsnuwającej się chmurze. Pokrzywa. Młodziutkie igiełki modrzewia.

Mała czarna Punia ma swój osobny światek interesujących zapachów, tych, po które sięga w górę, wyprostowana, z podniesionymi uszami, i tych odnajdywanych po kolei w każdym śladzie końskich kopyt. Tajemnicze właściwości tutejszych wielkich głazów znajdują potwierdzenie: Punia oszczekuje głazy, jakby to były znieruchomiałe obce osoby. Ostrzega.

Przed majową jutrzenką

Z PRL znam taki grzech: „odbijać się od kogoś”. Tamte czasy wcale nie były czasami solidarności Polaków. Niezależny, samorządny związek ludzi, nazwany później „S”, był protestem przeciw brakowi tego, co potrzebne jak powietrze.

„Odbijać się od kogoś” to pogrążać go po to, by samemu trochę się wynurzyć, unieść, wychynąć na powierzchnię – podczas gdy tamten, wskazany jako gorszy, winny niepowodzeń, może całkiem utonie. Chyba że znajdzie kogoś, od kogo i on zdoła się odbić.

Tak było i dlatego tradycja przedstawia polskie piekło jako samoobsługowe. W cyklu odbijania się od siebie nawzajem w ognistej smole grzęzną wszyscy potępieńcy. Obsługa diabelska ma satysfakcję i dużo wolnego czasu.

Ten obrzydliwy rytuał PRL przypomniał mi się, niestety, w przededniu wspólnego święta 3 maja. Prezydent Kaczyński swoimi słowami usankcjonował maxi-kampanię odbijania się. Czwarta Rzeczpospolita ma teraz wypłynąć, odbijając się od Trzeciej. Trzecia ma tę wadę, że realnie istniała i póki co istnieje nadal. Ma tak wielki ciężar gatunkowy, że można się od niej odbić wysoko, aż w strefę surréalité. Istniejąc tu i teraz, Trzecia jest z konieczności nieźle umazana. Jest jedyną trampoliną, jaką obywatele mają do dyspozycji. Mają prawo podskakiwać, ale ostrożnie, by wspólnej własności nie pogrążyć.

Jako Polka (ach, co za wyrażenie!) proszę zwolenników wyższych numerów Rzeczpospolitej, by przestali przeszkadzać mi pracować jeszcze trochę nad tym, co Trzecia pozostawi po sobie.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata